19.6 C
Nowy Jork
wtorek, 22 września, 2026

Buy now

spot_img

bp Polska od 1 lipca rusza z ofertą wakacyjną. Dla klientów indywidualnych zniżki sięgają do 30 groszy na litrze paliwa

0

Wysokie ceny paliw i koszty tankowania samochodu w coraz większym stopniu obciążają portfele Polaków. Zwłaszcza w wakacje, które są okresem urlopowych wyjazdów. Ceny mogą być jednak niższe dzięki sezonowym promocjom. bp Polska od 1 lipca wprowadza dla swoich klientów ofertę, dzięki której mogą zaoszczędzić nawet 30 groszy na litrze paliwa.

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że główną obawą i bolączką wszystkich Polaków są w tej chwili wysokie – i wciąż rosnące ceny – zarówno ceny produktów spożywczych, energii, ale także ceny paliwa – mówi agencji Newseria Biznes Barbara Wiążewska, dyrektor generalny Działu Retail w bp Polska. – Dlatego też przygotowaliśmy dla klientów specjalną ofertę obniżenia cen paliw w okresie wakacji. Od 1 lipca rozpoczynamy promocję cenową na paliwa, w której klienci będą mogli uzyskać rabat do 30 groszy na litrze.

Według danych, które podał GUS, w maju br. ceny paliw po raz kolejny wzrosły o 5 proc. w ujęciu miesięcznym i obecnie są już o 35,4 proc. droższe niż przed rokiem. To bolączka wielu gospodarstw domowych, które powoli są już zmuszone ograniczać wydatki na tankowanie samochodu. Tymczasem wakacje to czas urlopowych wyjazdów i  jak pokazał kwietniowy sondaż przeprowadzony dla portalu Wakacje.pl – w tym roku 3,4 proc. Polaków wybiera się na nie własnym samochodem. To i tak znaczący spadek wobec ubiegłego roku, kiedy ceny paliw były niższe, a ten odsetek wynosił 8,6 proc.

– Promocje i oferty specjalne na czas wakacji przygotowujemy każdego roku. W tym roku jest to oferta specjalna, ponieważ warunki, w jakich funkcjonujemy, a także sytuacja rynkowa, są wyjątkowe. Dlatego też, analizując potrzeby i sytuację klientów, a także otoczenie rynkowe, zdecydowaliśmy o wprowadzeniu wysokiego rabatu cenowego – mówi Barbara Wiążewska.

Dla klientów indywidualnych, którzy są zarejestrowani w programie lojalnościowym PAYBACK, rabat wyniesie 30 gr na litrze. Z kolei klienci z niezarejestrowaną kartą PAYBACK zapłacą mniej o 10 gr za litr dowolnego paliwa. Oferta obejmuje bowiem paliwa regularne, premium i LPG.

Jesteśmy przekonani, że jest to atrakcyjna propozycja i mamy nadzieję, że dzięki temu podróże wakacyjne i wakacje będą tańsze – mówi dyrektor generalny Działu Retail w bp Polska. Dodatkowo przygotowaliśmy też szereg ofert i promocji związanych z naszą ofertą spożywczą i sklepową.

W ramach akcji „Tańsze wakacje z bp” po zatankowaniu minimum 25 l klienci – oprócz rabatów na paliwo – otrzymają także bon rabatowy o wartości 3 zł na zakupy w kawiarni Wild Bean Cafe (WBC) lub skorzystanie z myjni. Mogą też liczyć na atrakcyjne promocje w sklepach na stacjach bp. Przez całe wakacje kontynuowana będzie również oferta czwartkowa, czyli Diesel Ultimate w cenie regularnej. Co ważne, w okresie wakacji wszystkie powyższe oferty się sumują. Szczegółowe informacje na temat ofert promocyjnych dostępne są na stronie internetowej koncernu. 

W Polsce bp jest wiceliderem rynku, pod tą marką działa prawie 570 stacji, 500 kawiarni WBC i całodobowe sklepy. Od kilku lat firma przygotowuje projekt „wakacje z bp”, który uwzględnia aktualne realia rynkowe. Przykładowo w trakcie pandemii kiedy bardzo wzrosło zainteresowanie podróżami kamperami bp przygotowało specjalną propozycję dla kamperowców. Kiedy Tatry były rekordowo oblegane przez turystów, firma razem z TOPR-em wprowadziła specjalne propozycje dla turystów. Z kolei w tym roku to właśnie kwestie wysokich cen paliw okazały się być dla klientów najistotniejsze. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/bp-polska-od-1-lipca-rusza,p155072313

Rośnie zapotrzebowanie na kadry przy projektowaniu, budowie i nadzorowaniu morskich farm wiatrowych na Bałtyku. Potrzeba będzie ponad 70 tys. specjalistów

0

Na Morzu Bałtyckim trwają zaawansowane przygotowania do budowy kilkunastu dużych farm wiatrowych, a kolejne są już w planach. To oznacza, że w nadchodzących latach skokowo wzrośnie zapotrzebowanie na kadry dla sektora offshore. Szacuje się, że zatrudnienie może znaleźć w nim ponad 70 tys. specjalistów, których na razie na rynku brakuje. Dlatego PGE, największy inwestor na Bałtyku, nawiązała współpracę z Uczelnią Łazarskiego, tworząc nowy program studiów podyplomowych dla osób, które w przyszłości zajmą się prowadzeniem i nadzorowaniem takich inwestycji.

– Morze Bałtyckie w najbliższych latach będzie jednym wielkim placem budowy, inwestycje są szacowane na mniej więcej 100 mld zł. Polska Grupa Energetyczna będzie największym inwestorem na Bałtyku, ale nie jedynym. Stąd potrzeba wysoko wyspecjalizowanej kadry, która będzie potrafiła zarządzać tego typu projektami – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Morska energetyka wiatrowa jest jedną z najszybciej rozwijających się technologii OZE w Europie. Polska nie ma jeszcze co prawda własnych wiatraków na morzu, ale pierwsze z nich mają zacząć produkować energię elektryczną w 2026 roku. Zgodnie z założeniami Polityki energetycznej do 2040 roku moc zainstalowana w offshore ma sięgnąć ok. 5,9 GW do końca tej dekady i nawet 11 GW do 2040 roku.

Morskie farmy wiatrowe na Bałtyku mają być jednym z filarów polskiego systemu energetycznego, a przy tym stanowić impuls rozwojowy dla całej gospodarki. Przyjmuje się, że program ich budowy może się przyczynić do powstania 77 tys. nowych miejsc pracy oraz zasilić budżet państwa i samorządów kwotą 15 mld zł – wynika z opublikowanego w zeszłym roku raportu „Energia (od)nowa” ILF Consulting Engineers. Analitycy wskazują w nim, że do 2040 roku Polska ma szansę być już dojrzałym rynkiem w branży morskiej energetyki wiatrowej i wieść prym w basenie Morza Bałtyckiego. Warunkiem jest jednak dostosowanie zaplecza portowego, rozwój infrastruktury logistycznej i obsługowej oraz budowa kadr dla tego sektora, których dzisiaj brakuje. Polscy specjaliści, którzy pracują w branży, dotąd zdobywali doświadczenie głównie za granicą i wciąż jest ich niewielu. 

– Wiadomo, że od dekarbonizacji nie ma odwrotu, a offshore będzie jednym z filarów transformacji polskiej energetyki. To duże wyzwanie i żeby mu sprostać, potrzebujemy wysoko wyspecjalizowanej kadry. Oczywiście w PGE już zatrudniamy wykwalifikowanych specjalistów, którzy potrafią zarządzać tego typu projektami, ale rozwijamy się i poszukujemy nowych pracowników – mówi Wojciech Dąbrowski.

– Cały świat w związku z okropnymi wydarzeniami za wschodnią granicą zdaje sobie sprawę, jak istotne dla gospodarek, społeczeństw i krajów są źródła energii alternatywnej i odstępowanie od tych tradycyjnych. Te procesy, które trwają od pewnego czasu, na pewno przyspieszą, a to oznacza jedno: rozwój tego rodzaju inwestycji i potrzeby kadrowe osób, które mogą poprowadzić te inwestycje. Mowa jest o dziesiątkach tysięcy osób, które mogą w takich przedsięwzięciach w najbliższych latach uczestniczyć – mówi prof. dr hab. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego.

Aby częściowo zaspokoić zapotrzebowanie na specjalistów, PGE Polska Grupa Energetyczna i warszawska niepubliczna uczelnia nawiązały właśnie współpracę i wspólnie stworzyły program studiów podyplomowych: morska energetyka wiatrowa – zarządzanie oraz przygotowanie i realizacja inwestycji.

– Kierunek jest adresowany do wszystkich osób, które zamierzają w przyszłości zajmować się projektami związanymi z tą gałęzią alternatywnej energetyki – mówi prof. dr hab. Maciej Rogalski. – Takie projekty są skomplikowane, wymagają zaangażowania różnych obszarów wiedzy i praktyki, w tym m.in. zarządzania projektowego, nadzorowania procesów inwestycyjnych. Tacy specjaliści powinni mieć też wiedzę z zakresu regulacji dotyczących m.in. ochrony środowiska i prawa budowlanego, z zakresu kalkulowania ryzyk o charakterze inwestycyjnym. Potrzebny jest więc szeroki pakiet kwalifikacji i umiejętności praktycznych, który pozwoli przyszłym specjalistom przeprowadzać tak skomplikowane i nowatorskie przedsięwzięcia, jakimi są budowy morskich farm wiatrowych.

Nowy kierunek studiów podyplomowych na Uczelni Łazarskiego jest kierowany m.in. do specjalistów ze spółek energetycznych, urzędów i instytucji, ale też do wszystkich zainteresowanych rozwojem zawodowym w obszarze morskiej energetyki wiatrowej. Zostanie uruchomiony od października br.

PGE Polska Grupa Energetyczna na początku tego roku nawiązała też podobne partnerstwa z Uniwersytetem Morskim w Gdyni i Politechniką Gdańską, gdzie uruchomione zostały dwa inne kierunki studiów podyplomowych z obszaru offshore  z projektowania i budowy morskich systemów energetycznych oraz z zarządzania ryzykiem w morskim przemyśle wydobywczym i energetyce wiatrowej.

– Będziemy się rozwijać, będziemy potrzebować wysoko wyspecjalizowanej kadry – i nie tylko my. To są zawody przyszłościowe w energetyce, dlatego zachęcam do wzięcia udziału w tym programie i zapewniam, że najlepsi znajdą zatrudnienie w PGE – mówi Wojciech Dąbrowski.

PGE Polska Grupa Energetyczna zamierza do 2040 roku wybudować na Bałtyku farmy wiatrowe o łącznej mocy przynajmniej 6,5 GW. Grupa – wspólnie z partnerem joint venture, czyli duńską spółką Ørsted – jest już mocno zaawansowana w pracach nad trzyetapowym projektem MFW Baltica, największej farmy wiatrowej na polskiej części Bałtyku i jednej z największych na świecie ogółem.

Uruchomienie pierwszego etapu projektu – czyli MFW Baltica 3 o mocy ok. 1045 MW – jest planowane na 2026 rok. Kolejny etap – czyli MFW Baltica 2 o mocy ok. 1500 MW – ma zostać oddany do użytku do 2027 roku. Oba etapy mają już decyzje lokalizacyjne, pozwolenia środowiskowe, umowy przyłączeniowe do sieci przesyłowej z operatorem, otrzymały też prawo do kontraktu różnicowego. W tym roku PGE i Ørsted spodziewają się otrzymania decyzji środowiskowej dla części przesyłowej na lądzie i będą pracować nad pozyskaniem pozwoleń na budowę, które przybliżą projekt do finalnej decyzji inwestycyjnej.

– To będą pionierskie przedsięwzięcia w Polsce. Mamy już doświadczenie w budowie farm wiatrowych na lądzie, ale nie mamy doświadczeń w budowie takich elektrowni na morzu. Dlatego potrzebujemy wykształconej kadry, aby takimi projektami zarządzać – mówi prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosnie-zapotrzebowanie-na,p908640467

Cyfrowe technologie mogą przyspieszyć przechodzenie na zieloną energię. Znacznie obniżą także jej koszty

0

Innowacyjne technologie cyfrowe mogą pomóc zredukować globalne emisje gazów cieplarnianych nawet o 15 proc. – wskazuje Komisja Europejska, podkreślając, że są one kluczem do osiągnięcia celów zielonej transformacji ujętych w Zielonym Ładzie. Innowacje technologiczne takie jak sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe już dziś pomagają przestawiać tradycyjną energetykę na zielone tory. Co więcej, znacząco obniżają także jej koszty. Dzięki nim możliwe będzie także szybsze uniezależnianie się od rosyjskich surowców: węgla, gazu i ropy naftowej. 

Jak wskazuje Komisja Europejska, cyfrowe technologie są filarem zielonej transformacji. Mają kluczowe znaczenie dla osiągnięcia przez UE neutralności klimatycznej do 2050 roku, co jest głównym celem Europejskiego Zielonego Ładu. Według szacunków, które przytacza KE, cyfrowe technologie mają potencjał, aby zredukować w tym czasie globalne emisje gazów cieplarnianych nawet o 15 proc.

Zaawansowane technologie wspierają rozwój zielonej energii, np. dostarczając nam systemy predykcji pogody czy systemy uczenia maszynowego, które zwiększają efektywność OZE – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Bednarski, prezes Vast Energy i ekspert Krajowej Izby Klastrów Energii. – Już w tej chwili koszt produkcji zielonej energii ze źródeł OZE możemy obniżyć dwukrotnie dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego np. do przewidywania pogody.

Eksperci Cleantech for Europe wskazują, że rozwój technologicznych innowacji może szybciej zapewnić Europie niezależność od rosyjskich surowców. Chodzi o rozwiązania m.in. w takich obszarach jak elektryfikacja transportu, przyspieszenie wykorzystania zielonego wodoru, zwiększanie efektywności energetycznej i magazynowanie energii. Ich wykorzystanie może być znaczącym elementem unijnej strategii REPowerUE, która została przyjęta w marcu br. w odpowiedzi na agresję Rosji na Ukrainę, co zachwiało współpracą na polu energetycznym.

Rozwiązania takie jak sztuczna inteligencja, 5G, chmura, edge computing czy internet rzeczy mogą się przyczynić m.in. do optymalizacji funkcjonowania sieci elektroenergetycznej, zapewniać cyberbezpieczeństwo systemu elektroenergetycznego oraz przyczyniać się do zmniejszenia jednostkowego zużycia energii i innych zasobów, np. wody, o czym podczas Ekonomicznego Kongresu Gospodarczego w Katowicach przekonywali m.in. eksperci z takich firm jak Huawei, Vast Energy, OVHcloud czy ABB.

Takie innowacje są dziś główną siłą napędzającą rozwój energetyki, umożliwiając koncernom energetycznym zwiększenie konkurencyjności, uzyskiwanie dodatkowych źródeł przychodu, optymalizację kosztów czy podnoszenie jakości produktów i usług. Mają zastosowanie w całym łańcuchu wartości – począwszy od wydobycia surowca, poprzez wytwarzanie, przesył, dystrybucję i sprzedaż, a kończąc na zarządzaniu zużyciem energii. Dlatego wielu rynkowych graczy stawia na nie mocny akcent. Przykładem może być m.in. Tauron, który tylko w 2020 roku uzyskał pięć patentów na nowe rozwiązania, jak np. innowacyjne sposoby wychwytywania związku siarki i dwutlenku węgla. Mimo to, jak wskazuje ekspert Krajowej Izby Klastrów Energii, Polsce wciąż daleko do pozycji lidera w wykorzystaniu innowacji i cyfrowych technologii na rzecz zielonej transformacji.

– Na tle innych krajów nie jesteśmy liderem. Dobrze wypadamy pod względem procesów automatyzacji w przemyśle, szczególnie związanym z eksportem, ponieważ tam mamy narzucone pewne reguły gry, których się musimy trzymać. U dużych wytwórców przemysłowych ta cyfryzacja postępuje bardzo szybko, ale to jest grupa liderów. Natomiast za nią mamy ogromną rzeszę wyzwań związanych z efektywnością energetyczną czy tykającą bombę w postaci elektrociepłowni zasilanych węglem, które musimy przebudować. Nie zrobimy tego efektywnie bez cyfryzacji, która obniża koszty transformacji energetycznej – mówi Mariusz Bednarski.

Zielona transformacja to poważne wyzwanie nie tylko dla energetyki i przemysłu, ale i dla samorządów. W jej wdrażaniu kolosalne znaczenie mają cyfrowe technologie m.in. z zakresu efektywności energetycznej, które wpisują się w koncepcję tzw. smart city. Polskie miasta wciąż mają jednak problemy z ich wdrażaniem.

– Smart city to pojęcie znane w Polsce od wielu lat, ale wdrażane w sposób chaotyczny, nieskoordynowany. Dla przykładu wiele miast w Polsce wdrożyło już system ITS, czyli inteligentny system zarządzania ruchem, który pozwala zapewnić pierwszeństwo autobusom czy tramwajom. Z drugiej strony są w miastach takie obszary, gdzie tej cyfryzacji nie ma w ogóle. Jako użytkownicy energii wciąż nie możemy sprawdzić sobie, jaki jest koszt tej energii w czasie rzeczywistym. Tak więc przed smart city jeszcze długa droga, ale jest nadzieja, że technologia zawita pod strzechy do każdego mieszkańca, zarówno miast, jak i wsi – mówi prezes Vast Energy.

Postępująca cyfryzacja oddaje też w ręce końcowych użytkowników narzędzia pozwalające na optymalizację zużycia energii. Przykładem są inteligentne liczniki ze zdalnym odczytem energii, które pomagają konsumentom monitorować zużycie prądu, zarządzać nim i oszczędzać. W Polsce, zgodnie ze znowelizowaną ustawą Prawo energetyczne, takie inteligentne liczniki przed końcem 2028 roku mają być zainstalowane u co najmniej 80 proc. końcowych odbiorców energii.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cyfrowe-technologie-moga,p810887278

Nowa polityka energetyczna Polski zakłada przyspieszenie inwestycji w OZE. Coraz więcej firm chce przechodzić na zieloną energię

0

Zgodnie z zapowiedziami rządu Polska już w maju ma zrezygnować z zakupów rosyjskiego węgla, a do końca roku przestanie importować ropę i gaz z Rosji. Zmieniona „Polityka energetyczna Polski do 2040” więcej uwagi poświęca niezależności energetycznej kraju, zakłada szukanie nowych kierunków dostaw surowców i przyspieszenie rozwoju OZE. Wojna w Ukrainie, która wywindowała ceny energii i paliw, skłania także firmy do szukania bezpieczeństwa energetycznego i inwestowania w zielone źródła. Na tym trendzie chce skorzystać spółka Luneos, która planuje budowę farm wiatrowych i fotowoltaicznych oraz chce się stać dostawcą zielonej energii dla biznesu.

 Znaczna część energii w Polsce i Europie pochodzi z Rosji. Importujemy rosyjski gaz, ropę naftową i węgiel, ale będziemy musieli uniezależnić się od dostaw paliw kopalnych z Rosji – mówi agencji Newseria Biznes Zbigniew Prokopowicz, prezes zarządu i współzałożyciel Luneos.

Według danych podawanych przez Forum Energii z Rosji pochodzi obecnie ok. 55 proc. sprowadzanego do Polski gazu, 66 proc. importowanej ropy naftowej i ok. 75 proc. węgla. Analitycy oszacowali, że w ciągu ostatnich 20 lat na zakup rosyjskich surowców energetycznych Polska wydała ponad 900 mld zł. Te pieniądze bezpośrednio finansują reżim Władimira Putina, bo sprzedaż surowców energetycznych stanowi aż 1/3 dochodów do rosyjskiego budżetu.

Dlatego rząd przedstawił w środę plan odejścia od rosyjskich węglowodorów, który jest najbardziej radykalny w Europie. Najszybciej, bo jeszcze w maju, Polska ma zrezygnować z zakupów rosyjskiego węgla, w kolejnych miesiącach przestanie kupować też ropę i gaz. Rada Ministrów przyjęła już niezbędne w tym celu założenia do aktualizacji „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, które obejmują m.in. większą dywersyfikację dostaw surowców, poprawę efektywności energetycznej, rozwój magazynowania energii oraz inwestycje w OZE.

Premier zaapelował też do innych krajów UE o podjęcie podobnych kroków. Proponuje też wprowadzenie podatku od rosyjskich surowców, który utrudni Rosji wykorzystywanie ich jako narzędzia politycznego szantażu. Na forum UE już od kilku tygodni trwa dyskusja o konieczności rezygnacji z importu rosyjskich surowców i budowania bezpieczeństwa energetycznego na podstawie innych elementów.

Alternatywą, którą można rozwinąć w krótkim czasie, są odnawialne źródła energii – w polskich warunkach zwłaszcza ze słońca i wiatru. Dlatego teraz transformacja energetyczna, która rozpoczęła się już w Polsce, jak i na całym świecie, będzie postępować jeszcze szybciej aniżeli do tej pory – mówi Zbigniew Prokopowicz.

Czynnikiem przyspieszającym tę transformację i rozwój sektora OZE jest nie tylko potrzeba uzależnienia od rosyjskich surowców. Koszt wytworzenia energii z wiatru i słońca jest dzisiaj po prostu znacznie niższy niż koszt wytwarzania jej z paliw kopalnych takich jak węgiel czy gaz.

– To się po prostu bardziej opłaca – mówi prezes zarządu Luneos. – Przy obecnym koszcie energii z paliw kopalnych ceny energii dla przedsiębiorstw i użytkowników końcowych są wręcz astronomiczne w porównaniu do alternatywy ze źródeł odnawialnych.

Analitycy wskazują, że napędzane przez wojnę w Ukrainie wysokie ceny surowców – gazu, ropy i węgla – na światowych rynkach będą też w nadchodzących miesiącach jednym z głównych czynników hamujących wzrost gospodarczy i napędzających inflację. To zaś przełoży się m.in. na spadek siły nabywczej polskich gospodarstw domowych, jak i mniejszą skłonność przedsiębiorstw do inwestycji.

Ta inflacja utrzyma się z pewnością w dłuższym okresie, być może nawet przez kilka lat. Dlatego ten czynnik inflacyjny jest dziś kolejnym argumentem przemawiającym za tym, żeby przechodzić na źródła odnawialne, bo za promienie słońca i energię kinetyczną wiatru się nie płaci – mówi Zbigniew Prokopowicz.

Źródła odnawialne – zwłaszcza fotowoltaika i energetyka wiatrowa – w Polsce rozwijają się dynamicznie już od dobrych kilku lat. Szacuje się, że do 2030 roku moce zainstalowane w OZE wzrosną blisko dwukrotnie.

Polskie firmy podejmują działania związane z transformacją energetyczną już od pewnego czasu – mówi Michał Kozłowski, wiceprezes i współzałożyciel Luneos. – Jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie bazą tych działań był z jednej strony ślad węglowy i czynniki środowiskowe, z drugiej – elementy kosztowe, czyli spadający koszt produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Teraz wojna za naszą wschodnią granicą jeszcze bardziej zwiększyła zainteresowanie firm tym obszarem. Doszedł też niezwykle istotny element bezpieczeństwa energetycznego, zarówno w skali kraju, jak i dostępności energii po rozsądnej cenie na poziomie firm.

Jak podkreśla, inwestycja we własną mikroinstalację albo zakup energii z OZE stały się w ostatnich latach popularnym sposobem obniżania kosztów przez przedsiębiorstwa, które uniezależniają się w ten sposób od wahań cen surowców i zyskują gwarancję ciągłości dostaw. Na fali zwiększonego zainteresowania ze strony przedsiębiorstw spółka Luneos zdecydowała się zainwestować ok. 3 mld zł w nabycie, rozwój, budowę i eksploatację własnego portfela aktywów OZE o mocy ok. 1 GW. W  ramach tych planów przewiduje budowę farm fotowoltaicznych i wiatrowych. Firma, która do tej pory dostarczała biznesowi rozwiązania z zakresu transformacji energetycznej, planuje rozszerzyć działalność o wytwarzanie energii odnawialnej i dostarczanie jej do przedsiębiorstw, np. w modelu abonamentowym.

– Jest kilka sposobów pozyskiwania zielonej energii przez firmy. Do tej pory głównym i dominującym było zawarcie średnio- bądź długoterminowej umowy na dostawy energii z konkretnego źródła odnawialnego. Jednak w ostatnim czasie coraz popularniejszy staje się model budowy własnego źródła podłączonego bezpośrednio do zakładu, np. w formule as a service. W tym modelu firma płaci stały, miesięczny abonament związany właśnie z pozyskaniem źródła energii bez konieczności wykładania własnych środków na inwestycję – mówi Michał Kozłowski. – Pozbywamy się czynnika związanego z ryzykiem wzrostu cen paliw. W tym przypadku ten koszt jest z góry znany, wiemy, po jakiej cenie będziemy pozyskiwać energię.

Luneos zamierza zrealizować swoje plany inwestycyjne w ciągu najbliższych trzech–czterech lat. Spółka pozyskała już na ten cel większość kapitału dzięki współpracy ze szwajcarskim funduszem SUSI Partners, specjalizującym się w inwestycjach w infrastrukturę zrównoważonej energii. Rozpoczęcie budowy pierwszych projektów jest planowane na I połowę tego roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nowa-polityka-energetyczna,p1256307042

Narodowy Bank Ukrainy zbiera pieniądze na wsparcie armii. Rachunek utworzony przez BGK umożliwi wpłaty w złotych [DEPESZA]

0

Od momentu rosyjskiej napaści Narodowy Bank Ukrainy zbiera pieniądze na wsparcie odpierającej atak armii. W niedzielę poinformował, że do tej pory wypłacił 450 mln hrywien, które zostaną przeznaczone m.in. na dostawy broni i innego wyposażenia wojskowego oraz leków. To bezprecedensowa zbiórka wśród społeczności międzynarodowej, w którą każdy może się zaangażować. Teraz wsparcie obrony Ukrainy przez Polaków będzie jeszcze łatwiejsze – Bank Gospodarstwa Krajowego we współpracy z NBU uruchomił specjalny rachunek do wpłat.

Ukraina potrzebuje natychmiastowej i konkretnej pomocy. Dziś jednoczymy się i wspólnie wspieramy naszych sąsiadów. Wielu Polaków pomaga indywidualnie, jednocześnie włączają się także firmy i instytucje. My się dołączamy, a to dopiero nasz pierwszy krok na tej drodze – mówi cytowana w komunikacie Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes Banku Gospodarstwa Krajowego.

– Jesteśmy niesamowicie wdzięczni naszym kolegom. Dziękujemy naszym przyjaciołom z Polski za ich chęć pomagania, czego dowody w ogromnej skali widzimy w ostatnich dniach. Ukraina pozostaje silna, w dużej mierze dzięki wielkiemu wsparciu, jakie płynie do nas z całego świata. Jesteśmy wdzięczni za każdą wpłatę, za każdą wiadomość i każdą pomocną dłoń – podkreśla w komunikacie Kyryło Szewczenko, prezes Narodowego Banku Ukrainy. 

Specjalny rachunek został uruchomiony w poniedziałek. Przesyłane tam środki trafiają bezpośrednio do ukraińskiego banku centralnego.

– Otwarcie konta w złotych i wsparcie NBU w ten sposób zainicjował zespół Polskiego Standardu Płatności, operator systemu BLIK. Aby jeszcze bardziej ułatwić pomoc, w najbliższych dniach BLIK uruchomi możliwość wpłat na to konto także poprzez system BLIK – podkreśla BGK.

Numer rachunku, na który można dokonywać wpłat, to 91 1130 0007 0080 2394 3520 0002. W tytule trzeba wpisać „Wsparcia dla Ukrainy”, a wpłat należy dokonywać w złotych.

– Dziś wszyscy musimy pokazać solidarność z Ukrainą, musimy działać szybko na swoim odcinku. Dzięki naszej technologii oraz wypracowanym relacjom z przedstawicielami Centralnego Banku Ukrainy umożliwiamy każdemu bezpośrednie wpłaty środków na wsparcie dla ukraińskiej armii na specjalny rachunek, sprawnie uruchomiony przez BGK. Na tej bazie niezwłocznie uruchomimy także dodatkowe możliwości wpłat przez system BLIK – zapewnia Dariusz Mazurkiewicz, prezes Polskiego Standardu Płatności, operatora BLIK-a.

– Dziękuję BLIK-owi za wyjątkowe podejście i współpracę. Dzięki temu każdy może wpłacać pieniądze na specjalne konto Narodowego Banku Ukrainy i w ten sposób bezpośrednio pomagać Ukrainie – podkreśla prezes BGK.

Zbiórka funduszy dla ukraińskich sił zbrojnych została zorganizowana przez NBU niemal natychmiast po wkroczeniu wojsk rosyjskich do Ukrainy. W tym celu uruchomiono konto walutowe, na które można dokonywać przelewy w dowolnych walutach. To bezprecedensowy przykład międzynarodowego crowdfundingu, w którym obywatele z całego świata, również z Rosji, mogą wspierać broniącą się armię Ukrainy.

Do tej pory NBU przekazał armii 450 mln hrywien, czyli ponad 65 mln zł. Jednocześnie przedstawiciele banku zapewniają, że robią wszystko, by zabezpieczyć działanie całego systemu bankowego Ukrainy i rynku walutowego. Do tej pory ponad 50 mld hrywien trafiło na kredyty refinansowe dla banków. NBU cofnął także licencje działającym w Ukrainie bankom kontrolowanym przez Rosję. Z zadowoleniem przyjął decyzję państw Zachodu o odcięciu Rosji od systemu SWIFT. Bank apeluje też do przedsiębiorców o akceptację płatności bezgotówkowych, dzięki którym system cały czas może normalnie funkcjonować.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/narodowy-bank-ukrainy,p1751334116

dr M. Szołucha: Nominacja prof. A. Glapińskiego na drugą kadencję w NBP uspokoi rynki. Będzie to dla niego szansa na obniżenie inflacji

0

W ubiegłym tygodniu prezydent Andrzej Duda zawnioskował o powołanie prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję w roli prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wniosek trafił już do marszałek Sejmu, a decyzja jest teraz uzależniona od sejmowej większości. Ewentualny wybór prof. Adama Glapińskiego na to stanowisko będzie oznaczał, że pokieruje on bankiem centralnym aż do 2028 roku. – Będzie to dla niego szansa sprowadzenia inflacji w granice celu, a po kolejnych latach jego prezesury można się spodziewać m.in. przywiązania do suwerenności monetarnej i obrony obrotu gotówkowego – wskazuje ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego, dr Marian Szołucha.

 Dobrze, że wniosek prezydenta Andrzeja Dudy wpływa do marszałek Sejmu stosunkowo szybko, chociaż teoretycznie prezydentowi zostało na tę decyzję jeszcze kilka miesięcy. Jednak czasy mamy niespokojne, więc wszystkie spekulacje trzeba ucinać możliwie szybko, trzeba uspokajać nastroje, zwłaszcza na tak wrażliwym polu, jakim są rynki finansowe, gdzie Narodowy Bank Polski jest istotnym graczem – mówi agencji Newseria Biznes dr Marian Szołucha.

Aktualna kadencja prof. Adama Glapińskiego na stanowisku szefa NBP upływa 21 czerwca 2022 roku. Prezydent Andrzej Duda zawnioskował jednak o powołanie go na drugą kadencję w tej roli, a wniosek w tej sprawie trafił już do marszałek Sejmu – poinformował 29 stycznia szef gabinetu prezydenta Paweł Szrot. Prezes NBP jest powoływany i odwoływany przez Sejm na wniosek prezydenta RP na sześcioletnią kadencję.

– Spokojna reakcja rynków finansowych, rynków walutowych i Giełdy Papierów Wartościowych świadczy o tym, że ta decyzja prezydenta była oczekiwana – mówi ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego.

Jak ocenia, nominacja prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję to dobry ruch, który stabilizuje gospodarkę. Jego zdaniem ta decyzja zapewnia też przewidywalność w polityce pieniężnej i kontynuowanie obranego kierunku, a przy tym kończy ze spekulacjami i niepewnością, co jest kluczowe zwłaszcza teraz, w obliczu rosnącej inflacji, na którą ma wpływ pandemia, oraz sytuacji na wschodzie Europy.

Zawisło nad nami niebezpieczeństwo odpływu części kapitału, ponieważ za wschodnią granicą dzieją się rzeczy niepokojące i nikt nie wie, w jakim kierunku rozwinie się sytuacja. Po drugie, pandemia i konieczność łagodzenia jej skutków spowodowały, że w Polsce pojawiła się inflacja, na którą nałożył się jeszcze cały szereg innych czynników, takich jak polityka energetyczno-klimatyczna UE, podnoszenie cen gazu przez Rosję i pozrywane łańcuchy dostaw w handlu międzynarodowym. Krótko mówiąc, cały zespół czynników złożył się na to, że presja inflacyjna w Polsce jest najwyższa od około 20 lat – mówi dr Marian Szołucha. – Aby uspokoić nastroje, potrzebna była szybka decyzja prezydenta. Ta decyzja jest i mam nadzieję, że parlament też upora się z nią możliwie szybko.

Wskazuje też, że mimo dużego wzrostu inflacji w końcówce prezesury prof. Adama Glapińskiego (w grudniu wyniosła ona 8,6 proc.) średnia w całym okresie sprawowania przez niego tej funkcji ciągle wychodzi bardzo niska, a dotychczasowa polityka NBP owocuje od kilku lat wysokim wzrostem gospodarczym przy znikomym bezrobociu. Na pozytywną ocenę dotychczasowej kadencji szefa banku centralnego jego zdaniem składają się także rekordowy zysk wpłacany przez NBP do budżetu państwa, zakupy złota czynione w odpowiednim czasie czy rekordowe rezerwy walutowe banku. Wśród pojawiających się wątpliwości niektórych ekspertów jest zbyt późna reakcja na inflację w postaci podwyżki stóp procentowych i zbyt późne zacieśnianie polityki monetarnej.

– Ja tak nie uważam, bo trzeba zwrócić uwagę na to, co mogą przynieść Polsce wysokie stopy procentowe. One rzeczywiście mogą zmniejszyć presję inflacyjną, ale z drugiej strony – podniosą koszty życia wielu Polaków i funkcjonowania wielu firm, wzrosną raty kredytów hipotecznych, raty leasingów etc. Ponadto wysokie stopy procentowe działają schładzająco na gospodarkę, obniżają dynamikę jej wzrostu. Dlatego RPP wstrzymywała się – i niektórzy uważają, że zbyt długo – z decyzją o podniesieniu stóp. To jest jednak zawsze bolesne dla gospodarki, bo jest mieczem obosiecznym – podkreśla ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego.

To, czy prof. Adam Glapiński pozostanie na stanowisku szefa banku centralnego do 2028 roku, jest teraz uzależnione od sejmowej większości. Zgodnie z prawem ta sama osoba nie może pełnić funkcji szefa NBP dłużej niż przez dwie kolejne kadencje. Jak wskazuje ekspert, priorytetem na kolejne lata będzie sprowadzenie inflacji w granice celu inflacyjnego (2,5 proc. z możliwością odchylenia o 1 pkt proc. w obie strony). Po drugiej kadencji można się spodziewać także m.in. przywiązania do suwerenności monetarnej i obrony obrotu gotówkowego, co było już widoczne w pierwszej kadencji.

– Prof. Glapiński zauważa, że jeśli coraz częściej płacimy elektronicznie, kartą, przelewem, korzystamy z aplikacji i innych fintechowych rozwiązań, które są tanie, szybkie i przyjemne, to jednak one niosą ze sobą określone ryzyka, np. phishingowe, polegające na możliwości okradzenia nas przez hakerów i internetowych oszustów, ale także te związane z bezpieczeństwem systemowym. Gotówka daje to bezpieczeństwo systemowe, w odróżnieniu od elektronicznego obiegu pieniądza tego nikt nie jest nam w stanie wyłączyć, np. w sytuacji jakiegoś kryzysu czy ataku na Polskę z zewnątrz. Dlatego obrót pieniężny powinien mieć – właśnie ze względów bezpieczeństwa – charakter mieszany, gotówkowo-bezgotówkowy. Tego zdania jest prof. Glapiński, za co jest przez niektórych przedstawicieli rynków finansowych i sektora bankowego atakowany. Ma jednak w tym temacie podejście bardzo konserwatywne, moim zdaniem właściwe – ocenia dr Marian Szołucha.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dr-m-szolucha-nominacja,p1851588150

Nie wszyscy zyskają na nowym ładzie w podatkach. Zmiany „sfinansują” głównie osoby zarabiające powyżej 11 tys. zł brutto

0

Na reformie podatkowej wprowadzonej w Polskim Ładzie najwięcej zyskają najmniej zarabiający, ale tylko ci zatrudnieni na umowę o pracę, jak również emeryci otrzymujący najniższe świadczenia. Straci większość przedsiębiorców, zwłaszcza tych rozliczających się podatkiem liniowym, i najlepiej zarabiający etatowcy. Na poprawę poborów nie mają też co liczyć zatrudnieni na umowy cywilnoprawne. Część pracowników i przedsiębiorców rozliczających się według skali podatkowej będzie mogła skorzystać z ulgi dla klasy średniej, co sprawi, że program zmian okaże się dla nich neutralny.

– Zmiany, które zostaną wprowadzone w ramach Polskiego Ładu, mają swoje dobre i mocne strony, jak również te słabe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Antoni Kolek, prezes Instytutu Emerytalnego. – Na pewno podwyższenie kwoty wolnej do 30 tys. zł i podwyższenie drugiego progu podatkowego należy zakwalifikować do zmian pozytywnych.

Jedną z największych zmian jest podniesienie kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, czyli w przypadku większości podatników niemal dziesięciokrotnie. Oznacza to na przykład brak opodatkowania dla otrzymujących najniższą emeryturę oraz pensje do 3180 zł miesięcznie. Dodatkowo drugi próg podatkowy zostanie podniesiony do 120 tys. zł rocznie z dotychczasowych 85 tys. zł. Dla osób zarabiających w tym przedziale oznacza obniżkę stawki niemal o połowę, z 32 proc. do 17 proc.

 Z kolei brak możliwości odliczenia składki zdrowotnej od podatku dochodowego od osób fizycznych na niekorzyść wpłynie na wysokość wynagrodzenia netto podatników. Osobom, które są zatrudnione na podstawie umowy o pracę, pracodawca będzie musiał pobrać z wynagrodzenia większą kwotę, która będzie odpowiadała wysokości składki zdrowotnej, a podatnik nie będzie miał już prawa do tego, żeby w rozliczeniu rocznym to odliczyć. Czyli dla tych osób będzie po prostu wyższe opodatkowanie – wyjaśnia dr Antoni Kolek.

Jak podaje Ministerstwo Finansów, pracownicy o zarobkach od 5,7 tys. do 12,8 tys. brutto miesięcznie zyskają lub nie stracą na Polskim Ładzie. I to mimo braku możliwości odliczenia składki zdrowotnej. Według resortu, reforma będzie neutralna dla 20 proc. etatowców. Mniej niż 200 zł miesięcznie straci niecałe 12 proc. pracowników, a tylko 2,4 proc. zapłaci więcej niż 200 zł miesięcznie.

Niekorzystne zmiany dotyczące odliczania składki zdrowotnej ma zniwelować ulga dla klasy średniej. Będą mogli z niej skorzystać przedsiębiorcy rozliczający się według skali oraz pracownicy etatowi zarabiający między 5700 zł a 11 141 zł brutto miesięcznie.

– Z całą pewnością wszyscy pracownicy, którzy zarabiają powyżej 11 tys. zł, faktycznie będą tymi, którzy będą musieli „sfinansować” Polski Ład. Tutaj podatek dochodowy od osób fizycznych i składka zdrowotna na tyle obciąży wynagrodzenie netto, że te osoby po prostu będą odnotowywały straty w wysokości swojego wynagrodzenia netto po wdrożeniu Polskiego Ładu – mówi prezes Instytutu Emerytalnego. – Podobnie przedsiębiorcy – jeśli ktoś dzisiaj jest podatnikiem 19-proc. podatku liniowego, do tej pory płacił 1,25 proc. składki zdrowotnej, teraz będzie tak naprawdę musiał zapłacić 19 proc. plus 4,9 proc. składki zdrowotnej należnej od pełnego dochodu. Dla wielu osób będzie to oznaczało po prostu podwyżkę podatków.

Jak podkreśla, z ulgi dla klasy średniej nie skorzystają zleceniobiorcy, czyli osoby, które wykonują pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej, przedsiębiorcy na podatku liniowym, a także ci, którzy są członkami zarządów czy też prokurentami spółek na zasadach powołania.

– Jeśli z tego tytułu otrzymują wynagrodzenie, jest to działalność wykonywana osobiście, ona również nie jest związana z ulgą dla klasy średniej – wylicza dr Antoni Kolek. – Tak że będzie sporo grup osób, które faktycznie nie będą mogły z tej ulgi dla klasy średniej skorzystać, a jeśli z niej nie skorzystają, to znaczy, że ich wynagrodzenie będzie obciążone i podatkiem dochodowym, i pełną, nieodliczalną składką zdrowotną.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nie-wszyscy-zyskaja-na,p2067910633

Inflacja i wzrost kosztów produkcji uderzają w polskie firmy. Część z nich szuka okazji do ograniczenia wzrostów, inwestując za granicą

0

Zgodnie z nowymi danymi GUS inflacja w listopadzie wyniosła 7,7 proc. To wynik nienotowany od 21 lat. Wzrosty cen trapią też inne europejskie gospodarki. W październiku ceny w całej UE były wyższe o 4,4 proc. r/r, co jest najwyższym odczytem od co najmniej 1997 roku, od kiedy Eurostat podaje dane. Dynamiczny wzrost cen i zerwane w pandemii łańcuchy dostaw przekładają się na utrudnienia w działalności polskich firm. Jednym ze sposobów na ich ograniczenie może być międzynarodowa ekspansja. – Część polskich firm dostrzegła dla siebie duże możliwości przejmowania zagranicznych podmiotów albo rozwijania się za granicą właśnie dzięki temu, że na niektórych rynkach sytuacja nie zmienia się aż tak dynamicznie – mówi Maciej Bałabanow z Funduszu Ekspansji Zagranicznej PFR TFI.

– Aktualna sytuacja rynkowa, która charakteryzuje się przede wszystkim wzrostem cen, przekłada się na działalność wszystkich firm w polskiej i światowej gospodarce. Istotny jest też fakt, że te ceny nie wszędzie rosną równomiernie. Dla przykładu w Europie – m.in. z powodu kryzysu energetycznego, z którym mamy aktualnie do czynienia – rosną bardziej dynamicznie niż w Azji. To z kolei oznacza, że dywersyfikacja geograficzna umożliwia przedsiębiorstwom dostęp do czynników produkcji w tych regionach, gdzie ceny przynajmniej chwilowo są jeszcze niższe – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Bałabanow, dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI.

Październik był kolejnym miesiącem rekordowo wysokiej inflacji. Spośród 32 krajów europejskich (w tym również UE i strefy euro ogółem) w 27 inflacja przekroczyła 3 proc., a w 11 była wyższa niż 5 proc. W całej UE ceny były wyższe o 4,4 proc. r/r, co jest najwyższym odczytem, odkąd Eurostat zaczął raportować dane o inflacji – pokazuje ekspertyza opracowana przez zespół analityczny Polskiego Funduszu Rozwoju. Wynika z niej również, że wzrost kosztów i zakłócenia w łańcuchu dostaw negatywnie odbijają się na wynikach badań koniunktury gospodarczej. Wprawdzie w każdym z państw wskaźnik PMI przemysłu przekroczył w październiku 50 pkt, ale ogółem w strefie euro i całej UE był nieznacznie niższy niż we wrześniu. 

– Perspektywy dotyczące dalszych wzrostów cen mają dwa filary. Pierwszy to czynnik okresowy, wynikający m.in. z mniejszej dostępności nośników energii w Europie, który pewnie minie w średnim okresie. Natomiast drugi filar to czynniki trwałe, które mają związek właśnie z modyfikacją światowej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym, zmniejszającym wpływ na środowisko – mówi ekspert.

W Europie, oprócz historycznie wysokich cen gazu, do galopujących cen najmocniej przyczyniają się rosnące koszty uprawnień do emisji CO2 w unijnym systemie ETS. Wzrosły one z 25 euro za tonę CO2 jeszcze na początku 2020 roku do około 75 euro obecnie. Przez niedobory gazu rosną także ceny tego surowca, co sumarycznie przekłada się na wyższe ceny energii i wzrost cen produkcji w wielu branżach. Odczuwają go również przedsiębiorstwa w Polsce. Jednocześnie w ramach walki ze skutkami pandemii wszystkie państwa przyjęły plany odbudowy gospodarki, które zakładają wzrost inwestycji, co z kolei powoduje zwiększony popyt na materiały i usługi oraz wzrost ich cen. Z kolei w wymiarze globalnym przyspiesza produkcja mocy z energii odnawialnej, co generuje wzrost inwestycji w infrastrukturę i napędza m.in. wzrost cen stali.

W sytuacji rosnących cen znalazło się wiele branż, a przedsiębiorstwa radzą sobie z nimi na różne sposoby. Część z nich przenosi ten wzrost na odbiorców końcowych i nawet czerpie z tego korzyści – pod warunkiem że nie przekłada się to na istotne obniżenie końcowego popytu. Z drugiej strony są sektory, w których obecna sytuacja wpływa na spadek marż, co jest spowodowane na przykład tym, że mają one podpisane kontrakty bez klauzuli indeksacji cen.

Ekspert ocenia, że w nadchodzącym czasie wzrost cen niekoniecznie wyhamuje, choć nie dotyczy to wszystkich produktów i branż. Tanieć będą te materiały, których ceny zostały tylko przejściowo zakłócone przez pandemię COVID-19 i czynniki jednorazowe.

 Ten wzrost cen i zerwane łańcuchy dostaw przekładają się na trudniejsze warunki działania i ekspansji firm – mówi dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI. – Widzimy jednak, że wszystkie firmy, które już wcześniej zdecydowały się na ekspansję, teraz korzystają z jej dobrodziejstw, np. dzięki dostępowi do tańszych czynników produkcji i możliwości korzystania z tańszych materiałów za granicą. Dodatkowo firmy działające za granicą mają dostęp do technologii, które często są tańsze w wytwórstwie albo pozwalają na osiągnięcie pewnych oszczędności. To sumarycznie powoduje, że ich produkty mogą być tańsze dla końcowego konsumenta.

Jak podkreśla ekspert, zaletą ekspansji zagranicznej jest możliwość dywersyfikacji źródeł dostawców. Wieloletnie relacje zagraniczne pomagają też w zabezpieczeniu łańcuchów dostaw i mogą ograniczać szoki cenowe, z którymi ostatnio borykały się m.in. branża hutnicza i przedsiębiorstwa bazujące na dostępie do mikroprocesorów. W tym drugim przypadku producenci elektroniki czy pojazdów dotkliwie przekonali się, jak istotne są relacje zagraniczne dla utrzymania ciągłości produkcji. Niedobór podaży mikroprocesorów skłonił wiele firm do zadbania o bardziej odporne łańcuchy dostaw i rozwijania bezpośrednich relacji m.in. z producentami półprzewodników.

– Każdy moment na ekspansję zagraniczną jest dobry, co wynika z faktu, że żyjemy w gospodarce, która dynamicznie się zmienia. Mamy bardzo wiele niepewności, która otwiera też nowe możliwości inwestycyjne – mówi Maciej Bałabanow.

Statystyki pokazują, że polskie firmy są coraz bardziej zainteresowane zagraniczną ekspansją – nie tylko eksportową, ale i kapitałową. Mimo spowolnienia gospodarczego również w ubiegłym roku wartość bezpośrednich inwestycji za granicą była wysoka i wyniosła 5 mld zł (wobec 7,1 mld zł w 2019 roku). Z badania przeprowadzonego przez ICAN Institute wśród firm obecnych na rynkach zagranicznych wynika, że trzy czwarte z nich w dobie pandemii odnotowało wzrost sprzedaży lub jej stabilizację za granicą. Prawie połowa podkreśliła, że ich biznes na innych rynkach rozwijał się w tym czasie lepiej niż w Polsce. 35 proc. deklarowało, że weszło na co najmniej jeden rynek zagraniczny.

– Właśnie w tych momentach, kiedy gospodarka dynamicznie się zmienia, pojawiają się możliwości inwestycyjne, dobre lokaty za granicą. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fundamenty sukcesu ekspansji zagranicznej, czyli m.in. mieć bardzo dobry zespół menedżerski, dobrze przemyślany kierunek ekspansji, jak również strategię oraz plan taktyczny tej ekspansji – mówi ekspert PFR TFI.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej to jedyny tego typu instrument w Polsce, który współinwestuje z rodzimymi przedsiębiorstwami poza granicami kraju, zarówno w formie brownfield, czyli przejmowaniu zagranicznych spółek, jak i greenfield, czyli tworzeniu nowych zakładów, np. fabryk od zera. Firmy, które planują taki rodzaj ekspansji, mogą się ubiegać o współfinansowanie funduszu sięgające nawet kilkunastu milionów euro, a dodatkową korzyścią jest rozłożenie ryzyka związanego z wejściem na całkiem nowy rynek. Od początku działalności w 2016 roku fundusz podpisał kilkanaście umów inwestycyjnych. Wśród niedawnych inwestycji są m.in. współfinansowanie rozbudowy portfela hoteli White Olive w Grecji przez Rainbow Tours czy pożyczka dla spółki Victoria Dom w celu rozwoju działalności deweloperskiej na rynku niemieckim.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/inflacja-i-wzrost-kosztow,p2068004176

Polsce grozi kolejny kryzys, tym razem na granicy z Ukrainą. Od listopada obsługa wniosków wizowych może zostać wstrzymana

0

Każdego roku polski rynek pracy zasila tylu imigrantów z Ukrainy, że polskie placówki mają problem z obsłużeniem ich wniosków wizowych. Pomaga w tym prywatna firma, ale jej umowa właśnie wygasa. Aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz, w listopadzie tę usługę powinien zacząć świadczyć nowy podmiot. Już wiadomo, że nie ma na to szans, ponieważ przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie zawierał błędy. To oznacza, że w przyszłym miesiącu wydawanie wiz dla Ukraińców może zostać wstrzymane, a Polsce grozi kolejny kryzys. Cała sytuacja odbije się na polskich firmach, które w znacznym stopniu korzystają na dopływie pracowników ze Wschodu.

– Niestety mamy kryzys na granicy polsko-białoruskiej, a za chwilę możemy mieć kryzys także na granicy z Ukrainą. Jest to związane z przetargiem na obsługę wizową, który – z uwagi na złe rozpisanie – może nie doczekać się rozstrzygnięcia, przez co będzie grozić nam paraliż – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Kulesza, przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Polskie placówki dyplomatyczne na Ukrainie wydają rokrocznie ok. 1,2 mln wiz. Wniosków Ukraińców o przyjazd do Polski jest tak wiele, że placówki samodzielnie nie są w stanie ich obsłużyć. Dlatego potrzebna jest współpraca z zewnętrzną firmą. Podobnie odbywa się to zresztą w innych krajach UE, gdzie wyspecjalizowane podmioty prywatne pomagają ambasadom i konsulatom w rozpatrywaniu wniosków i wydawaniu wiz.

Dla Polski od ponad 10 lat tę usługę realizuje VFS, operator, który działa też w ponad 140 innych krajach. W procesie ubiegania się o wizę do Polski obsługuje nie tylko Ukraińców, ale też m.in. obywateli Chin, Indii, Turcji, Rosji i Białorusi. Dostawcy w tym roku wygasa jednak umowa na obsługę wniosków wizowych z Ukrainy. Dlatego Ambasada RP w Kijowie ogłosiła przetarg, aby wyłonić nowy podmiot, który się tym zajmie. Zgłoszono w nim pięć ofert, w tym m.in. od dotychczasowego dostawcy oraz konsorcjum francuskiej TLS i polskiej spółki Personnel Service. Ta ostatnia działa jednak głównie w branży HR i od 10 lat specjalizuje się w werbowaniu ukraińskich pracowników do pracy w Polsce. Dlatego nie bardzo może jednocześnie obsługiwać aplikacje wizowe składane przez obywateli Ukrainy, ponieważ byłby to konflikt interesów. Jak podkreśla poseł Konfederacji, przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie został przygotowany nieprofesjonalnie z uwagi na błędnie sporządzoną specyfikację istotnych warunków zamówienia.

Podczas konferencji prasowej i w formie interpelacji zadałem Ministerstwu Spraw Zagranicznych pytanie o to, kto odpowiada za taki sposób rozpisania przetargu, w którym nie zostały wpisane odpowiednie przepisy niwelujące konflikt interesów – mówi Jakub Kulesza.

Startujące w przetargu podmioty od miesięcy składają kolejne odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej, co spowodowało prawno-proceduralny zamęt. W tej chwili każde rozstrzygnięcie będzie skutkować kolejnymi skargami do KIO, a procedury odwoławcze mogą trwać całymi latami. Tymczasem – aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz – nowy podmiot powinien zacząć świadczyć usługę już w listopadzie. Dziś nie ma na to szans.

– Ten przetarg pozostaje obecnie nierozstrzygnięty. Mamy spór, który przeciąga całą procedurę, i ta sytuacja może doprowadzić do tego, że nie będziemy mieli obsługi wizowej dla obywateli Ukrainy. To z kolei może prowadzić do chaosu, paraliżu i problemów na granicy polsko-ukraińskiej – podkreśla przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Ryzyko zachwiania systemu wizowego już wzbudza niepokój na Ukrainie. 25 czerwca br. pod Ambasadą RP w Kijowie odbyła się pikieta, podczas której strajkujący wyrażali zaniepokojenie obecną sytuacją. Na możliwe zakłócenia w wydawaniu wiz na Ukrainie uwagę zwrócił też m.in. Warsaw Enterprise Institute, który wskazuje, że Ukraińcy pełnią ważną rolę na polskim rynku pracy. W styczniu br. w Polsce przebywało ok. 1,35 mln obywateli tego kraju, co mimo przestojów związanych z pandemią oznacza 6-proc. wzrost rok do roku. Jeśli dopływ pracowników zza wschodniej granicy zostanie wstrzymany, boleśnie odczują to polscy przedsiębiorcy.

Jednocześnie WEI podkreśla, że podmiot prywatny obsługujący tak newralgiczny proces, jakim jest obsługa ruchu wizowego, musi być wiarygodny, posiadać doświadczenie w tym zakresie oraz gwarantować bezpieczeństwo procedury i ochrony danych osobowych.

Liczę, że tam, gdzie zawodzą urzędnicy i Ministerstwo Spraw Zagranicznych, zainterweniuje premier Mateusz Morawiecki. Zwłaszcza że na granicy polsko-ukraińskiej mamy największy przepływ ludności. Z tego kierunku do pracy w Polsce przyjeżdża najwięcej ludzi. Zablokowanie całego procesu wizowego spowodowane prawdopodobnie niekompetencją urzędników może doprowadzić do dużego kryzysu. Dlatego dobrze by było, gdyby premier zainterweniował zawczasu – ocenia poseł.

W interpelacji skierowanej do premiera poseł wskazuje, że kryzys wizowy na Ukrainie „będzie uderzał wizerunkowo w Rzeczpospolitą Polską jako państwo niesprawne, będzie naruszał i tak delikatne stosunki polsko-ukraińskie oraz przede wszystkim zatrzyma działania organów państwa z powodu braku podmiotu wykonującego na jego zlecenie obsługę systemu wizowego”.

Przede wszystkim domagam się wyjaśnienia, kto jest odpowiedzialny za to, że ten przetarg nie został rozstrzygnięty z uwagi na błędy proceduralne. Domagam się znalezienia rozwiązania tego problemu, które nie sparaliżuje całej obsługi wizowej – podkreśla Jakub Kulesza.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polsce-grozi-kolejny,p1015209100

UE pracuje nad przepisami dotyczącymi sztucznej inteligencji. Część z nich może jednak zahamować jej rozwój

0

Rozwiązania z obszaru sztucznej inteligencji mogą być szansą na pobudzenie gospodarki i skok technologiczny. Z drugiej strony wiążą się też z zagrożeniami, a w Europie są już przypadki, kiedy algorytmy sztucznej inteligencji były wykorzystywane w sposób budzący wątpliwości prawne. Tymczasem na ten moment nie ma żadnego prawa, które regulowałoby ten obszar. Dlatego UE intensywnie pracuje nad przepisami, które w większości mają mocno prokonsumencki charakter. Partner w kancelarii Baker McKenzie Marcin Trepka wskazuje jednak, że zbyt sztywne przepisy zadziałają odwrotnie i zamiast pobudzić, ograniczą innowacyjność i rozwój sztucznej inteligencji.

 Elementem, który musi zostać uregulowany, jest przewidywalność systemów sztucznej inteligencji. Największe zagrożenie jest dostrzegane właśnie w tym braku przewidywalności, tzn. że algorytm będzie podejmował pewne decyzje w sposób niezamierzony przez tego, który go skonstruował. Systemy, które wiążą się z wysokim ryzykiem, to np. stosowana w medycynie sztuczna ręka chirurga, gdzie SI będzie de facto asystowała w operacji, czy autonomiczne samochody i drony. Tutaj nie może być miejsca na pomyłki – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Trepka, radca prawny i partner w kancelarii Baker McKenzie.

Sztuczna inteligencja jest w tej chwili jedną z najszybciej rozwijających się technologii i elementarną częścią cyfrowej transformacji. Według danych przytaczanych przez Komisję Europejską w ostatniej dekadzie liczba zgłoszeń patentowych w zakresie SI wzrosła aż o 400 proc. Szacuje się, że do 2025 roku wpływ tej technologii na gospodarkę będzie liczony w bilionach euro, a dzięki niej w Europie może powstać ok. 60 mln nowych miejsc pracy. Dlatego też KE chce zwiększyć prywatne i publiczne inwestycje w sztuczną inteligencję do 20 mld euro rocznie, a w marcu tego roku Parlament Europejski przyjął projekt europejskiej strategii w zakresie danych, które są podstawą dla rozwoju SI.

Szansę rozwojową w tej technologii dostrzega też rząd, który w styczniu br. przyjął „Politykę dla rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce”. Określa ona ponad 200 zadań, których realizacja jest niezbędna do szerokiego wdrożenia SI m.in. w takich obszarach jak edukacja, nauka, sektor przedsiębiorstw i sektor publiczny oraz współpraca międzynarodowa.

Partner w kancelarii Baker McKenzie zauważa, że jednym z problemów we wdrażaniu SI jest jednak brak odpowiednich uregulowań prawnych. Termin „sztuczna inteligencja” jest bardzo pojemny, używany w odniesieniu do wielu różnych rozwiązań technologicznych, z którymi wiążą się też różne ryzyka prawne.

– Mamy bardzo dużą inicjatywę legislacyjną po stronie Komisji Europejskiej. Mamy trzy akty, które są obecnie procedowane. To jest akt o systemach sztucznej inteligencji, akt o usługach cyfrowych i akt o rynkach cyfrowych. One w założeniu na poziomie całej UE mają regulować sektor cyfrowy w zakresie wprowadzania do obrotu i wykorzystywania systemów sztucznej inteligencji. Natomiast poza tym nie ma dziś specyficznej regulacji w tym obszarze – podkreśla radca prawny.

Pomimo braku konkretnych regulacji dotyczących SI do tego obszaru zastosowanie mają przepisy ogólne, prawo cywilne. Autonomiczne działanie sztucznej inteligencji stwarza bowiem szereg wyzwań dotyczących odpowiedzialności prawnej. W tej chwili nie istnieją przepisy regulujące, kto będzie ponosić tę odpowiedzialność np. za wypadek z udziałem autonomicznego samochodu czy decyzje podjęte przez algorytm bez autoryzacji, ale w tych sprawach UE wydała swoje opinie.

Możemy sobie wyobrazić, że autonomiczny samochód albo dron uszkodzi czyjeś zdrowie czy w skrajnych przypadkach zabije człowieka. Jeśli zdarzy się taki wypadek, kto za to odpowiada? Tu również jest rezolucja Parlamentu Europejskiego przewidująca, że – na zasadzie ryzyka – tę odpowiedzialność ponosi ten, kto z tego rozwiązania korzysta, a na zasadzie dołożenia należytej staranności – ten, który go stworzył. To już jednak trochę inny rodzaj odpowiedzialności – mówi Marcin Trepka.

Z kolei w sprawach gospodarczych zastosowanie znajduje prawo konkurencji i ochrony konsumentów. Zdarzały się już bowiem przypadki, kiedy algorytmy sztucznej inteligencji były wykorzystywane w sposób budzący wątpliwości od strony prawnej.

– Przykładowo bardzo popularne są różnego rodzaju algorytmy monitorujące ceny, dostosowujące je do poziomu konkurencji. Komisja Europejska w 2017 roku – kiedy ogłaszała wyniki bardzo dużego badania sektorowego w zakresie e-commerce – pokazała, że 53 proc. przedsiębiorców działających na rynku monitoruje ceny konkurentów, a 67 proc. robi to z wykorzystaniem specjalnych algorytmów, z czego 78 proc. z nich dostosowuje na tej podstawie swoje ceny. I nagle może się okazać, że mamy ujednolicenie cen w całych sektorach, ponieważ wszyscy dostosowują się do swoich konkurentów. Tu pojawia się zagrożenie dla konkurencji na rynku w postaci tzw. cichej zmowy, która pomimo że w większości jurysdykcji nie jest zabroniona przez przepisy prawa konkurencji, może wywoływać skutki antykonkurencyjne analogiczne do antykonkurencyjnego porozumienia – ostrzega ekspert Baker McKenzie.

Bardzo duży wpływ na kształtowanie praktyk w tym zakresie będzie mieć projekt rozporządzenia w sprawie sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence Act), który Komisja Europejska zaprezentowała 21 kwietnia tego roku. Jeszcze przed tym Parlament powołał specjalną Komisję ds. Sztucznej Inteligencji w Erze Cyfrowej (AIDA), której zadaniem jest przeanalizowanie wpływu tej technologii na gospodarkę UE. W październiku ub.r. PE przyjął też trzy sprawozdania dotyczące sposobów na uregulowanie sztucznej inteligencji przez UE, aby wspierać innowacje, standardy etyczne i zaufanie do technologii. Jak wskazali europosłowie, przepisy regulujące ten obszar powinny być ukierunkowane przede wszystkim na człowieka.

– Wszystkie te regulacje są bardzo prokonsumenckie. Zdaniem niektórych obserwatorów ten konsument jest w tym przypadku nawet „nadchroniony”, czyli przyznajemy mu więcej ochrony, niż jest to wymagane. W ten sposób naturalnie ograniczamy innowacyjność, ponieważ im więcej musimy spełnić zasad, tym mniej możliwości eksperymentowania z technologią – mówi Marcin Trepka.

Procedowane obecnie regulacje dotyczące SI mają – jak wskazuje KE – przekształcić Europę w globalne centrum wiarygodnej sztucznej inteligencji. Z jednej strony mają zbudować zaufanie i ograniczyć związane z nią ryzyka, z drugiej – wspierać inwestycje w SI i rozwój tej technologii. Partner w kancelarii Baker McKenzie zauważa jednak, że zbyt sztywne uregulowania zadziałają odwrotnie i ograniczą innowacyjność w tym obszarze.

 Po stronie przedsiębiorstw będzie to oznaczać spore utrudnienia. Po wejściu w życie tych przepisów wprowadzenie systemu SI do obrotu będzie związane z ogromnymi kosztami. Mamy nawet badania niemieckich ośrodków badawczych, które wyliczają, że małe i średnie przedsiębiorstwa chcące zainwestować w system sztucznej inteligencji będą musiały ponieść koszt nawet 400 tys. euro, co będzie kwotą zaporową. Przewiduje się, że koszty związane ze spełnieniem tych wszystkich ograniczeń mogą de facto zablokować rozwój – w przeciwieństwie do zamierzeń projektodawców rozporządzeń, które mają na celu zrównoważony rozwój systemów sztucznej inteligencji – ocenia radca prawny.

Według danych Eurostatu („Artificial intelligence in EU”) obecnie tylko 4 proc. przedsiębiorstw w Polsce i 7 proc. firm europejskich korzysta z systemów sztucznej inteligencji, ale nie ma wątpliwości, że ten odsetek będzie sukcesywnie wzrastać.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ue-pracuje-nad-przepisami,p1460074986

Stay connected

0FaniLubię
67,110ObserwującyObserwuj
14,700SubskrybującySubskrybuj