18.3 C
Nowy Jork
wtorek, 22 września, 2026

Buy now

spot_img

Ciepłownictwo szuka nowych sposobów na zazielenianie. Jednym z pomysłów jest odzyskiwanie ciepła z serwerowni

0

Polskie ciepłownictwo czeka w nadchodzących latach zwrot ku rozwiązaniom nisko- i zeroemisyjnym. Skala związanych z tym potrzeb inwestycyjnych sektora jest szacowana na kilkadziesiąt miliardów euro. Jednak bez tych inwestycji ciepłownictwo wciąż będzie ponosić wysokie koszty paliw kopalnych i zanieczyszczenia środowiska, a także konsekwencje związane z niewypełnieniem unijnych wymogów klimatycznych. – Technologia, technologia i jeszcze raz technologia plus odejście od węglowodorów. Na bazie tego musimy zmienić polskie ciepłownictwo – mówi Paweł Orlof, prezes zarządu Veolia Energia Warszawa.

Maszyny pakujące i ręczne zgrzewarki tacek.

Według raportu ośrodka analitycznego Polityka Insight („Ciepło do zmiany. Jak zmodernizować sektor ciepłownictwa systemowego w Polsce”) Polska ma drugi, po Niemczech, największy rynek ciepła systemowego w Europie. Krajowe sieci ciepłownicze liczą ok. 21,7 tys. km długości i jest do nich przyłączonych ponad 40 proc. spośród 13,5 mln gospodarstw domowych. To jeden z najwyższych wskaźników w UE. Łącznie w polskich systemach ciepłowniczych zainstalowanych jest 53,5 GW i żaden inny kraj Unii nie dysponuje taką flotą wytwórczą.

– Skala inwestycji, które czekają ciepłownictwo, jest bardzo duża. To są inwestycje przede wszystkim w źródła wytwarzania ciepła, które w tej chwili bazują głównie na gazie i węglu kamiennym. Musimy zmienić je na takie, które są niskoemisyjne i nie produkują tyle CO2 – nie tylko ze względu na ochronę środowiska, ale i ze względu na ekonomię – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Orlof.

Polska produkcja ciepła jest najbardziej w Europie uzależniona od węgla – ciepłownie systemowe spalają co roku ok. 14,5 mln t tego surowca i żeby wyprodukować jeden teradżul ciepła, muszą wyemitować 96,5 t CO2. Udział węgla w produkcji ciepła wynosi w Polsce ok. 79 proc. (w porównaniu z unijną średnią na poziomie 23 proc.), podczas gdy udział OZE w polskim ciepłownictwie to tylko niecałe 15 proc.

Jak wskazuje Forum Energii, zwrot ku rozwiązaniom nisko- i zeroemisyjnym jest jednak nieunikniony. Pierwszy powód to ekonomia, bo przestarzała infrastruktura w ciepłowniach i budynkach osiąga już kres swojej użyteczności. Jej eksploatacja jest droga, a wojny w Ukrainie i kryzys energetyczny spowodowały, że trzeba więcej płacić za węgiel i gaz, od których sektor jest uzależniony. To mocne uzależnienie od węgla powoduje również, że polskie ciepłownictwo jest bardzo wrażliwe na wzrost cen uprawnień do emisji CO2.

Jeżeli elektrociepłownie produkują energię na bazie węgla kamiennego i gazu, to muszą płacić zarówno za surowce, jak i prawa do emisji CO2, których ceny wahają się w tej chwili w granicach 70–80 euro za tonę. To podraża nam koszty wytwarzania ciepła – mówi prezes Veolia Energia Warszawa. – Wojna w Ukrainie spowodowała też, że wszystkie kraje, w tym Polska, chcą być niezależne energetycznie i iść w kierunku wytwarzania energii odnawialnej, w kierunku zasobów, które są niewyczerpywane, ponieważ węglowodory, czyli węgiel kamienny i gaz, trzeba importować.

Drugi powód rewolucji, którą musi przejść polskie ciepłownictwo, to również coraz ostrzejsza polityka energetyczno-klimatyczna UE, zgodnie z którą do końca tej dekady 40 proc. energii wytwarzanej przez sieci ciepłownicze w Polsce powinno pochodzić ze źródeł odnawialnych.

– Wyzwaniem jest też dyrektywa 2010/31 Unii Europejskiej o charakterystyce energetycznej budynków, zgodnie z którą od 2021 roku wszystkie budynki uzyskujące pozwolenie na budowę muszą być efektywne energetycznie. To oznacza, że temperatura wody, którą podajemy z sieci ciepłowniczej i która w tej chwili jest na poziomie 114 stopni, jest dla tych budynków za wysoka. Musimy ją znacznie obniżyć, nawet do 30 stopni – mówi Paweł Orlof. – Wszystkie te elementy powodują, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko zwrócić się w stronę technologii takich jak AI, projektów mających na celu uzyskanie tzw. ciepła odpadowego oraz pozyskiwania energii z OZE, ponieważ zielone źródła nie mają kosztów zmiennych, nie są obciążone prawami do emisji CO2.

Jak wskazuje Forum Energii, dziś polskie ciepłownictwo to jednak bardzo zaniedbany obszar, w którym niezbędne zmiany i modernizacje sieci przez lata były odkładane na później. Stąd też skala potrzeb inwestycyjnych jest ogromna – Forum Energii szacuje ją nawet na 52,7 mld zł średniorocznie do 2050 roku (raport „Czyste ciepło jako motor polskiej gospodarki”). Polityka Insight podaje z kolei, że potrzeby inwestycyjne ciepłownictwa systemowego są szacowane na co najmniej 70 mld zł w perspektywie 2030 roku. Bez wsparcia UE sektor nie udźwignie takich inwestycji.

W sieci ciepłowniczej mamy szereg dobrych projektów, które mogą być finansowane z Unii Europejskiej i podciągnięte pod ustawę o efektywności energetycznej, a tym samym ubiegać się o tzw. białe certyfikaty. To jest np. pozyskanie ciepła z serwerowni. Serwery produkują duże ilości ciepła i żeby je schłodzić, serwerownie muszą zakupić dużo energii elektrycznej do klimatyzatorów. Jednak lepiej jest po prostu sprzedać to ciepło do sieci ciepłowniczej, wtedy serwerownie obniżają swoje koszty, a my mamy tanie ciepło odpadowe – wyjaśnia prezes Veolia Energia Warszawa. – Kolejna rzecz to współpraca pomiędzy sieciami ciepłowniczymi a miejskimi przedsiębiorstwami wodno-kanalizacyjnymi. Tam, gdzie krzyżują się sieci, można zrobić wymienniki ciepła i wykorzystać ciepłą wodę z kanalizacji. Tu jest duże pole do popisu. Z kolei w przypadku miast, gdzie są duże zakłady produkcyjne, można z nich pozyskiwać ciepło, które ulatuje w powietrze.

Ekspert podkreśla, że w transformacji ciepłownictwa ogromną rolę odgrywa też kondycja budynków, które obecnie są odpowiedzialne za ok. 1/3 emisji CO2 w skali całej UE. Zgodnie z unijnym pakietem Fit for 55 do 2030 roku efektywność energetyczna budynków w UE powinna wzrosnąć o 36 proc., co też będzie dla sektora niemałym wyzwaniem.

Budynki, które otrzymują ciepło, powinny nim gospodarować wewnętrznie. W przypadku sieci ciepłowniczej my jako właściciel sieci ciepłowniczej dbamy o to, żeby straty na przesyle, czyli w transporcie ciepła, były jak najmniejsze. Natomiast w dużych budynkach, np. w spółdzielni mieszkaniowej, jest tzw. węzeł cieplny, który przerabia ciepło dostarczone z sieci ciepłowniczej na instalację wewnątrz. Ważne jest, żeby optymalizować pracę tych węzłów. Jak można to zrobić? Na węzłach cieplnych można zainstalować pompę ciepła, która będzie napędzana instalacją OZE, zainstalować jeszcze dobowy akumulator ciepła i zrobić automatykę sterowania węzłem cieplnym. To powoduje, że będziemy mieli efektywność energetyczną i zazielenienie ciepła – wyjaśnia Paweł Orlof.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cieplownictwo-szuka,p533985690

Na rynku działa już ponad 1,2 mln terminali płatniczych. Nadal może być 500–600 tys. miejsc, gdzie płatności bezgotówkowe nie są przyjmowane

0

Płatności bezgotówkowe z każdym rokiem biją kolejne rekordy popularności, a na polskim rynku funkcjonuje już ponad 1,2 mln terminali płatniczych POS, z których wszystkie są dostosowane do akceptacji płatności zbliżeniowych i mobilnych. Wciąż są jednak tzw. białe plamy. – Szacujemy, że jest ok. 500–600 tys. miejsc, gdzie takie terminale i płatności bezgotówkowe jeszcze nie dotarły – mówi Joanna Erdman, prezes zarządu Fundacji Polska Bezgotówkowa. Jak wskazuje, ich popularyzacja ma duże znaczenie zwłaszcza w kontekście walki z szarą strefą, ponieważ płatności bezgotówkowe ograniczają jej zasięg, a przy tym stymulują wzrost gospodarczy i pozytywnie wpływają na poziom PKB. 

Płatności bezgotówkowe zyskują na popularności z każdym rokiem. Według danych NBP w III kwartale 2022 roku Polacy mieli już ponad 44 mln kart płatniczych, którymi dokonali bezgotówkowo prawie 2,3 mld transakcji o łącznej wartości 161,5 mld zł. Duża część konsumentów rezygnuje też z posiadania tradycyjnego portfela i plastikowej karty na rzecz smartfona lub smartwatcha, czyli de facto podpiętej do niego wirtualnej karty, którą można płacić zbliżeniowo.

– Popularność płatności mobilnych obserwowaliśmy szczególnie w pandemii, kiedy rosła nam grupa klientów, którzy chętniej płacili telefonem. Miało to związek z obawami przed zarażeniem koronawirusem. Natomiast w tej chwili widzimy, że ten trend się nadal utrzymuje, obecnie już co piąta transakcja jest wykonywana w taki właśnie sposób – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Erdman. – Spodziewamy się, że w miarę rozwoju bankowości mobilnej i dostępu do smartfonów ta popularność płatności mobilnych będzie rosła jeszcze szybciej.

Rekordowy okres ma za sobą również system płatności mobilnych BLIK, z którego klienci najchętniej korzystają w kanale e-commerce.

Polska pod względem rozwoju płatności bezgotówkowych jest w czołówce nie tylko europejskiej, lecz także światowej.

– Od stycznia 2022 roku istnieje obowiązek akceptacji wybranej formy płatności bezgotówkowych. Tak więc nawet jeżeli sprzedawca nie posiada terminala, to powinien zaproponować inną formę płatności bezgotówkowej, jak np. przelew czy płatność na telefon. Jeżeli klient potrzebuje tego rodzaju usługi, to ona powinna być zapewniona przez detalistę – mówi prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa.

Według danych NBP w III kwartale ub.r. na polskim rynku było już ponad 1,2 mln terminali płatniczych POS, z których można było skorzystać w 880 tys. placówek handlowych i usługowych. Wszystkie dostępne na rynku urządzenia były już dostosowane do akceptacji płatności zbliżeniowych i mobilnych.

– Rynek terminali płatniczych praktycznie podwoił się w ciągu ostatnich pięciu lat działania Fundacji Polska Bezgotówkowa. Kiedy startowaliśmy, na tym rynku było ok. 620 tys. terminali. Obecnie według danych NBP na koniec Q3 2022 jest ich już 1,2 mln – mówi Joanna Erdman. – Szacujemy, że potencjał wynosi jeszcze ok. 500–600 tys. miejsc, gdzie takie terminale i płatności bezgotówkowe nie dotarły. Natomiast dobra wiadomość jest taka, że pojawiają się już możliwości instalowania aplikacji płatniczej na telefonie i to stanowi dzisiaj nowe otwarcie dla rynku terminali płatniczych.

Ubiegły rok zakończył się rekordowym wzrostem aktywności terminali działających w ramach Programu Polska Bezgotówkowa. W porównaniu do 2021 roku obrót transakcji bezgotówkowych był o prawie 40 proc. wyższy i wyniósł 30,1 mld zł. Fundacja odnotowała również wzrost w liczbie zrealizowanych transakcji, których w 2022 roku było 461,7 mln, czyli o 28 proc. więcej niż rok wcześniej. 

Statystyki pokazują, że od początku działania Programu Polska Bezgotówkowa do końca ubiegłego roku dołączyło do niego już ponad 408 tys. podmiotów, które w sumie otrzymały prawie 562 tys. urządzeń do przyjmowania takich płatności. Za pomocą terminali – tradycyjnych i tych w telefonie – zrealizowano łącznie blisko 1,3 mld transakcji płatniczych na łączną kwotę przekraczającą 75 mld zł. Największy procentowy przyrost takich urządzeń fundacja odnotowała w branży kosmetycznej (+32 proc.), samochodowej (mechanicy +32 proc.) i na mniejszych stacjach benzynowych (+30 proc.).

– Badania pokazują, że płatności bezgotówkowe mają pozytywny wpływ na redukcję szarej strefy – podkreśla prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa. – Nie bez znaczenia są też obserwowane przez nas zachowania konsumentów, którzy dzisiaj sami niejako wymuszają na sprzedawcach możliwość płacenia bezgotówkowo, nie chcą biegać po gotówkę, żeby zapłacić za zakupy. Z naszych badań wynika, że wpływ takich płatności na redukcję szarej strefy sięga nawet kilkudziesięciu punktów bazowych w skali jednego roku, a to już oznacza bardzo konkretne liczby po stronie oszczędności podatkowych.

Z raportu opracowanego przez Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych („Szara Strefa 2023”), którego partnerem była Fundacja Polska Bezgotówkowa, wynika, że prognozowany udział szarej strefy w tworzeniu tegorocznego PKB ma wynieść 19,6 proc. (746 mld zł), czyli więcej niż w 2022 roku (18,9 proc., 623 mld zł). Za negatywnym trendem stoją m.in.: pandemia, znaczące pogorszenie koniunktury makroekonomicznej i niepewność, które u części przedsiębiorców spowodowały konieczność poszukiwania oszczędności m.in. poprzez przeniesienie części bądź całości działalności do szarej strefy. Analitycy wskazują, że po latach kurczenia się tego segmentu od 2020 roku mamy odwrócenie tej tendencji.

Uczestnicy i beneficjenci szarej strefy unikają obrotu bezgotówkowego, który pozostawia ślad m.in. w systemach bankowych i płatniczych, dokumentacji przedsiębiorstw i rejestrach księgowych. Dlatego promowanie obrotu bezgotówkowego jest ważnym narzędziem prowadzącym do ograniczania działalności w ramach szarej strefy – wynika z raportu IPAG. Inne wymierne korzyści dla wzrostu gospodarczego to m.in. przyspieszenie czasu realizacji transakcji i procesów gospodarczych oraz większe bezpieczeństwo transferów finansowych. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/na-rynku-dziala-juz,p322374023

Mikroprzedsiębiorcy zaciągają znacznie mniej kredytów. Druga połowa roku może przynieść odbicie na tym rynku

0

W ubiegłym roku sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców była o ok. 12 proc. niższa – zarówno pod względem ilościowym, jak i wartościowym – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Najmocniej spadła akcja kredytowa w segmencie kredytów inwestycyjnych. Na decyzje mikrofirm wpłynęły duża niepewność i trudna sytuacja gospodarcza: galopująca inflacja i znaczące podwyżki stóp procentowych. Co więcej, miało to również przełożenie na pogorszenie się spłacalności już zaciągniętych kredytów. W tym półroczu sytuacja na rynku kredytowym dla mikrofirm powinna się stabilizować, a druga połowa roku może przynieść nawet odbicie.

– Rok 2022 był trudny gospodarczo, pojawiła się dość wysoka inflacja niewidziana od ponad 20 lat, nastąpił wzrost stóp procentowych do poziomu też niewidzianego od 20 lat. W dwóch ostatnich kwartałach roku wystąpiło spowolnienie wzrostu produktu krajowego brutto, czyli mamy dwa negatywne czynniki wpływające istotnie na sytuację na rynku kredytów dla mikroprzedsiębiorców. Rosnącej inflacji towarzyszy spadające tempo wzrostu gospodarczego, co możemy nazwać stagflacyjnością. I to bardzo niekorzystnie wpłynęło na akcję kredytową dla mikroprzedsiębiorców w roku 2022 – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk Grupy BIK.

Wyniki z ubiegłego roku są znacznie poniżej poziomów z przedpandemicznego 2019 roku i tylko nieco lepsze niż w 2020 roku. Z danych BIK wynika, że w 2022 roku liczba kredytów w segmencie mikrofirm, czyli podmiotów zatrudniających od jednej do dziewięciu osób, spadła o 12 proc., a ich wartość – o 12,7 proc. Największe spadki odnotowano w branży produkcyjnej i handlowej, gdzie sprzedaż kredytów była niższa odpowiednio o 21,3 i 15,4 proc. Mikroprzedsiębiorcy z branży usługowej, która odpowiada za 42 proc. rynku, zaciągnęli o blisko 10 proc. mniej kredytów. Tu spadek nie był tak znaczący, bo niektóre segmenty sektora usług, jak rozrywka, kultura, sport czy turystyka – odbijające się po pandemicznych restrykcjach – potrzebowały finansowania zewnętrznego na rozwój. Z kolei w branży budowlanej liczba zaciąganych kredytów była zaledwie o 1,4 proc. niższa niż w 2021 roku. W rezultacie tych wszystkich spadków portfel zadłużenia mikrofirm w 2022 roku spadł o 1 mld zł i wyniósł na koniec grudnia nieco ponad 73 mld zł.

– Mikroprzedsiębiorcy zazwyczaj pożyczają na działalność bieżącą, operacyjną. Wynika to z udziału zarówno kredytów obrotowych, jak i kredytów w rachunku bieżącym jako podstawowych, dominujących produktów w portfelu kredytowym, ale również na inwestycje, chociaż tutaj mamy niski udział – około 25 proc. w zadłużeniu mikroprzedsiębiorców stanowią kredyty inwestycyjne. Co ciekawe, to właśnie kredyty inwestycyjne w 2022 roku najbardziej spadły – o około 37 proc. – wyjaśnia dr hab. Waldemar Rogowski.

Trend spadkowy w tym segmencie kredytów dla mikroprzedsiębiorców trwa od 2019 roku, co może świadczyć o tym, że warunki do planowania inwestycji nie były sprzyjające już od kilku lat. Sprzedaż kredytów obrotowych była na podobnym poziomie co w 2019 roku, z kolei w segmencie kredytów w rachunku odnotowano wzrost z 17 mld do 18,4 mld zł, choć – jak podkreśla ekspert – to akurat może świadczyć o problemach z płynnością finansową małego biznesu.

Z tym wiąże się też kolejny problem – pogarszająca się jakość portfela kredytowego mikrofirm. Zobowiązania, których spłata jest opóźniona o minimum 90 dni, stanowią już 16,4 proc. zaciągniętych kredytów (wobec niecałych 15 proc. na koniec 2021 roku). 

– Indeksy jakości są jeszcze na w miarę bezpiecznym poziomie, chociaż widzimy pogorszenie. Ono ma charakter selektywny. W trzech podstawowych branżach, czyli w handlu, produkcji, usługach, nastąpiło pogorszenie jakości, za to nieznaczne polepszenie jakości dotyczy branży budowlanej – informuje główny analityk Grupy BIK. – Zróżnicowanie widzimy także w aspekcie produktowym – tu najwyższe pogorszenie dotyczy kredytów inwestycyjnych, ale w kredytach w rachunku bieżącym nastąpiło polepszenie jakości spłaty kredytów.

Dane BIK wskazują, że zaległości kredytowe ciążyły na koniec ub.r. na 45 tys. mikrofirm. Dodatkowo ponad trzykrotnie więcej przedsiębiorców (165 tys.) ma zaległości pozakredytowe, a kolejne 22 tys. – zarówno kredytowe, jak i pozakredytowe. Co więcej, ponad 8,2 mld zł wynoszą długi mikrofirm, które zawiesiły lub zamknęły działalność, i to one są najbardziej zagrożone.

Główny analityk Grupy BIK uspokaja – ten rok nie powinien być dla rynku kredytów dla mikrofirm gorszy niż poprzedni. Jego zdaniem pewien wzrost akcji kredytowej jest możliwy już w I półroczu.

– Wynika to przede wszystkim z rozpoczętego procesu dezinflacyjnego i raczej braku podwyżek stóp procentowych. Uważamy, że w drugim półroczu zacznie ponownie wzrastać produkt krajowy brutto. Wszystkie te czynniki, czyli stabilne stopy procentowe, rosnący PKB i spadek inflacji, przyczynią się do dość dobrego drugiego półrocza. Na cały 2023 rok prognozujemy wzrost na poziomie 10 proc., jeżeli chodzi o kredyty inwestycyjne, natomiast jeżeli chodzi o kredyty w rachunku bieżącym i kredyty obrotowe, wzrost na poziomie 15 proc. w relacji do 2022 roku – mówi dr hab. Waldemar Rogowski.

Z prognoz BIK wynika, że w tym roku wartość sprzedanych kredytów wzrośnie z niecałych 16,3 mld do 18,7 mld zł.

Mikroprzedsiębiorstwa to najliczniejsza grupa firm w Polsce, odpowiadająca za 97 proc. ogólnej ich liczby oraz za blisko połowę PKB i 4,2 mln zatrudnionych. Finanse tych podmiotów często są silnie powiązane z prywatnymi budżetami ich właścicieli. To powoduje, że korzystanie z kredytów nie jest w tej grupie powszechne, szczególnie wśród młodych firm. Średnio w kredyt zaangażowanych jest 17 proc. podmiotów (511,6 tys.).

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mikroprzedsiebiorcy,p1295002963

Proekologiczne oczekiwania konsumentów zmieniają politykę firm. Widać to zwłaszcza w handlu internetowym

0

Aktualizacja 1.02.23 10:00

Co piąty Polak dba o środowisko i myśli o ekologii – wynika z badania Open Research, które pokazuje też, że społeczna świadomość związana z ekologią rośnie. Także podczas zakupów – według danych podawanych przez DS Smith, ponad 46 proc. Polaków zastanawia się, co zrobi z opakowaniem po zakupionym produkcie, a 50 proc. z nich wybiera wyłącznie opakowania, które można później poddać recyklingowi. Eksperci wskazują, że tzw. zielony e-commerce to w tej chwili jeden z najważniejszych trendów w internetowym handlu, ale z biegiem czasu ekologia będzie mieć rosnący wpływ na politykę firm niemal z każdej branży. Wymuszą to właśnie stale rosnące oczekiwania konsumentów w zakresie ochrony środowiska i klimatu. 

– Badania panelu Ariadna pokazały, że w tej chwili tylko dla 35 proc. Polaków ważne jest, czy firma spełnia normy środowiskowe, czy dba o społeczną odpowiedzialność. To oznacza, że dla ponad 60 proc. Polaków ten aspekt wciąż nie jest ważny, liczy się raczej rachunek ekonomiczny. Jednak zmiany muszą nadejść. Jeżeli mniejsze, polskie firmy chcą współpracować z tymi największymi, muszą spełniać pewne wymagania środowiskowe – mówi Damian Kuraś, dyrektor Instytutu ESG. – Ja bym apelował do Polaków, żeby kupowali mniej, żeby sprawdzili w koszyku w centrum handlowym, czy naprawdę potrzebują tak wielu tanich towarów. Być może warto kupić trochę mniej, ale mieć świadomość, że dany produkt rzeczywiście powstał w sposób zrównoważony i z poszanowaniem dla planety.

Według ubiegłorocznego raportu Ministerstwa Klimatu i Środowiska, aż 81 proc. Polaków raczej dobrze bądź zdecydowanie dobrze ocenia własną postawę ekologiczną. Jednak te deklaracje nie zawsze idą w parze z realnymi działaniami na rzecz środowiska i klimatu. Tylko niecała połowa (47 proc.) wymieniła całe domowe oświetlenia na energooszczędne żarów LED, a jeśli odłączają od gniazdka nieużywane ładowarki, to raczej ze względów ekonomicznych niż ekologicznych. Polacy znacznie częściej wybierają też samochód niż inne, bardziej ekologiczne sposoby dojazdu do pracy, a 33 proc. przyznaje, że stara się pilnować ekonawyków nawet na wakacjach, ale nie zawsze im to wychodzi („raport Ekologiczne zachowania Polaków” 2022, MKiŚ).

– Życie w ten sposób potrafi być trudne, ponieważ wymaga wyrzeczeń. Jesteśmy narażeni na wiele pokus, przede wszystkim na działanie reklam, marketing, ciągle pojawiają się produkty, których wydaje nam się, że potrzebujemy. Brak czasu też powoduje, że często próbujemy wybrać najprostsze albo najtańsze rozwiązania, to wszystko jest wyzwaniem – mówi propagatorka ruchu zero waste Anna Czartoryska-Niemczycka.

Są też jednak pozytywy: zdecydowana większość społeczeństwa przyznaje się do segregowania śmieci (85 proc.) oraz korzystania z toreb i opakowań wielokrotnego użytku (85 proc.) i oszczędzania energii w domu i w pracy (78 proc.). Co piąty Polak zachowuje się wzorowo, jeśli chodzi o dbanie o środowisko i globalne myślenie o ekologii – wynika z ubiegłorocznego badania Open Research, które pokazuje też, że Polacy całkiem dobrze orientują się w pojęciach dotyczących ekologii, a społeczna świadomość związana z tym tematem z biegiem czasu rośnie. Także podczas zakupów, bo – jak wynika z badania – już 39 proc. Polaków woli wybierać marki, które dbają o środowisko, średnio co trzeci kupuje ekologiczne kosmetyki i produkty spożywcze.

– Polscy konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na to, czy kupują ekologicznie – mówi Kamila Koźbiał, dyrektor marketingu DS Smith w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. – Coraz ważniejsze jest dla nich również to, co dzieje się wokół produktu, który kupują. Dla przykładu widzimy, że w kanale e-commerce konsumenci chcą mieć pewność, że kupowane przez nich produkty są wysyłane w ekologicznych, odpowiednio dopasowanych opakowaniach. Są świadomi tego, że zbyt duże opakowanie, w którym jest mały produkt, generuje bardzo duży koszt środowiskowy.

Jak podaje DS Smith, jeden z największych producentów opakowań, każdego roku w zbyt dużych opakowaniach do polskich konsumentów dostarczanych jest ponad 40 mln m3 powietrza. Takie pakowanie przesyłek w źle dopasowane pudełka generuje prawie 2,5 mln dodatkowych kursów samochodów dostawczych, co przekłada się na ponad 42 tys. ton zbędnego CO2. Równie dużym problemem środowiskowym są materiały wykorzystywane do pakowania paczek – ze względu na ich zbyt duży rozmiar w Polsce marnuje się rocznie blisko 89 tys. t tektury i ok. 333 mln mkw. plastikowej taśmy klejącej.

– Konsumenci chcą wiedzieć, z czego wykonane są opakowania produktów, czy są one papierowe czy plastikowe, czy można je poddać recyklingowi – mówi Kamila Koźbiał.

Według danych UKE, w 2021 roku do rąk polskich konsumentów trafiały średnio 2 mln przesyłek dziennie. Z badań zleconych przez DS Smith wynika, że 40 proc. z nich zdarza się odbierać paczki, które są zbyt duże w stosunku do wysłanego produktu, a 43 proc. uważa, że sprzedawcy używają do ich spakowania zbyt dużej ilości taśmy. Tymczasem dziś konsument oczekuje czegoś wręcz przeciwnego – blisko połowa (46 proc.) chce otrzymywać zamawiane produkty w ekologicznych opakowaniach pochodzących z recyklingu.

– Mając świadomość, jak duży wpływ na środowisko mają tego typu praktyki, konsumenci się im sprzeciwiają. Około 1/3 wyraźnie deklaruje, że jeżeli otrzymuje swoje produkty spakowane w zbyt dużym opakowaniu, to następnym razem rozważy zakup u innego dostawcy, a 18 proc. deklaruje, że na pewno nie kupi więcej w takim sklepie – mówi dyrektor marketingu DS Smith w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Z ubiegłorocznego raportu „Green Generation”, który powstał m.in. przy współudziale Allegro, wynika, że aż 85 proc. polskich internautów i 77 proc. e-kupujących zauważa podczas zakupów w sieci różne nieekologiczne praktyki sklepów. Z kolei raport Gemiusa „E-commerce w Polsce 2022” pokazuje, że dla niemal połowy badanych ważny bądź bardzo ważny jest wpływ formy dostawy i zwrotu zamówionej przesyłki na środowisko. Tzw. zielony e-commerce to w tej chwili jeden z najważniejszych trendów w internetowym handlu.

Presja ze strony konsumentów jest dzisiaj równie skuteczna jak regulacje prawne, czy potrzeba obniżania kosztów funkcjonowania produktu w całym łańcuchu dostaw – mówi Kamila Koźbiał. – Ma to wpływ na politykę środowiskową firm. Wiedząc, czego oczekują konsumenci, firmy dostosowują się do ich wymogów. Widać to szczególnie w przypadku gigantów rynkowych. Ich działania mają też największy wpływ, ze względu na skalę. Jeżeli wyobrazimy sobie dużą międzynarodową firmę z branży FMCG, to często jedna mała zmiana – chociażby np. o milimetr mniejsze opakowanie – generuje oszczędności środowiskowe w całym łańcuchu dostaw. Ten 1 mm może się przełożyć na np. 20 proc. wzrost ilości produktu w jednym transporcie , co przelicza się na mniej samochodów na drodze i obniżenie emisji CO2.

– Trzeba też zauważyć, że na rynek pracy i na rynek konsumencki wchodzi młode pokolenie 20-latków, dla którego zmiany klimatu i środowisko są bardzo ważne. I ci ludzie sprawdzają, czy firma, w której albo chcą pracować albo od której chcą kupować produkty, działa w sposób zrównoważony. Ta presja – wraz z rosnącą liczbą młodych ludzi, dla których jest to ważne – będzie tylko rosła – dodaje dyrektor Instytutu ESG Damian Kuraś.

Jak wskazuje, w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju najbardziej zaawansowane są duże firmy i korporacje, które od lat są obecne na międzynarodowych, bardziej rozwiniętych rynkach, gdzie większa jest też świadomość ekologiczna konsumentów. To one są pionierami zmian, ale prośrodowiskowe rozwiązania muszą wdrażać w tej chwili coraz mniejsze podmioty. Skłania je do tego nie tylko presja konsumentów, ale i aktualna sytuacja polityczno-gospodarcza wywołana wojną w Ukrainie.

– Firmy, które chcą się rozwijać, muszą jak najszybciej wprowadzać zmiany prośrodowiskowe, wdrażać technologie, które będą ograniczały zużycie energii i surowców. Muszą też tworzyć nowe produkty i usługi, które będą dostosowane do tej zielonej zmiany – podkreśla Damian Kuraś. – Takie działania są niezbędne, ponieważ wojna w Ukrainie sprawiła, że wzrosły ceny energii, spadła dostępność paliw. Firmy muszą więc przejść transformację energetyczną, inwestować w technologie dzięki którym będą oszczędzać surowce, generować mniej odpadów. Dzięki temu będą konkurencyjne na rynku. Wcześniej dużo mówiło się o tym, że wiele z nich robi tzw. ekościemę, czyli pozorowane ruchy ekologiczne i oczywiście to cały czas ma miejsce. Jednak biorąc pod uwagę, że ceny energii i surowców rosną, to tak naprawdę dziś w zdrowym interesie firm nie są działania pozorowane, ale aktywne działania na rzecz oszczędzania tych zasobów.

Rynkowi eksperci wskazują, że zrównoważony rozwój i społeczna odpowiedzialność biznesu w nadchodzących latach znacząco wpłyną na politykę firm niemal z każdej branży. Wymuszą to właśnie rosnące oczekiwania konsumentów dotyczące ochrony środowiska i klimatu. Badanie przeprowadzone przez Unilever pokazało, że już w 2017 roku ponad 33 proc. konsumentów deklarowało, że wybiera marki, które w ich opinii działają prospołecznie i proekologicznie, a z upływem czasu ten odsetek rośnie. Wciąż potrzebna jest jednak zakrojona na szeroką skalę edukacja ekologiczna, która skłania Polaków do działań na rzecz środowiska i klimatu, a tym samym oddziałuje również na politykę poszczególnych marek.

– Cieszy mnie to, że edukacja w zakresie ochrony środowiska – o tym, jaki mamy na nie wpływ , dlaczego trzeba segregować śmieci albo dlaczego trzeba zakręcać wodę – trafia już do dzieci od najmłodszych lat. Myślę, że gdy już będą dorosłymi i świadomymi konsumentami, być może będą podejmowali trochę inne decyzje niż my – mówi Anna Czartoryska-Niemczycka, aktorka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/proekologiczne-oczekiwania,p1045835952

PKP Energetyka zostanie zrepolonizowana. Na początku kwietnia PGE odkupi ją od amerykańskiego holdingu za prawie 2 mld zł

0

Prawie 2 mld zł – tyle będzie kosztować Polską Grupę Energetyczną wykupienie 100 proc. udziałów w PKP Energetyka z rąk amerykańskiego holdingu CVC Capital Partners. Wartość przejmowanej spółki została ustalona na blisko 6 mld zł, z czego 4 mld to zadłużenie wynikające z nakładów inwestycyjnych w modernizację poczynione przez poprzedniego właściciela. Jak poinformował prezes PGE Wojciech Dąbrowski, operacyjne przejęcie ma nastąpić na początku kwietnia przyszłego roku po uzyskaniu wszystkich potrzebnych zgód. Przyszły właściciel podkreśla, że repolonizacja podmiotu o tak dużym znaczeniu strategicznym jest kluczowa z punktu widzenia krajowego bezpieczeństwa energetycznego i zapewni większą kontrolę nad infrastrukturą krytyczną, jaką stanowi kolejowa sieć energetyczna. 

– Zakup PKP Energetyka to przejęcie nowoczesnej spółki z wysoko wykwalifikowaną kadrą, spółki, która dziś jest zoptymalizowana, po restrukturyzacji i osiąga zysk operacyjny w wysokości 700 mln zł rocznie, spółki, która zapewni Grupie PGE wzrost przychodów o ok. 3 mld zł i wzrost sprzedaży energii elektrycznej o ok. 8 proc. – wylicza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

PKP Energetyka, która w przeszłości stanowiła część infrastruktury Polskich Kolei Państwowych, po siedmiu latach od prywatyzacji wróci do podmiotu, w którym dominuje polski kapitał. W środę, 28 grudnia Polska Grupa Energetyczna podpisała bowiem wstępną umowę zakupu spółki od jej obecnego właściciela, globalnego funduszu CVC Capital Partners.

– Umowa jest warunkowa i wymaga jeszcze zgody UOKiK oraz spełnienia kilku technicznych warunków zawieszających. Przejęcie operacyjne nastąpi 3 kwietnia 2023 roku i wtedy też nastąpi płatność na rzecz właściciela, czyli amerykańskiego holdingu CVC – mówi Wojciech Dąbrowski.

Zgodnie ze wstępną umową cena za 100 proc. udziałów w PKP Energetyka wyniesie nieco ponad 1,9 mld zł, przy wartości przedsiębiorstwa oszacowanej na poziomie blisko 6 mld zł.

– PKP Energetyka została sprzedana w 2015 roku za 2 mld zł, tyle wówczas wynosiła jej wartość. Dzisiaj wynosi ona blisko 6 mld zł, z czego 4 mld zł stanowią inwestycje, które zoptymalizowały jej wartość i które w przyszłości będą pracowały na rzecz Polskiej Grupy Energetycznej – mówi prezes Grupy.

PKP Energetyka przeszła w ostatnich latach zakrojony na szeroką skalę program modernizacyjny i uporządkowała strategiczne procesy. W tej chwili jest już nowoczesną spółką i jednym z największych podmiotów polskiego systemu elektroenergetycznego, który zatrudnia 4,2 tys. pracowników i odpowiada za dystrybucję ok. 4 TWh w skali roku, co odpowiada prawie 3 proc. całej energii dostarczanej w kraju, wykorzystując do tego 21,5 tys. km linii energetycznych.

– Przede wszystkim spółka została wyposażona w najnowocześniejsze systemy IT, które zoptymalizowały jej działalność. Wybudowano też m.in. nowoczesne centra zarządzania ruchami pociągów i szereg instalacji fotowoltaicznych – wylicza Wojciech Dąbrowski.

Co istotne, PKP Energetyka ma wyłączność na dostawy energii dla sektora kolejowego oraz usługi utrzymania sieci trakcyjnej. Przynosi blisko 700 mln zł zysku EBITDA rocznie i rozwija się dzięki stabilnemu, wzrostowemu modelowi biznesowemu z dominującą rolą regulowanej działalności dystrybucji energii elektrycznej. Jej przejęcie ma zapewnić Polskiej Grupie Energetycznej umocnienie na pozycji lidera na tym rynku.

– Jednocześnie zwiększy to nasze portfolio, dzięki czemu nasza sytuacja na rynku będzie jeszcze bardziej stabilna. Przyniesie to także wymierne korzyści dla naszych akcjonariuszy – zapewnia prezes PGE. – To przejęcie podniesie poziom bezpieczeństwa nas wszystkich, ponieważ spółka z większościowym udziałem Skarbu Państwa będzie zarządzała dystrybucją energii elektrycznej dla całego transportu kolejowego. Ta gałąź transportu jest istotnym elementem dla stabilności dostaw, a jej znaczenie wzrosło w kontekście agresywnej polityki energetycznej i militarnej Rosji.

Jak wskazuje, akwizycja wpisuje się w strategię transformacji energetycznej realizowanej przez Grupę PGE, która jest w tej chwili w trakcie realizacji najbardziej zaawansowanego w Polsce projektu budowy morskich farm wiatrowych o łącznej mocy około 2,5 GW. PKP Energetyka realizuje bowiem program Zielona Kolej, którego celem jest to, aby do końca tej dekady 85 proc., a docelowo 100 proc., energii w sieci trakcyjnej pochodziło z odnawialnych źródeł.

– Spółka realizuje strategię zeroemisyjności, która jest zbieżna z celami Polskiej Grupy Energetycznej. Konsekwentnie realizujemy strategię budowy nowych źródeł odnawialnych, mamy zamiar osiągnąć zeroemisyjność do 2050 roku. Jesteśmy liderem budowy farm wiatrowych na Bałtyku i liderem, jeśli chodzi o moc zainstalowaną w wiatrakach na lądzie, budujemy też duże farmy fotowoltaiczne – podkreśla Wojciech Dąbrowski.

Po sfinalizowaniu transakcji PKP Energetyka dołączy do grona takich firm jak m.in. Polskie Koleje Linowe, Bank Pekao czy aktywa EDF, które w ciągu ostatnich lat zostały ponownie przejęte przez podmioty z polskim kapitałem. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pkp-energetyka-zostanie,p1803474811

Polacy na karuzeli przepisów podatkowych. W przyszłorocznych deklaracjach po raz pierwszy w pełni ocenią skutki Polskiego Ładu

0

W 2022 roku pojawiło się wiele zmian w systemie podatkowym, które dotyczyły m.in. stawek PIT i zasad odprowadzania składek na podatek dochodowy oraz kwoty wolnej od podatku. Przepisy zmieniały się kilkukrotnie w ciągu roku, więc część podatników może się czuć zagubiona, co prawdopodobnie znajdzie odzwierciedlenie w przyszłorocznych deklaracjach. Polacy po raz pierwszy odczują w nich skutki Polskiego Ładu. – Przygotowując się do rozliczenia PIT-37, który będziemy składali w 2023 roku, sprawdźmy przede wszystkim, czy nasz pracodawca prawidłowo odprowadzał zaliczki na podatek oraz z jakich ulg wprowadzonych w Polskim Ładzie możemy skorzystać – radzi Marcin Otręba, ekspert podatkowy z wrocławskiej WSB.

– W 2022 roku mieliśmy dwie nowelizacje podatku dochodowego. W pierwszej nowelizacji, w styczniu br. ustawodawca wprowadził stawkę 17 proc. oraz ulgę dla klasy średniej. Następnie 1 lipca br. te przepisy zostały uchylone, a Ministerstwo Finansów wprowadziło stawkę 12 proc. Dla pracowników prawdopodobnie pojawią się związane z tym problemy – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Otręba, ekspert w zakresie stosowania krajowego i międzynarodowego prawa podatkowego i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Zeznania podatkowe PIT-36 albo PIT-37 za 2022 rok Polacy będą składać pomiędzy 15 lutego a 2 maja przyszłego roku. Jednak na przestrzeni ostatnich miesięcy pojawiło się wiele zmian w systemie podatkowym, które dotyczyły m.in. stawek PIT i zasad odprowadzania składek na podatek dochodowy oraz kwoty wolnej od podatku, dlatego warto zawczasu im się przyjrzeć.

Jeszcze w tym roku, za pomocą narzędzi jak chociażby e-Pity, powinniśmy sprawdzić, czy pracodawca prawidłowo pomniejszał zaliczki na podatek o kwotę wolną od podatku. Może się zdarzyć, że nie wszyscy złożyliśmy w tym roku do swojego pracodawcy PIT-2, więc z tego tytułu otrzymamy nadpłatę – mówi Marcin Otręba.

Podatnicy składający zeznanie za 2022 rok powinni też sprawdzić, czy dotyczą ich nowe ulgi podatkowe, które Ministerstwo Finansów wprowadziło w tym roku.

– To na przykład ulga dla rodzin wychowujących czworo dzieci, ulga dla rodziców samotnie wychowujących dzieci, która została przywrócona od 1 lipca br., czy ulga rehabilitacyjna. Jeżeli podatnikowi przysługują te ulgi, powinien już w tej chwili postarać się o przygotowanie dokumentów do rozliczenia rocznego – mówi wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Polacy, którzy wracają z zagranicy i chcieliby podjąć pracę na terytorium kraju, również korzystają z ulg wprowadzonych w ustawie w 2022 roku. Do kwoty 85 tys. zł nie będą musieli odprowadzać podatków. Emeryci, którzy również zdecydują się na kontynuowanie swojej pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego i rezygnacji z emerytury, również do kwoty 85 tys. zł nie będą odprowadzali podatku dochodowego. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że mamy kwotę wolną od podatku 30 tys. zł plus 85 tys. zł, co nam daje sumarycznie około 115 tys. zł, od których nie będą płacili podatku.

Podatnicy będą mogli – tak jak do tej pory – rozliczyć się indywidualnie, razem z małżonkiem albo jako osoba samotnie wychowująca dzieci. W zeznaniu podatkowym nie trzeba będzie też uwzględniać ulgi dla klasy średniej, która została uchylona od 1 lipca br.

– Do 120 tys. zł płacimy 12 proc. podatku, powyżej 120 tys. zł płacimy 32 proc. Jeżeli podatnik przekroczy pułap 120 tys. zł, powinien zastanowić się, czy nie rozliczyć się wspólnie z małżonkiem, wtedy zapłaci połowę podatku, jeżeli małżonek nie pracuje, ewentualnie pracuje i nie przekroczył tej kwoty 120 tys. zł – mówi ekspert prawa podatkowego. – Ci podatnicy, którzy korzystali z ulgi dla klasy średniej, również mogą otrzymać nadpłatę, jeżeli organ podatkowy wyliczy im podatek hipotetyczny, z którego będzie wynikało, że nadpłacili zaliczki w trakcie roku. Wówczas otrzymają zwrot podatku.

W przyszłym roku – podobnie jak w poprzednich – zeznanie podatkowe PIT-37 rozliczy usługa Twój e-PIT. W niezmienionej formie zostanie ono automatycznie zaakceptowane 2 maja 2023 roku, nie wymaga to więc żadnej aktywności ze strony podatnika, ale warto sprawdzić i ewentualne uzupełnić lub skorygować swojej zeznanie przed tym terminem.

Mamy kilka form rozliczania się z organami podatkowymi. Jednak z przepisów wynika, że jeśli rozliczymy się w formie elektronicznej, należny zwrot otrzymamy w ciągu 45 dni zamiast trzech miesięcy – mówi Marcin Otręba. – Biorąc pod uwagę szereg zmian podatkowych, które miały miejsce w tym roku, warto skorzystać z narzędzi dostępnych w internecie, jak np. e-pity.pl, które pozwolą zweryfikować, co możemy jeszcze zrobić, aby dodatkowo pomniejszyć podatek, który zapłacimy w 2023 roku.

Złożenie zeznania podatkowego za 2022 rok będzie wyzwaniem zwłaszcza dla przedsiębiorców. Muszą oni podjąć decyzję dotyczącą tego, z której formy opodatkowania skorzystają. Po raz pierwszy w historii będą mogli bowiem zmienić wybraną formę opodatkowania i zamiast np. na ryczałcie czy podatku liniowym rozliczyć się na zasadach ogólnych. 

– Każda z tych form ma swoje plusy i minusy, w zależności od sytuacji konkretnego podatnika – mówi ekspert WSB.

Jak pokazuje opracowywany przez Grant Thornton „Barometr prawa”, w ubiegłym roku uchwalono w Polsce 21 tys. stron maszynopisu nowych aktów prawnych, co oznaczało wzrost o 40,5 proc. r/r. Tempo prac parlamentu było ekspresowe – uchwalenie ustawy w 2021 roku trwało średnio 85 dni (wobec 77 przed rokiem), a nowe przepisy wchodziły w życie średnio po niecałych dwóch miesiącach od publikacji w Dzienniku Ustaw.

Problem najlepiej widać właśnie na przykładzie prawa podatkowego – w 2021 roku w życie weszło 269 stron ustaw z obszaru nowelizacji podatków, w tym 140 w ramach Polskiego Ładu. Jak wskazuje Grant Thornton, to jeden z trzech najwyższych wyników w ostatnich trzech dekadach. Ustawy Polskiego Ładu wchodziły w życie średnio po mniej niż półtora miesiąca od publikacji w Dzienniku Ustaw, dwie z nich – już następnego dnia. O tym, jak bardzo chaotyczny był proces legislacyjny Polskiego Ładu, świadczy fakt, że ustawa ta doczekała się sześciu zmian istotnych założeń reformy już na samym etapie procedowania w rządzie i parlamencie, jednej autopoprawki rządu oraz pięciu nowelizacji. Niewykluczone, że w 2023 roku podatników czeka podobna karuzela.

Przyszły rok również będzie obfitował w szereg zmian, ponieważ ustawodawca wprowadził przepisy z vacatio legis, które upływa 1 stycznia 2023 roku. I tu będziemy mieli m.in. nowy wzór PIT-2, w którym będziemy mogli wykazać, czy pracujemy tylko u jednego czy u więcej pracodawców. W tym drugim przypadku powinniśmy złożyć taki dokument – wówczas pracodawca będzie pobierał tylko 1/3 zaliczki od kwoty wolnej od podatku – mówi Marcin Otręba.

Ekspert ocenia, że ta zmiana będzie bardzo korzystna dla podatników, którzy mają kilka etatów lub pracują na umowie-zleceniu.

– Jeżeli nie poinformowaliśmy naszych pracodawców, że mamy etat w innej organizacji, to każdy z naszych pracodawców bez tej wiedzy mógł pobierać niższe zaliczki na rzecz organu podatkowego, czyli kwotę 300 zł, a jeszcze przed 1 lipca 425 zł. Jeżeli będziemy składali PIT-37 za 2022 rok, może się okazać, że będziemy mieli obowiązek dopłacenia podatku, bo każdy z tych pracodawców zdjął tę kwotę wolną od podatku, nie wiedząc, że inny uczynił to samo – wyjaśnia ekspert prawa podatkowego. – PIT-2 będzie dokumentem sformalizowanym i bardziej skomplikowanym w stosunku do tego, który obowiązuje dzisiaj. Będzie miał zdecydowanie więcej pozycji do wypełnienia. Będziemy mogli w nim wskazać płatnikowi, że jesteśmy np. rodziną z czwórką dzieci i wtedy nie będzie on mógł pobierać zaliczek.

Rozliczając się za 2022 rok, podatnicy powinni sprawdzić możliwość skorzystania ze wszystkich możliwych ulg podatkowych zebranych na e-pity.pl. Wprowadzenie nowych ulg poszerzyło możliwości w tym zakresie. Mogą z nich skorzystać rozliczający się poprzez PIT-36, PIT-37, PIT-28. Należy ponadto pamiętać, że rozliczający się na PIT-36 i PIT-37 mogą odliczać tzw. kwotę wolną od podatku. Weryfikacja rozliczenia w tym roku daje szansę na skorzystanie ze wszystkich przysługujących ulg i odliczeń.

Aby jak najlepiej skorzystać ze zmian w metodach opodatkowania czy w zasadach rozliczania podatków, jakie wprowadził Nowy Polski Ład, warto wyliczyć symulowany podatek jeszcze w tym roku. Daje to podatnikom możliwość uruchomienia dodatkowych ulg i odliczeń, a co za tym idzie otrzymania jak najwyższego zwrotu podatku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-na-karuzeli,p192341708

Po ponad roku obowiązywania ustawy nie powstała ani jedna społeczna agencja najmu. Ich rozwój hamuje drastyczny wzrost czynszów

0

Społeczne agencje najmu współpracujące z gminami mają z założenia pośredniczyć między właścicielami mieszkań i osobami, których nie stać na kredyt czy wynajem rynkowy, ale nie przysługuje im też mieszkanie komunalne. Jednak po ponad roku od wprowadzenia przepisów, które umożliwiają ich tworzenie, jak na razie nie powstał ani jeden taki podmiot. Tworzenie SAN-ów utrudnia m.in. wzrost stawek najmu mieszkań, który powoduje, że właścicielom lokali dużo bardziej opłaca się je wynajmować na komercyjnym rynku. W obecnej sytuacji SAN-y mogłyby odgrywać ważną rolę w wypełnianiu luki mieszkaniowej, która powstała w wyniku napływu uchodźców z Ukrainy.

– Gminy na razie zastanawiają się nad możliwościami wprowadzenia społecznych agencji najmu do swoich polityk mieszkaniowych i po ponad roku jeszcze żaden z tych konceptów nie został sfinalizowany, trwają prace. Niemniej Warszawa, Sopot, Dąbrowa Górnicza idą w kierunku tego, aby udało się to zrealizować – mówi agencji Newseria Biznes Zuzanna Lulińska, przedstawicielka Departamentu Mieszkalnictwa Ministerstwa Rozwoju i Technologii.

Nowelizacja ustawy o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego, która umożliwia tworzenie społecznych agencji najmu, weszła w życie w lipcu ubiegłego roku.

– Tworząc ramy prawne dla społecznych agencji najmu, mieliśmy z tyłu głowy, że ich klientami będą osoby z tzw. luki czynszowej, czyli te, które dysponują większymi środkami, przez co nie kwalifikują się do mieszkań komunalnych, ale jednak zbyt małymi, żeby móc samodzielnie wynająć mieszkanie na zasadach rynkowych – mówi Zuzanna Lulińska.

W założeniu SAN-y współpracujące z gminami będą dzierżawić mieszkania od prywatnych właścicieli, którzy zdecydują się obniżyć stawkę poniżej rynkowej, w zamian za gwarancję terminowego uiszczania czynszu, utrzymanie mieszkania w dobrym stanie technicznym i zwolnienia podatkowe. Następnie będą wynajmować je osobom, którym sytuacja życiowa nie pozwala na zakup albo wynajęcie mieszkania na komercyjnych warunkach. Dodatkowo najemcy mieszkań od SAN-ów będą mogli też ubiegać się o dopłaty do czynszu w ramach programu Mieszkanie na Start.

Na polskim rynku mieszkań jest mało i są trudno dostępne, wszyscy to wiemy – mówi Maciej Łepkowski z CoopTech Hub. – Najistotniejszym zadaniem wydaje się teraz po prostu docieranie do właścicieli mieszkań z informacją, że społeczne agencje najmu są dobrą przestrzenią do tego, żeby mogli je wynajmować, korzystając z pomocy tego pośrednika, który daje im wiele benefitów, gwarancję regularnej płatności czynszów i zdejmuje z nich całą kwestię obsługi najmu.

Ekspert zauważa, że w kontekście obecnej sytuacji SAN-y mogłyby odegrać ważną rolę w wypełnianiu luki mieszkaniowej, która powstała w wyniku napływu uchodźców z Ukrainy. Szacuje się, że od wybuchu wojny za wschodnią granicą w Polsce pozostaje ich około 1,4 mln, ponieważ mniej więcej tylu Ukraińcom nadano numer PESEL uprawniający m.in. do  korzystania ze świadczeń zdrowotnych, socjalnych, rodzinnych.

– Społeczne agencje najmu mogłyby wesprzeć ludzi w znajdowaniu mieszkań i pomóc tym, którzy nawet i mają środki finansowe, ale niewystarczające, żeby wynająć mieszkanie na wolnym rynku – mówi Maciej Łepkowski. – Druga kwestia jest taka, że SAN-y mogłyby tworzyć pewnego rodzaju przestrzeń inkluzywności społecznej: włączać uchodźców, którzy są z zupełnie innych miast, pozbawieni swojego środowiska naturalnego, swoich sąsiadów i znajomych. SAN-y mogłyby wspierać tych ludzi nie tylko w znalezieniu mieszkania, ale i pracy, w relacjach z sąsiadami, w edukacji dzieci, innymi słowy, mogłyby pełnić więcej funkcji niż tylko mieszkaniowa.

Jak podkreśla, teraz właśnie jest dobry moment na to, żeby przejść z etapu kryzysowej pomocy dla ludzi uciekających przed wojną na etap średnio- i długoterminowego najmu oraz tworzenie nowych możliwości z zakresu zatrudnienia, edukacji, ochrony zdrowia. W tym właśnie mogą być pomocne SAN-y.

– W CoopTech Hub chcielibyśmy stworzyć taki ekosystem najmu, który by łączył ze sobą najem krótkoterminowy z najmem średnioterminowym, którego właściwie w Polsce jeszcze nie ma, oraz z najmem społecznym, poprzez opracowanie serwisu internetowego, który by obsługiwał te trzy rodzaje najmu. Równocześnie zachęcałby właścicieli mieszkań do tego, żeby oprócz klasycznego i dobrze sprawdzonego już najmu krótkoterminowego, turystycznego widzieli profity z tego, żeby udostępniać i wynajmować swoje mieszkania również w najmie średnioterminowym oraz poprzez agencje najmu społecznego – wyjaśnia ekspert CoopTech Hub.

– Społeczne agencje najmu w związku z kryzysem uchodźczym wydają się bardzo dobrym rozwiązaniem, ponieważ oferują stabilne warunki najmu i dzierżawy. Zabezpieczają potrzeby właścicieli mieszkań, którzy mogą udostępnić swój lokal na potrzeby SAN-ów, jak i lokatorów,  którzy mogą się o takie mieszkania ubiegać – dodaje Zuzanna Lulińska.

Jak wskazuje, czynnikiem utrudniającym rozwój społecznych agencji najmu jest w tej chwili jednak skokowy wzrost stawek najmu mieszkań, który powoduje m.in. to, że ich właścicielom dużo bardziej opłaca się wynajmować swoje lokale na komercyjnym rynku.

– Wzrost kosztów najmu jest oczywiście wyzwaniem dla całego rynku mieszkaniowego, co skutkuje trudnościami w rozwoju SAN. Te rosnące ceny są barierą w tym, aby ten model mógł się rozwijać tak dynamicznie, jak byśmy się spodziewali – mówi przedstawicielka Departamentu Mieszkalnictwa Ministerstwa Rozwoju i Technologii.

Z ostatniego raportu Expandera i Rentier.io wynika, że stawki najmu wciąż rosną, chociaż wolniej niż jeszcze wiosną br. We wrześniu br. w głównych miastach były wyższe średnio o 28 proc. niż rok temu, a najbardziej zdrożał najem w Krakowie – o 46 proc. r/r. Eksperci prognozują, że w kolejnych miesiącach dalszy wzrost stawek najmu prawdopodobnie się utrzyma.

Zgodnie z obowiązującymi od roku przepisami SAN-y mogą tworzyć spółki gminne, stowarzyszenia, fundacje lub spółdzielnie socjalne. Warunkiem jest zawarcie z gminą umowy o współpracy. Ten model jest dla nich korzystny, ponieważ pozwala gminom powiększać swoją ofertę mieszkaniową bez konieczności inwestowania i ponoszenia przez nie wydatków na budowę mieszkań.

– Kiedy gminy zyskają większą pewność odnośnie do tego, jak to może działać, zorientują się, jakie są potrzeby w ich lokalnych społecznościach i wypracują ten model na swoje lokalne potrzeby, to SAN-y będą w stanie zafunkcjonować, choć trudno powiedzieć, w jakim czasie można się tego spodziewać – mówi Zuzanna Lulińska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/po-ponad-roku,p192822289

W Polsce rusza program rekultywacji hałd kopalnianych. Jest w nich ukrytych nawet do 150 mln t węgla

0

Na przełomie 2022 i 2023 roku w LW Bogdanka powstanie pierwsza pilotażowa instalacja do odzysku węgla z hałd kopalnianych. To początek programu rekultywacji pogórniczych terenów, który ma umożliwić pozyskanie rocznie ok. 2 mln t pełnowartościowego węgla. Surowiec będzie mógł być wykorzystywany potem w energetyce zawodowej i ciepłownictwie. Program ma także uwolnić grunty, które Enea, właściciel lubelskiej kopalni, chce przeznaczyć pod inwestycje w OZE. Z hałd można odzyskać nie tylko węgiel, lecz także inne surowce do wykorzystania m.in. w budownictwie. – Projekt ma ogromny potencjał środowiskowy, ekonomiczny i surowcowy. W ten sposób chcemy realizować ideę budowy gospodarki obiegu zamkniętego – dodaje Paweł Majewski, prezes Grupy Enea, do której należy kopalnia. Inicjatywa została zarekomendowana przez zespół ekspertów gospodarczych ministra aktywów państwowych, wicepremiera Jacka Sasina. 

– W Polsce jest blisko 150 hałd kopalnianych. Szacujemy, że w każdej z nich znajduje się od 8 do nawet 15 proc. węgla, który można odzyskać. Zakładając, że na każdej z hałd jest co najmniej 10 mln t skały, zwałowiska z tego, co wydobywano przez lata z kopalni jako odpad, a w każdej średnio około 10 proc. węgla do odzyskania, to mówimy o ilości nawet 150 mln t węgla do odzyskania w skali kraju. Tak że potencjał rozwojowy takiego projektu jest duży, w mojej ocenie to po prostu trzeba zrobić – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Majewski.

Program Rewitalizacji i Eksploatacji Hałd Kopalnianych, który uruchomiła właśnie Grupa Enea, docelowo ma pozwolić uzyskiwać z należących do niej hałd nawet 2 mln t węgla rocznie. Grupa zainicjowała go podpisanym właśnie porozumieniem o współpracy pomiędzy należącą do niej spółką Lubelski Węgiel Bogdanka i Grupą CZH, polską firmą związaną z górnictwem, której większościowym akcjonariuszem jest Agencja Rozwoju Przemysłu.

Umowa podpisana między Grupą CZH i Lubelskim Węglem Bogdanka to dopiero początek, pilotaż projektu rewitalizacji i odzyskania węgla z hałd pogórniczych. Ta współpraca w ciągu kilku miesięcy zaowocuje ustawieniem pierwszej instalacji do odzysku węgla. Grupa CZH wnosi tu swoje know-how i kompetencje techniczne, wiedzę, jak taka instalacja powinna być zbudowana i jak powinna funkcjonować, a Bogdanka jest oczywiście właścicielem hałdy – mówi Paweł Majewski.

Pierwsza pilotażowa instalacja rozpocznie pracę w LW Bogdanka na przełomie 2022 i 2023 roku. Nie będzie kolidowała ze standardowym funkcjonowaniem składowiska i działaniem kopalni.

Ta hałda jest najtrudniejsza pod względem technologicznym, bo ona jest stroma, są osuwiska i glina. Inne są już o wiele łatwiejsze. Ale jeśli wykażemy się tutaj, to będzie potwierdzeniem, że naprawdę wiemy, co robimy – dodaje Marek Koźbiał, prezes zarządu Grupy CZH.

CZH od wielu lat rozwija kompetencje związane z zagospodarowaniem składowisk odpadów pogórniczych i dysponuje technologią modułowych instalacji, które służą do odzyskiwania z nich węgla, kruszyw i innych surowców.

– Węgiel odzyskany z takiej hałdy pogórniczej to jest zwykły, porządny węgiel, jak z normalnej, bieżącej produkcji w kopalni, on się niczym nie różni. To jest najczęściej węgiel w klasie miał, zalecany do stosowania w energetyce zawodowej i ciepłownictwie. Z racji tego, że jest drobny, raczej nie zaleca się stosowania go w indywidualnych urządzeniach grzewczych. Ale to jest wciąż pełnowartościowy węgiel, nie żaden odpad – wyjaśnia dr inż. Aleksander Sobolewski, dyrektor Instytutu Technologii Paliw i Energii w Zabrzu.

– Po pierwsze, pozbywając się węgla z tych hałd pogórniczych, sprawiamy, że to, co zostaje, jest już mniej szkodliwe dla środowiska. Po drugie, jeżeli to węgiel energetyczny, to istnieje duże ryzyko, że on prędzej czy później ulegnie samozapłonowi. Mamy już takie przypadki, gdzie olbrzymie pieniądze poszły w rekultywację, wyrosły drzewa, po korzeniach tych drzew dostało się powietrze, a więc tlen, i pod spodem nastąpił samozapłon. Bardzo trudno jest ugasić taką płonącą hałdę. Nie wspominając już o szkodach ekologicznych – mówi Marek Koźbiał.

Technologie pozwalające na odzysk węgla ze zwałowisk są znane i powszechnie stosowane. Opierają się na procesach wykorzystywanych w zakładach przeróbki mechanicznej węgla kamiennego. Instalacja, którą dysponuje CZH, zapewnia pełną linię technologiczną (od klasyfikacji, przez wzbogacanie, po odwadnianie) i może być skalowana, czyli rozbudowywana o kolejne moduły w zależności od potrzeb. Im większa, tym szybsze tempo zagospodarowania hałdy.

– Wyzwaniem będzie teraz przede wszystkim w miarę szybkie uruchomienie większej liczby takich instalacji do odzysku węgla – dodaje Paweł Majewski. – W portfelu Ministerstwa Aktywów Państwowych jest kilka spółek, które się zajmują zagospodarowaniem hałd pogórniczych i które należałoby wyposażyć w odpowiedni kapitał, żeby skala tego odzysku osiągnęła większy wymiar.

 Rekultywacja hałd kopalnianych, które były symbolem transformacji energetycznej XIX i początku XX wieku, w Europie Zachodniej została przeprowadzona na masową skalę. Niemcy, Belgowie i Francuzi mają to za sobą. U nas nigdy nie było na to pieniędzy, zawsze sypało się tę hałdę obok kopalni i mówiło: „kiedyś się nią zajmiemy”. To „kiedyś” trwa już 150 lat. Najwyższy czas, żeby w dobie gospodarki w obiegu zamkniętym wrócić do tych materiałów odpadowych, które można przywrócić społeczeństwu – mówi dyrektor Instytutu Technologii Paliw i Energii w Zabrzu.

Co istotne, węgiel nie jest jedynym surowcem, który można odzyskać z hałd kopalnianych. Przykładowo w Bogdance pozyskane zostaną też materiały mineralne, które później znajdą zastosowanie m.in. w budownictwie.

– To kruszywo do produkcji cementu – wskazuje dr inż. Aleksander Sobolewski. – Większość takich materiałów mineralnych trzeba wydobywać np. w kopalni piasku czy żwiru. Tutaj ten materiał możemy mieć niejako za darmo, a przy okazji rozwiązujemy drugi problem, czyli rozbieramy hałdę.

Grupa CZH bada też możliwości odzyskiwania z odpadów pogórniczych innych surowców, z których część ma krytyczne znaczenie dla gospodarki. Te badania prowadzi wspólnie ze środowiskiem naukowym, w tym m.in. Instytutem Technologii Paliw i Energii oraz krakowskim Uniwersytetem Rolniczym.

– Mamy pobrane próbki i zaczynamy pracować m.in. nad kaolinitem. To jest bardzo poszukiwany towar. Ten kaolinit trzeba wyseparować, ale są problemy związane z np. z tlenkiem żelaza i innymi elementami, które w tym przeszkadzają. Ale jeżeli uda się go wyselekcjonować, będziemy mieć surowiec do produkcji ceramiki, płytek, cegieł etc. Jego obecnie w Polsce nie ma, nasze zakłady ceramiczne przywoziły to spod Mariupola, a teraz szukają po całej Europie, gdzie mogą dostać tę glinę do produkcji – mówi Marek Koźbiał. – Jest też bardzo duży potencjał surowcowy pod nawóz naturalny, nawilżacz do gleby. Tutaj wciąż jesteśmy jednak na etapie badań, ale w tym kierunku idziemy.

Poza odzyskiem węgla i surowców rekultywacja hałd kopalnianych ma jeszcze jeden duży plus. W skali kraju stwarza możliwość uwolnienia łącznie ok. 11 tys. ha gruntów, które mogą być wykorzystane w celach stricte inwestycyjnych.

– Te zrekultywowane tereny planujemy wykorzystać przede wszystkim pod instalacje odnawialnych źródeł energii, czyli głównie farmy fotowoltaiczne. Wszędzie tam, gdzie będzie to oczywiście możliwe ze względów technicznych – zapowiada prezes zarządu Grupy Enea.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-polsce-rusza-program,p594063405

Akcje promocyjne na stacjach paliw przedłużone. Kierowcy muszą jednak w nadchodzących tygodniach liczyć się z wyższymi cenami

0

W tygodniach powakacyjnych zobaczymy na stacjach zmiany bardzo nieprzyjemne dla kierowców. Zwłaszcza dotyczyć to będzie cen oleju napędowego, bo to paliwo drożeje i będzie drożeć nadal – mówi Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z e-petrol.pl. Jak ocenia, najbardziej prawdopodobny scenariusz na nadchodzące tygodnie to ponad 7 zł za litr benzyny i około 8 zł za litr diesla, ale – ze względu na dużą zmienność rynkową – ta prognoza jest obarczona sporym ryzykiem. Do końca sierpnia miały obowiązywać sezonowe promocje, wprowadzone na czas wakacji, dzięki którym można było zaoszczędzić do 30 gr na litrze benzyny lub oleju napędowego. Koncerny paliwowe zdecydowały się jednak na wydłużenie akcji. 

Znaczącą podwyżkę cen oleju napędowego na stacjach przyniosły już ostatnie dni sierpnia. Obecnie kierowcy płacą za niego średnio 7,69 zł/l czyli o 43 gr więcej niż jeszcze przed tygodniem. Tak wyraźny wzrost cen diesla jest spowodowany m.in. ostatnimi podwyżkami cen tego paliwa w hurcie i kłopotami z jego dostępnością. Na tym jednak nie koniec z prognozy analityków e-petrol.pl wynika, że nadchodzące dni będą trudne dla właścicieli pojazdów z silnikiem wysokoprężnym.

– Po wakacjach ceny diesla będą zwyżkować zdecydowanie szybciej niż ceny benzyny czy autogazu, ponieważ w dużej mierze jest on importowany do Europy, m.in. z kierunku rosyjskiego – mówi Jakub Bogucki. – Zmiany dotyczące diesla będą w najbliższym czasie bardzo odczuwalne.

Analityk wskazuje, że do wzrostu cen przyczyniają się też czynniki sezonowe, jak np. niski stan wód na rzece Ren, który utrudnia transport większych ilości diesla z niemieckich rafinerii i przekłada się na zmniejszoną dostępność tego paliwa nie tylko w Niemczech, ale i w całej Europie Zachodniej.

Głównym problemem pozostaje jednak europejskie uzależnienie od importu i problemy rafinerii, które mają trudności z produkcją oleju napędowego w większych ilościach.

W Europie mamy strukturalny niedobór produkcji oleju napędowego, co – w obliczu odchodzenia od paliw importowanych z Rosji – powoduje pewne komplikacje – mówi ekspert. – Nie oszukujmy się, przez ostatnie lata w europejskiej polityce diesel był paliwem traktowanym jako gorsze, mniej ekologiczne. I teraz, kiedy mamy do czynienia z poważnym ograniczaniem możliwości importu, niestety musimy sobie jakoś radzić. A rynek reaguje wzrostem cen.

Co istotne, diesel jest bardzo powszechnie wykorzystywany w usługach transportowych. Dlatego wzrost cen tego paliwa w nadchodzących tygodniach może się przełożyć na ogólne podwyżki innych towarów, w tym m.in. żywności.

– Diesel jest powszechnie stosowany jako paliwo do aut transportowych. To oznacza, że wszystkie przewożone do sklepów produkty czy artykuły przemysłowe są w jakiś sposób powiązane z ceną diesla. I niestety w momencie podwyżek cen tego paliwa zobaczymy zmianę w górę także w przypadku artykułów w sklepach – przestrzega analityk.

W porównaniu do sytuacji cenowej sprzed tygodnia w tej chwili kierowcy o 5 gr więcej muszą zapłacić także za litr benzyny Pb95, która dziś kosztuje przeciętnie 6,61 zł/l. Symboliczna korekta w dół dotyczy natomiast LPG – to paliwo potaniało o grosz do poziomu 3,18 zł/l. 

– Jestem przekonany, że niestety niskie ceny są już za nami. Te ceny na poziomie 5–6 zł, które wspominamy już dzisiaj z sentymentem, niestety nie wrócą do nas szybko – mówi Jakub Bogucki. – W tym momencie ryzykowne jest jednak prognozowanie czegoś z większą dozą pewności, ponieważ mamy dużą zmienność sytuacji rynkowej. Stwierdzenie, że paliwa będą za miesiąc czy dwa kosztować 8–9 zł, jest bardzo trudne, biorąc pod uwagę m.in. to, jak zmienia się polski i europejski rynek paliwowy, jak duże jest zapotrzebowanie i jak trudno obsłużyć ten popyt, rezygnując z ropy rosyjskiej.

Analityk wskazuje, że najbardziej prawdopodobny scenariusz na nadchodzące tygodnie to ponad 7 zł za litr benzyny i około 8 zł za litr diesla, ale ze względu na dużą zmienność rynkową ta prognoza jest obarczona sporym ryzykiem.

Ostatniego dnia sierpnia PKN Orlen poinformował, że wydłuża o dwa tygodnie akcję promocyjną, w ramach której można tankować taniej paliwo. W ślad za nim podobne decyzje ogłosiły sieci stacji paliwowych Shell Polska i bp Polska. Shell przedłużył promocję do końca września br. a bp – do odwołania. Tańsze tankowanie utrzymała także sieć Moya, gdzie wciąż można będzie zatankować o 30 gr taniej na litrze, ale pod warunkiem zakupu co najmniej dwóch produktów w sklepie na stacji.

– To był bardzo prokliencki ruch związany z okresem wakacyjnym i – nie oszukujmy się – z afiliacją do danej sieci, z budowaniem pewnej lojalności konsumenckiej. To było też zagranie marketingowe, bardzo cenne dla sieci paliwowych. Ono może zostać powtórzone np. w kolejne wakacje, w czasie długich weekendów czy jakichś okresów większego natężenia ruchu indywidualnego na stacjach – mówi ekspert.

Analityk e-petrol.pl wskazuje jednak, że kierowcy cały czas płacą za paliwo mniej w związku z Tarczą Paliwową, która została wydłużona do końca tego roku. To powoduje, że w Polsce ceny paliw i tak są korzystniejsze niż w innych krajach UE.

– Ta decyzja o przedłużeniu tarczy pokazuje, że ona spełnia swoje zadanie i chroni indywidualnych tankujących. Z całą pewnością – dzięki funkcjonowaniu tego mechanizmu podatkowego – mamy do czynienia z cenami wyraźnie niższymi, możemy tankować taniej. I dzięki temu mamy w Polsce jedne z najniższych cen na tle krajów Unii Europejskiej. Gdyby tej tarczy nie było, to wtedy z pewnością musielibyśmy zapłacić o kilkadziesiąt groszy więcej za każdy litr benzyny, jak i diesla czy autogazu – mówi Jakub Bogucki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/akcje-promocyjne-na,p821079292

Ekstremalne zjawiska pogodowe powodują coraz więcej strat. Ubezpieczyciele są na ten scenariusz coraz lepiej przygotowani

0

Koszty wywołane ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi są coraz wyższe. Już w I półroczu ub.r. burze, gradobicia, wichury, podtopienia i ulewy spowodowały, że liczba szkód katastroficznych wzrosła aż o 41 proc. r/r. W pierwszej połowie tego roku ten wzrost sięga już ok. 80 proc. Z prognoz PIU wynika, że Polska będzie coraz bardziej narażona na negatywne efekty zmian klimatu i ekspozycji na ryzyko, ale z drugiej strony ubezpieczyciele są na ten scenariusz coraz lepiej przygotowani. Aby usprawnić proces likwidacji szkód i wypłaty odszkodowań, wprowadzają szereg usprawnień, m.in. podnoszą limit wartości szkód kwalifikowanych do obsługi na uproszczonych zasadach albo przekazują zaliczki na poczet pełnego odszkodowania, dzięki czemu można od razu przystąpić do naprawy zniszczonego majątku. 

Zmiany klimatu powodują wzrost częstotliwości i intensywności występowania szkód żywiołowych. Patrząc historycznie, te szkody występowały zazwyczaj w okresie letnim, ale w tej chwili obserwujemy zmieniającą się sezonowość. W tym roku szkody żywiołowe wystąpiły już w lutym. Dlatego branża ubezpieczeniowa musi być na nie przygotowana praktycznie przez cały rok. I dlatego stworzyliśmy dodatkowy zespół, który jest uruchamiany w przypadku wzmożonej liczby zgłaszanych szkód z tytułu anomalii pogodowych – mówi agencji Newseria Biznes Monika Lis-Stawińska, dyrektor Departamentu Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Podczas słynnej wielkiej powodzi w Polsce w 2010 roku ucierpiało łącznie 24 tys. rodzin, a straty oszacowano na ponad 12 mld zł. Tylko niecałe 13 proc. tych strat było wówczas ubezpieczonych. Gdyby ta powódź wydarzyła się teraz, jej skutki mogłyby kosztować gospodarkę co najmniej 4 mld zł więcej – wynika z raportu „Klimat ryzyka”, który krótko przed pandemią opublikowała Polska Izba Ubezpieczeń. Według niego coraz częstsze w ostatnich latach ekstremalne zjawiska pogodowe powodują wzrost ekspozycji na ryzyko. Są zarówno zagrożeniem dla majątku publicznego i prywatnego, jak i wyzwaniem dla ubezpieczycieli.

– Porównując pierwsze półrocze tego roku z analogicznym ubiegłego, zanotowaliśmy aż 80-proc. wzrost szkód zgłaszanych z tytułu anomalii pogodowych. Zlikwidowaliśmy w tym czasie 16 tys. szkód i wypłaciliśmy w sumie 54 mln zł za straty spowodowane anomaliami pogodowymi – mówi Monika Lis-Stawińska.

Ubiegłoroczny raport „Global Insurance” firmy BlackRock pokazuje, że obecnie już 95 proc. ubezpieczycieli uważa zmiany klimatu za zagrożenie i czynnik, który w nadchodzących latach będzie mieć znaczący wpływ na budowę ich portfela. To pokazuje, że firmy ubezpieczeniowe są coraz bardziej świadome konsekwencji zmian klimatycznych. Podobnie jak i zwykli Polacy. Na potrzeby ubiegłorocznego raportu „Mapa ryzyk Polaków” PIU zapytała ich, czego najbardziej się obawiają i jakie ryzyka uważają za najbardziej prawdopodobne w swoim życiu. W pierwszej dziesiątce najczęstszych odpowiedzi uplasowało się ocieplenie klimatu, huragany i silne wiatry.

W ostatnich latach występują one w Polsce coraz częściej, podobnie jak intensywne burze, gradobicia, lokalne podtopienia, trąby powietrzne czy pożary wywołane suszą. W efekcie rośnie też – i to aż o kilkadziesiąt procent rok do roku – liczba wywołanych nimi szkód w mieniu, takich jak np. przepięcia, zalania czy zerwane dachy. Ekstremalna pogoda daje się we znaki zwłaszcza latem, dlatego w tym okresie ubezpieczyciele angażują dodatkowe siły, żeby usprawnić proces likwidacji szkód i wypłaty odszkodowań.

– Ubezpieczyciele wprowadzają w tym celu różnego rodzaju usprawnienia. W Compensie na bieżąco obserwujemy sytuację pogodową w kraju i – w przypadku otrzymania informacji o wystąpieniu szkód katastroficznych – wysyłamy naszym klientom z rejonu dotkniętego tymi szkodami SMS-a z informacją, jak najwygodniej zgłosić do nas szkodę. Relokujemy też rzeczoznawców na tereny objęte szkodami żywiołowymi i w ciągu kilku dni wypłacamy zaliczki na poczet odszkodowania, aby poszkodowani mogli jak najszybciej przystąpić do naprawy mienia – mówi dyrektor Departamentu Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Ubezpieczyciele mają swoje systemy monitoringu szkód katastroficznych i  w zależności od zjawiska przygotowane scenariusze działania. Dzięki temu konsultanci na call center, rzeczoznawcy mobilni i likwidatorzy są w stanie obsłużyć większą liczbę zgłaszanych szkód. W momencie kulminacji zgłoszeń zyskują też większe uprawnienia, aby móc finalizować sprawy na tzw. szybkiej ścieżce albo kontaktować się z poszkodowanymi i informować, co mogą samodzielnie robić z powstałymi zniszczeniami.

Co istotne, dla wielu ubezpieczonych właścicieli domów i mieszkań nie jest jasne, czy mogą zacząć naprawiać je na własną rękę. Wolą czekać na przyjazd rzeczoznawcy, żeby przypadkiem nie zamknąć sobie drogi do wypłaty odszkodowania. To błąd, bo jak podkreśla Monika Lis-Stawińska z Compensy w przypadku szkód spowodowanych warunkami atmosferycznymi bardzo ważne jest szybkie działanie i niedopuszczenie do powiększania się strat.

– Informujemy naszych klientów, aby – w przypadku szkód, w których istnieje ryzyko powiększania się strat – wykonali jak najdokładniejszą dokumentację zdjęciową, obrazującą wielkość zniszczeń, i nie czekali na przyjazd rzeczoznawcy – mówi ekspertka. – Jest to bardzo ważne np. w szkodach spowodowanych deszczami nawalnymi, bo klienci mogą od razu przystąpić do osuszania pomieszczeń, a także w szkodach spowodowanych silnym wiatrem, gdzie zostało uszkodzone poszycie dachowe. Wtedy klienci mogą od razu przystąpić do zabezpieczenia tego dachu.

Po wystąpieniu szkody trzeba ją zgłosić ubezpieczycielowi – telefonicznie, przez formularz kontaktowy na stronie internetowej albo w aplikacji na smartfona. Tak jest m.in. w Compensie, gdzie mniej skomplikowaną szkodę klient może zgłosić w aplikacji do samodzielnej likwidacji szkód. To najprostszy i najszybszy sposób na otrzymanie odszkodowania. Trwa to średnio około trzech–czterech dni, a dzięki wprowadzonej niedawno opcji tzw. automatycznej wypłaty ten proces może ulec skróceniu nawet do kilkunastu godzin.

Po zgłoszeniu szkody trzeba dokładnie sfotografować zniszczone mienie – tak, aby po czasie możliwe było określenie rozmiaru i zakresu strat. To ważne o tyle, że przy dużej liczbie szkód katastroficznych ubezpieczyciel może się zdecydować na obsługę zgłoszeń wyłącznie na podstawie dokumentacji zdjęciowej. To zaś oznacza, że decyzję o odszkodowaniu podejmie bez wizyty rzeczoznawcy na miejscu zdarzenia.

Później można już zająć się naprawą. Należy tylko pamiętać, aby zgromadzić do późniejszego okazania rzeczoznawcy uszkodzone przedmioty, np. wypaczone drzwi czy wilgotne deski podłogowe. Nie należy ich wyrzucać. Natomiast jeżeli w toku naprawy konieczny był zakup jakichś przedmiotów lub pomoc fachowców, trzeba zgromadzić wszystkie rachunki i faktury, a następnie przekazać je ubezpieczycielowi. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ekstremalne-zjawiska,p2046752146

Stay connected

0FaniLubię
67,110ObserwującyObserwuj
14,700SubskrybującySubskrybuj