23.8 C
Nowy Jork
poniedziałek, 14 września, 2026

Buy now

spot_img

Jak zadbać o bezpieczeństwo dziecka w czasie podróży samochodem?

0

Podróż z niemowlęciem wydaje się prostym zadaniem, dopóki nie staniemy przed koniecznością przygotowania fotelika samochodowego do długiej trasy. W teorii wystarczy włożyć dziecko do fotelika, ale praktyka pokazuje, że to nie takie proste. Jak więc przygotować się do tej wyprawy, by była bezpieczna i komfortowa?

Jakie elementy fotelika sprawdzić przed podróżą?

Przed każdą dłuższą podróżą należy dokładnie sprawdzić stan techniczny fotelika. upewnić się, że fotelik nie ma żadnych uszkodzeń mechanicznych. Pasek powinien być wolny od przetarć, a mechanizmy blokujące muszą działać bez zarzutu. Ważne jest też, aby fotelik był prawidłowo zamontowany w samochodzie, zgodnie z instrukcją producenta.

Dlaczego ustawienie fotelika ma znaczenie?

Fotelik samochodowy musi być ustawiony pod odpowiednim kątem, aby zapewnić niemowlęciu komfort i bezpieczeństwo. Zbyt pionowa pozycja może powodować opadanie głowy dziecka, co jest niebezpieczne, zwłaszcza podczas snu. Z kolei zbyt leżąca pozycja nie zapewnia odpowiedniej ochrony w razie gwałtownego hamowania.

  • Sprawdź kąt nachylenia fotelika i dostosuj go do wagi i wzrostu dziecka.
  • Upewnij się, że pasy są prawidłowo wyregulowane.
  • Zabezpiecz dodatkowe akcesoria, które mogą się poruszać podczas jazdy.

Co jeszcze warto wziąć pod uwagę?

Przygotowanie fotelika to nie wszystko. Warto zadbać o komfort termiczny dziecka, wybierając odpowiednie materiały i dodatkowe elementy, takie jak osłony przeciwsłoneczne. Warto również mieć pod ręką niezbędne akcesoria, takie jak pieluchy, przekąski czy ulubione zabawki dziecka, które mogą pomóc w zajęciu niemowlęcia podczas podróży.

Dostosowanie fotelika samochodowego do długiej podróży z niemowlęciem to kluczowy element zapewnienia bezpieczeństwa i komfortu. Należy dokładnie przygotować fotelik, uwzględniając wszystkie możliwe aspekty, które mogą wpłynąć na wygodę i bezpieczeństwo podczas jazdy. Tylko w ten sposób można mieć pewność, że podróż przebiegnie bez zbędnych problemów i stresu.

Gigantyczny dług Ameryki będzie napędzać ceny złota. Inwestorzy indywidualni znowu kupują fizyczny kruszec

Cena złota spot (XAU) gwałtownie wzrosła w styczniu 2026 roku do rekordowego poziomu. Przekroczyła 5,5 tys. dol. za uncję intraday. Pod koniec czerwca br. spadła jednak poniżej 4 tys. dol. za uncję tak wynika z analiz Światowej Rady Złota (World Gold Council, WGC). Eksperci podkreślają, że na notowania złota wpływają m.in. czynniki geopolityczne czy też kondycja gospodarcza Stanów Zjednoczonych.

– Po bardzo wysokich wzrostach na początku 2026 roku i dość dużej korekcie na początku II kwartału obecnie sytuacja na rynku jest coraz bardziej dynamiczna. Inwestorzy indywidualni zaczynają znowu wracać do zakupów złota – mówi w rozmowie z agencją Newseria Paweł Mazurek, prezes i dyrektor ds. rozwoju Mennicy Mazovia.

Cena złota na Londyńskiej Giełdzie Złota (LBMA) w 2025 roku ustanowiła 53 nowych rekordów wszech czasów. Średnia cena w IV kwartale wyniosła 4135 dol. za uncję (wzrost o 55 proc. r/r), co dało najwyższą roczną średnią na poziomie 3431 dol. za uncję (+44 proc. r/r). Tak wynika z danych WGC.

– Ostatni rok był bardzo dynamiczny, jeżeli chodzi o notowania kursu złota. W ciągu roku, a tak naprawdę półtora, ceny wzrosły o ponad 65 proc., co było ewenementem od prawie 50 lat – podkreśla Paweł Mazurek.

Zdaniem analityków Światowej Rady Złota pierwsze półrocze 2026 roku pokazało, że ​​złoto pozostaje wrażliwe na rosnące obawy geopolityczne i nagłe zmiany nastrojów inwestorów.

– Obecna korekta jest zjawiskiem bardzo normalnym, jednakże bardzo dynamiczne wahania cen złota wynikają z tego, że wielu inwestorów, którzy starają się szybko zarobić na złocie, postanowili spekulować na jego cenach. W związku z tym one bardzo się wahały w krótkim czasie, jednakże same fundamenty inwestowania w złoto są niezachwiane – wyjaśnia prezes i dyrektor ds. rozwoju Mennicy Mazovia.

W 2025 roku obrót złotem osiągnął rekordową średnią wartość 361 mld dol. dziennie. Londyn jest kluczowym centrum handlowym z wolumenem obrotu pozagiełdowego przekraczającym 160 mld dol. dziennie, głównie w formie kontraktów spot. COMEX jest liderem w obrocie instrumentami pochodnymi, a zaraz za nim znajduje się szybko rozwijająca się giełda kontraktów terminowych w Szanghaju.

– Wcześniej raczej nie zdarzały się sytuacje tak drastycznego spekulowania na złocie. Wynika to z bardzo dynamicznej sytuacji zarówno na rynku papierów wartościowych, jak i obligacji skarbowych, szczególnie Stanów Zjednoczonych, a także sytuacji geopolitycznej. W momencie kiedy rozpoczęła się wojna w Iranie i walka o przepustowość cieśniny Ormuz, inwestorzy postanowili zrealizować swoje zyski na złocie. W związku z tym cena gwałtownie spadła – tłumaczy Paweł Mazurek.

Według analityków WGC przy obecnych poziomach cena złota jest zasadniczo zgodna z globalnym otoczeniem umiarkowanego wzrostu. W grę wchodzi spadająca, ale wciąż wysoka inflacja oraz oczekiwania dalszego, choć ograniczonego, zacieśniania polityki pieniężnej przez banki centralne. Zgodnie z prognozami cena złota prawdopodobnie utrzyma się w stosunkowo wąskim przedziale (+5 proc.).

– Tradycyjnie najmocniej na notowania złota wpływają czynniki geopolityczne, jak również te wynikające z głównej gospodarki świata, czyli Stanów Zjednoczonych. Najczęściej inwestorzy w momencie, kiedy obligacje skarbu USA są wysoko oprocentowane, odwracają się od fizycznego kruszcu, żeby móc zrealizować zyski na obligacjach skarbowych. Obecnie jednak zadłużenie Stanów Zjednoczonych jest duże. Wysokie oprocentowanie obligacji nie wynika z siły gospodarki, ale niektórzy się obawiają, że ze zbyt dużego zadłużenia. W związku z tym wracają do inwestowania, zabezpieczania w fizycznym złocie – tłumaczy ekspert.

Dług publiczny Stanów Zjednoczonych 18 sierpnia br. po raz pierwszy w historii przekroczył barierę 40 bln dol. Składa się na nie 32,266 bln dol. w skarbowych papierach wartościowych i zadłużenie wewnątrzrządowe na kwotę 7,782 bln dol.

– Sytuacja na rynku złota, po bardzo burzliwym I kwartale 2026 roku, kiedy osiągnęło ono swoją historyczną cenę i po dość wyraźnej korekcie o ok. 25 proc., w II–III kwartale sytuacja była dość spokojna. Inwestorzy indywidualni zobaczyli, że znowu cena kruszców – zarówno złota, jak i srebra – rośnie, w związku z czym jest coraz większe zainteresowanie zakupami fizycznego kruszcu – zaznacza prezes i dyrektor ds. rozwoju Mennicy Mazovia.

Całkowity popyt na złoto, wliczając w to transakcje OTC, w II kwartale 2026 roku pozostał niezmieniony w ujęciu r/r i wyniósł 1,269 tys. t. Tym samym w I półroczu osiągnął on poziom 2,522 tys. t (+2 proc. r/r), a jego rekordowa wartość – 380 mld dol.

– Po bardzo burzliwym 2025 i początku 2026 roku nie spodziewałbym się aż tak gwałtownych skoków cen złota. One będą rosły i wszystko na to wskazuje. Sytuacja geopolityczna i kondycja finansów Stanów Zjednoczonych wskazują na to, że inwestorzy będą się jednak odwracać od obligacji skarbu USA. Nie wiemy jeszcze również, jak będzie wyglądała sytuacja na rynkach finansowych – mówi Paweł Mazurek.

Podkreśla, że rynki finansowe od wielu miesięcy przeżywają hossę, a niektórzy specjaliści zastanawiają się, jak długo jeszcze ona potrwa.

– W momencie kiedy rynki finansowe i giełdy zaczynają spadać, wtedy wszyscy inwestorzy wracają do złota. Trudno obecnie powiedzieć, jak długo potrwa hossa na rynku papierów wartościowych. Jeżeli ona się skończy, to wtedy będzie większa dynamika również na rynku złota – uważa prezes i dyrektor ds. rozwoju Mennicy Mazovia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gigantyczny-dlug-ameryki,p1600309434

Nowy budżet UE może zmienić zasady finansowania rolnictwa. O jego skuteczności zdecyduje nie tylko pula środków, ale i priorytety

Lata 2028–2034 mogą być okresem dużych zmian we wspólnej polityce rolnej. Jej kształt będzie teraz przedmiotem negocjacji między instytucjami Unii Europejskiej. Zdaniem prof. Marka Wigiera z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej nowy budżet powinien być okazją, by spojrzeć na rolnictwo nie jako na odrębny sektor, ale istotny element bezpieczeństwa żywnościowego, gospodarczego i energetycznego UE. O skuteczności przyszłej WPR będzie decydować nie tylko wysokość budżetu, ale też wyznaczone priorytety, wśród których – zdaniem eksperta – powinny być cyfryzacja i konkurencyjność.

 Perspektywa finansowa 2028–2034 jest wyzwaniem dla całej Unii Europejskiej pomimo większych środków przeznaczonych na cały budżet. Polskie rolnictwo może liczyć na 42 mld euro, może nawet nieco więcej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr hab. Marek Wigier, prof. IERiGŻ, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – Państwowego Instytutu Badawczego.

Komisja Europejska zaproponowała, aby środki na rolnictwo i politykę spójności w budżecie UE na lata 2028–2034 były realizowane w ramach krajowych i regionalnych planów partnerstwa. Państwa członkowskie miałyby większą elastyczność w planowaniu wydatków, ale plany musiałyby realizować priorytety Unii i spełniać warunki określone w unijnych przepisach.

Propozycja Komisji Europejskiej spotkała się z licznymi głosami krytyki ze strony niektórych organizacji rolniczych, państw członkowskich i eurodeputowanych, którym nie podoba się „wrzucenie” do jednej puli środków na politykę spójności i rolnictwo. Przeciwnicy tego rozwiązania wskazują na ryzyko osłabienia wspólnej polityki rolnej. Projekt budżetu będzie teraz przedmiotem negocjacji Rady UE i Parlamentu Europejskiego. Obejmą one zarówno wielkość budżetu, jak i sposób podziału środków oraz cele, którym mają służyć.

Trzeba spojrzeć przez pryzmat odejścia od sektorowego patrzenia na politykę rolną, poprzez patrzenie na rolnictwo jako element zabezpieczenia bezpieczeństwa żywnościowego i energetycznego, jako element strategii rozwoju całej Unii Europejskiej. Musimy pamiętać o tym, że rolnictwo odpowiada za zabezpieczenie dostępu do żywności dla 450 mln obywateli Unii, ale też jest to ważny sektor gospodarki. To blisko 240 mld euro eksportu i 50 mld euro nadwyżki w eksporcie w handlu zagranicznym UE – ocenia prof. Marek Wigier.

Według danych Komisji Europejskiej w UE funkcjonuje 9,1 mln gospodarstw rolnych, z czego 64 proc. ma powierzchnię mniejszą niż 5 ha. W Polsce, według Powszechnego Spisu Rolnego, działa ich ok. 1,3 mln, a blisko trzy czwarte z nich ma powierzchnię do 10 ha.

Na strategiczny wymiar rolnictwa składa się także sektor przetwórstwa rolno-spożywczego. Przemysł spożywczy obejmuje ponad 309 tys. przedsiębiorstw, w większości małych i średnich, zatrudnia 4,7 mln osób i wytwarza wartość dodaną przekraczającą 266 mld euro rocznie.

 Strategiczny wymiar sektora to również energetyka – 12 tys. biogazowni i 1,7 tys. biometanowni. Czyli mamy całe otoczenie biznesowe, które również poprzez działalność rolniczą wpływa na bezpieczeństwo żywnościowe i energetyczne w UE – wskazuje dyrektor IERiGŻ. – Nowy budżet ma zabezpieczyć funkcjonowanie rolnictwa i jego otoczenia oraz umiejscowić ten sektor w kręgu sektorów strategicznych dla bezpieczeństwa europejskiego. Czy środki są wystarczające, to zależy, w jaki sposób zdefiniujemy cele i czy będą one odpowiadały przyszłym potrzebom.

Zdaniem eksperta nowa perspektywa finansowa powinna odpowiadać na najważniejsze wyzwania, z którymi mierzy się dziś rolnictwo w Polsce i całej Unii Europejskiej.

– Z pewnością będą to instrumenty związane z cyfryzacją, czyli unowocześnianiem gospodarstw rolnych i budowaniem ich konkurencyjności na arenie zarówno europejskiej, jak i międzynarodowej. To powinny być także instrumenty wspierające wielofunkcyjny rozwój, bo gros gospodarstw rolnych w Polsce i UE żyje również z działalności pozarolniczej – tłumaczy dyrektor IERiGŻ.

Według danych GUS za 2023 rok ponad połowę dochodów z działalności rolniczej uzyskiwało 368 tys. gospodarstw domowych z użytkownikiem gospodarstwa rolnego. W większej grupie głównym źródłem utrzymania była praca najemna (ponad 408 tys. gospodarstw), a w ponad 91 tys. – działalność pozarolnicza.

– Kolejnym priorytetem będzie kwestia demograficzna. Starzenie się społeczeństwa w skali całej Unii Europejskiej i w Polsce, a także starzenie się rolników będzie wymagało pewnych nakładów na zachęty dla następców w gospodarstwach rolnych – ocenia prof. Marek Wigier.

Według Komisji Europejskiej osoby poniżej 40. roku życia zarządzają zaledwie 12 proc. gospodarstw rolnych w UE, natomiast kobiety w tej grupie wiekowej zarządzają 3 proc. wszystkich gospodarstw. Jednocześnie co trzecie prowadzą osoby w wieku co najmniej 65 lat. Wspólna polityka rolna wspiera wymianę pokoleniową m.in. poprzez instrumenty ułatwiające młodym rolnikom rozpoczęcie działalności i inwestowanie w gospodarstwa.

Według prof. IERiGŻ kolejnym priorytetem nowej perspektywy finansowej powinno być zwiększanie odporności rolnictwa na skutki zmian klimatu. Według raportu „Study on climate change adaptation in agriculture in the EU, with a focus on water management” sektor traci co roku ponad 28 mld euro z powodu rosnących temperatur, częstszych susz, niedoborów wody oraz ekstremalnych opadów.

– Finansowanie daje szanse na poprawę konkurencyjności gospodarstw, jakości produktów rolnych i finansowanie cyfryzacji. Na ile te szanse zostaną przez rolników wykorzystane, w dużej mierze zależy od nich samych, ale także od otoczenia makroekonomicznego oraz skłonności podmiotów finansujących działalność rolniczą do inwestowania i podejmowania ryzyka. Mam tu na myśli banki oraz instytucje ubezpieczeniowe – przekonuje dyrektor IERiGŻ.

Komisja Europejska wskazuje, że europejskie rolnictwo nadal mierzy się z dużą niepewnością wynikającą z napięć geopolitycznych, zmian klimatu oraz zmienności cen energii i środków produkcji. Wpływa to także na opłacalność produkcji w Polsce, która należy do największych wytwórców i eksporterów żywności w Unii. W 2025 roku, jak wskazuje KOWR, wartość eksportu polskich produktów rolno-spożywczych osiągnęła 58,4 mld euro.

– Europa powinna uciec do przodu z oferowaniem na rynkach międzynarodowych produktów o jak najwyższej jakości. Stąd dbałość o najwyższe standardy jakościowe i fitosanitarne w produkcji roślinnej i zwierzęcej jest pewną szansą, choć oczywiście kosztowną, która może wyróżniać żywność europejską na rynkach międzynarodowych. Ta dbałość o europejską markę żywności powinna być jednym z celów nadrzędnych w budowaniu przyszłości i konkurencyjności rolnictwa europejskiego – ocenia prof. Marek Wigier.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nowy-budzet-ue-moze,p2013314498

Miliardy z KPO na projekty transportowe. Niemal 100 proc. środków zostało już zakontraktowanych

W ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności (KPO) na rozwój sektora transportowego w Polsce przeznaczono niemal 26 mld zł. Zgodnie z przewidywaniami Centrum Unijnych Projektów Transportowych (CUPT), które pełni rolę jednostki wykonawczej, wszystkie środki w ramach projektów realizowanych w ramach KPO zostaną efektywnie rozliczone. Polska w kolejnej perspektywie finansowej ma otrzymać 120 mld zł ze środków unijnych, jednak decyzja co do tego, na co zostaną przeznaczone, jeszcze nie zapadła.

– W tym momencie w Centrum Unijnych Projektów Transportowych mamy już zakontraktowane niemal 100 proc. środków w ramach przedsięwzięć, które są objęte wsparciem w ramach KPO. Warto wspomnieć, że do dyspozycji w CUPT na projekty transportowe mamy ponad 25 mld zł i wszystkie te środki, zgodnie z naszymi przewidywaniami, zostaną przeznaczone i rozliczone efektywnie w realizowanych projektach – mówi w rozmowie z agencją Newseria Joanna Lech, dyrektor Centrum Unijnych Projektów Transportowych.

KPO to reformy i inwestycje, które rozpoczęły się po 1 lutego 2020 roku i zakończą do 31 sierpnia 2026 roku. Środki pochodzą z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF), który jest częścią Planu Odbudowy dla Europy. Aby je otrzymać, Polska podpisała dwie umowy z Komisją Europejską, a więc na część grantową i pożyczkową. Spłata pożyczki zakończy się najpóźniej w 2058 roku.

– Niektóre projekty, zgodnie z przyjętymi założeniami i zgodą Komisji Europejskiej, będą realizowane trochę dłużej niż do 31 sierpnia 2026. Natomiast nie przewidujemy, żeby jakiekolwiek środki z tych projektów, które mamy pod opieką, a umów o objęcie wsparciem mamy w CUPT 176, zostały utracone. Największym odbiorcą dofinansowania w ramach KPO jest PKP PLK. To ponad 11 mld zł na projekty, które zostaną zrealizowane zgodnie z przyjętymi założeniami – podkreśla Joanna Lech.

Z pieniędzy Krajowego Planu Odbudowy PKP PLK realizuje 41 przedsięwzięć. Modernizacja obejmuje dziesiątki przejazdów kolejowo-drogowych oraz ok. 500 km linii kolejowych. Powstają lub są modernizowane tunele kolejowe, wiadukty, mijanki i szereg innej infrastruktury.

– Dużym beneficjentem środków w ramach KPO jest PKP PLK. Nie są to tak wieloletnie inwestycje jak te, które są realizowane w ramach FEnIKS-a, ale mamy ogromny projekt, podpisaną umowę kilka lat temu na linii kolejowej nr 104. To jest wyzwanie, trzymamy kciuki za PKP PLK, żebyśmy się wyrobili w terminie, ale dzisiaj wydaje się, że wszystko pójdzie zgodnie z planem – uważa dyrektor CUPT.

Przy wsparciu ze środków z KPO realizowana jest jedna z największych inwestycji kolejowych w Polsce, czyli projekt Podłęże–Piekiełko, który otrzymał dofinansowanie w wysokości 3,5 mld zł. Inwestycja obejmuje nie tylko modernizację i elektryfikację istniejącej linii kolejowej nr 104 Chabówka–Nowy Sącz, ale także budowę zupełnie nowej linii, która docelowo połączy Podłęże z Tymbarkiem i Mszaną Dolną.

– W ramach projektów, które otrzymały dofinansowanie z KPO, mamy całą gamę inwestycji w sektorze transportu, począwszy od dofinansowania autobusów w transporcie pozamiejskim, czyli łączących gminy. Na bardzo ciekawe projekty na autobusy zeroemisyjne, niskoemisyjne można było otrzymać wsparcie. Te projekty są realizowane przez samorządy z powodzeniem, większość rozstrzygnęła przetargi w terminach i te autobusy już jeżdżą po polskich miastach – zaznacza dyrektor CUPT.

Dzięki środkom z KPO dostarczono już 610 nowych, zeroemisyjnych autobusów w całej Polsce oraz 120 tramwajów, które będą służyć mieszkańcom Bydgoszczy, Krakowa, Poznania i Wrocławia.

– Dofinansowywaliśmy również inwestycje tramwajowe. Dofinansowanie otrzymały inwestycje taborowe i to była duża pula dofinansowania, zarówno na tabor w ramach kolei regionalnych, jak również PKP Intercity. Tutaj nie przewidujemy żadnych zagrożeń, jeśli chodzi o rozliczenie tych projektów – wyjaśnia Joanna Lech.

Inwestycja „Pasażerski tabor kolejowy” realizowana ze wsparciem środków z KPO składa się z zakupu 77 sztuk nowego zeroemisyjnego taboru regionalnego, a także z zakupu i modernizacji 304 sztuk taboru dalekobieżnego, w tym 56 nowych lokomotyw, a także modernizacji 248 wagonów.

Na dofinansowanie taboru regionalnego przeznaczono z KPO 3,04 mld zł, natomiast na tabor dalekobieżny 2,16 mld zł. Dotychczas odebrano już 247 sztuk pojazdów dalekobieżnych, w tym 56 lokomotyw i 191 wagonów.

– Finansujemy również inwestycje realizowane przez GDDKiA. One polegają na likwidacji miejsc niebezpiecznych, jak również na tworzenie obwodnic miast, czyli wprost wpływających na bezpieczeństwo podróżnych – podkreśla dyrektor CUPT. – Bardzo ciekawe projekty są związane z realizacją inwestycji offshore’owych. Największy projekt jest realizowany przez Baltic Hub w Gdańsku. W jego ramach są przygotowywane nabrzeża do obsługi inwestycji offshore’owych. Również Łeba i Ustka realizują inwestycje, które mają wspierać inwestycje offshore’owe na polskim wybrzeżu – dodaje. 

Jednym z projektów realizowanych przy wsparciu ze środków z KPO jest Baltic Power, czyli pierwsza w historii polska farma wiatrowa na morzu, która powstaje ok. 23 km od wybrzeża Bałtyku, na wysokości Łeby i Choczewa. Szacuje się, że jej roczna produkcja pokryje ok. 3 proc. krajowego zapotrzebowania na prąd, co pozwoli na zasilenie ponad 1,5 mln gospodarstw domowych. Inwestycja otrzymała 3,5 mld zł dofinansowania z KPO.

– Mówiąc o projektach współfinansowanych ze środków KPO, trzeba wspomnieć o projektach intermodalnych. One są objęte pomocą publiczną i w związku z tym pierwotnie wymagały przygotowania programu pomocowego. Jednak cieszą się, tak jak w poprzednich perspektywach, ogromnym zainteresowaniem przedsiębiorców. Tutaj mieliśmy do dyspozycji blisko 800 mln zł na wsparcie tych działających w sektorze intermodalnym, natomiast zainteresowanie wielokrotnie przewyższyło tę kwotę, która była do dyspozycji – zaznacza Joanna Lech.

Celem projektów intermodalnych jest poprawa efektywności usług transportu intermodalnego, co pozwoli na dalsze zwiększanie udziału tego typu transportu w przewozach towarowych. Nastąpi to poprzez poprawę jakości infrastruktury terminalowej oraz zakup specjalistycznego taboru służącego do wykonywania przewozów intermodalnych.

– W ramach inwestycji intermodalnych dofinansowujemy terminale intermodalne, zakup sprzętu, budowę terminali, rozbudowę, ale również zakup taboru do transportu intermodalnego – wyjaśnia dyrektor CUPT.

Wspomina również o inwestycji, którą prowadzi Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP).

– Jest to rozwój centrów kompetencji, które mają ułatwić w przyszłości korzystanie z dronów. W tych miejscach będzie można testować różnego rodzaju rozwiązania pozwalające na wykorzystanie dronów do celów praktycznych. Głównie będą to jednostki na poziomie sektora samorządowego, które będą na swoim terenie testowały drony np. do celu oprysku czy monitorowania terenu – wyjaśnia Joanna Lech.

PAŻP realizuje projekt „Rozbudowa i wyposażenie centrów kompetencji (specjalistyczne ośrodki szkoleniowe, wsparcie wdrożeń, centra monitorowania) oraz infrastruktura do zarządzania przemysłem pojazdów bezzałogowych jako Ekosystem Innowacji” w ramach KPO. Dofinansowanie ze środków unijnych wynosi ponad 173 mln zł.

– Kolejna perspektywa finansowa to jeszcze znak zapytania. Prowadzone są prace w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. Centrum Unijnych Projektów Transportowych jest tą jednostką wykonawczą, która dopiero zostanie włączona w ten proces na kolejnym etapie – zaznacza dyrektor CUPT. – Natomiast wiemy, że Polska powinna otrzymać ponad 120 mld zł ze środków unijnych, ale jak zostaną rozdysponowane na poszczególne programy czy też wiązki merytoryczne, decyzji jeszcze nie ma. Liczymy, że transport również będzie, tak jak dotychczas, mocno wspierany. Szczególnie widzimy zainteresowanie Komisji Europejskiej inwestycjami przyjaznymi środowisku, czyli kolejowymi, ale również inwestycjami na terenach miast i gmin, które mają wspierać transport publiczny – dodaje.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/miliardy-z-kpo-na-projekty,p1023013769

Spółki Skarbu Państwa czekają wielomiliardowe inwestycje. Rząd chce zwiększać w nich udział krajowych podmiotów

Tylko w sektorze energetycznym spółki z udziałem Skarbu Państwa planują program inwestycyjny o wartości ok. 800 mld zł w kolejnej dekadzie. Wielomiliardowe projekty czekają również branżę infrastrukturalną i zbrojeniową. Rząd zapowiada, że chce w nich zwiększać local content, czyli udział komponentu krajowego. Pomocny dla spółek Skarbu Państwa ma być w tym Kodeks dobrych praktyk.

Local content to priorytet nie tylko Ministerstwa Aktywów Państwowych, ale priorytet rządu premiera Donalda Tuska. Podejmujemy intensywne działania, żeby ten priorytet został w odpowiedni sposób przygotowany, a następnie wdrożony – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Eliza Zeidler, sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych.

Jak podkreślał wielokrotnie Wojciech Balczun, minister aktywów państwowych, najbliższa dekada będzie okresem wielu megainwestycji, co stwarza ogromny potencjał kontraktowy dla krajowych firm. MAP zapowiada, że chce stworzyć im warunki, by mogły się one stać beneficjentami tych projektów. Takim narzędziem ma być projekt „Local Content. Z korzyścią dla Polski”, który został oficjalnie uruchomiony w kwietniu br. Ogólnym jego celem jest polonizowanie łańcuchów dostaw, rozumiane jako zwiększenie udziału krajowych przedsiębiorstw w projektach inwestycyjnych.

– Zespół powołany przez ministra aktywów państwowych przygotował Kodeks dobrych praktyk w zakresie udziału komponentu krajowego w strategicznych inwestycjach realizowanych przez spółki Skarbu Państwa, który – jak zakładamy – w najbliższych dniach stanie się formalnym dokumentem poprzez podpis pana premiera – podkreśla Eliza Zeidler podczas Polskiego Kongresu Gospodarczego.

Kodeks zawiera szereg rekomendacji co do sposobu ogłaszania i organizowania zamówień, ograniczania barier formalnych czy oceny ofert. Mają one pomóc wyrównywać szanse krajowych firm w konkurowaniu o zamówienia.

Należy po prostu więcej czasu poświęcić na przygotowanie nie tylko warunków udziału w danym postępowaniu przetargowym, ale również kryteriów oceny ofert, żeby ta oferta nie była jedynie najtańsza, ale też najkorzystniejsza – mówi sekretarz stanu w MAP.

W kodeksie wskazano kryteria służące do określania poziomu krajowości poszczególnych podmiotów, z którymi będą chciały współpracować spółki z udziałem Skarbu Państwa. Przypisano im także wagi procentowe. Przykładowo kryterium dotyczące jednostki dominującej najwyższego szczebla mającej siedzibę w Polsce waży 25 proc., podobnie jak kryterium głównego przedmiotu działalności wykonywanego na terytorium Polski. Po 15 proc. ważą kryterium rezydencji podatkowej w Polsce i zatrudniania ponad połowy pracowników będących obywatelami RP lub mieszkańcami Polski płacącymi w Polsce podatki i składki ZUS. Te kryteria – jak wskazuje resort – mają wspierać polskie firmy, ale też biznesy międzynarodowe, które zdecydują się głębiej osadzić w naszym kraju.

Ten kodeks to drogowskaz. On będzie uzupełniany, m.in. przez szczegółowe wytyczne ministra aktywów państwowych, jak należy ten local content stosować i jak należy go liczyć – wyjaśnia Eliza Zeidler. – Przede wszystkim chodzi nam o zmianę sposobu myślenia, czyli poszukiwanie w kraju usług, produktów, elementów łańcucha dostaw i najpierw sprawdzenie, czy jest to dostępne w Polsce, ale – co zaznaczamy – w pełni w zgodności z obowiązującymi regulacjami krajowymi i europejskimi.

Obok kodeksu innym narzędziem wspierającym local content w krajowych inwestycjach ma być przyjęta w marcu br. Polityka zakupowa państwa na lata 2026–2029 oraz KPI, czyli kluczowe wskaźniki efektywności (KPI). Jak wyjaśnia MAP, w spółkach z udziałem Skarbu Państwa rady nadzorcze będą mogły rozliczać zarządy z realizacji tego priorytetu.

Jak podkreślił Wojciech Balczun, idea local content wykracza poza formalne kwestie nadzoru nad spółkami. Jest ona elementem nowego systemu gospodarczego. Celem proponowanych rozwiązań jest systemowe zwiększanie udziału polskich firm w trwającej modernizacji polskiej armii, energetyki, infrastruktury czy cyfryzacji kraju, co ma wzmacniać strategiczną autonomię i bezpieczeństwo gospodarcze Polski, budować konkurencyjność gospodarki i odporność łańcuchów dostaw bazujących na potencjale krajowych przedsiębiorców.

– Dzisiaj polskie firmy mają już bardzo duże kompetencje, są w stanie dostarczyć na rynek produkty i usługi o najwyższej jakości. Chcemy, żeby ten potencjał był wykorzystywany, ale też żeby był budowany. Udział polskich firm w dużych strategicznych inwestycjach spowoduje, że będą one nabywały coraz nowszych kompetencji, coraz lepszych umiejętności, które będą w sposób oczywisty wpływały na poprawę polskiej gospodarki, nasze bezpieczeństwo i budowanie naszej odporności – wskazuje sekretarz stanu w MAP.

Istotne znaczenie dla promocji idei local content będzie mieć pilotażowy projekt Głównego Urzędu Statystycznego dotyczący mierzenia udziału krajowych firm w poszczególnych branżach. Pilotaż rozpocznie się w czerwcu od energetyki, a następnie program ma być rozszerzany na kolejne sektory, m.in. infrastrukturę i zbrojeniówkę. Raz w roku będą publikowane raporty dotyczące krajowego komponentu. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/spolki-skarbu-pastwa,p654047737

Światowy system żywnościowy może się załamać w ciągu kilkudziesięciu lat. Potrzebne są innowacje i bardziej zrównoważone metody produkcji

0

Ukryte koszty związane z negatywnym wpływem światowego systemu żywnościowego na środowisko i zdrowie publiczne wynoszą ok. 15 mld dol. rocznie – pokazał niedawny raport Food System Economic Commission (FSEC). Naukowcy wskazują w nim, że obecne modele produkcji i dystrybucji żywności przyczyniają się m.in. do zmian klimatu, utraty bioróżnorodności, nierówności społecznych i częstszego występowania chorób cywilizacyjnych. Przewiduje się, że wskutek wzrostu populacji te modele załamią się w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Według ONZ do 2050 roku liczba mieszkańców Ziemi sięgnie już ok. 10 mld, a prognozy World Resources Institute wskazują, że to pociągnie za sobą aż 56-proc. lukę w produkcji żywności. Żeby wyżywić planetę – a przy tym ograniczyć wpływ na klimat – konieczne będzie przejście na bardziej zrównoważone systemy żywnościowe i innowacyjne metody wytwarzania pożywienia.

Jesteśmy w krytycznym punkcie i jeśli w najbliższym czasie nie zmieni się nasze podejście do produkcji żywności, to po prostu wyczerpią nam się zasoby naturalne. Według szacunków ONZ populacja zwiększy się do ok. 10 mld ludzi i żeby ich wyżywić, będziemy potrzebować bardziej zrównoważonej produkcji, bo wytworzenie 1 kg mięsa pochłania ok. 100 razy więcej zasobów naturalnych niż żywność pochodzenia roślinnego. To nie znaczy, że za chwilę wszyscy zaczniemy pić tylko mleka roślinne, ale musi nastąpić pewna ewolucja, żeby po prostu wyżywić naszą planetę – mówi agencji Newseria Biznes Damian Bartkowiak, dyrektor Działu Spożywczo-Wodnego na rynek polski, ukraiński i kraje bałtyckie w Alfa Laval, firmie dostarczającej rozwiązania m.in. dla producentów żywności. 

Światowa populacja liczy ok. 8,2 mld ludzi, z których ponad 733 mln – czyli średnio co 11. osoba na świecie – doświadcza głodu, a ok. 2,3 mld boryka się z umiarkowanym bądź poważnym brakiem bezpieczeństwa żywnościowego (FAO „Stan bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia na świecie” 2023). Naukowcy i eksperci wskazują, że te problemy pogłębiają się w sytuacji, kiedy jednocześnie coraz więcej osób cierpi na nadwagę i otyłość, a tylko w skali UE rocznie notuje się około miliona zgonów związanych z niezdrową dietą. Społeczeństwo, przede wszystkim zachodnie, spożywa zbyt dużo mięsa, zbyt mało warzyw, marnuje zbyt wiele żywności, a obecnie stosowane metody rolnicze zanieczyszczają środowisko i przyczyniają się do zmian klimatu – szacuje się, że około połowy lądowego obszaru Ziemi stanowią tereny przeznaczone pod uprawy, a rolnictwo jest główną przyczyną wylesiania i utraty różnorodności biologicznej na Ziemi. Odpowiada też za ok. 1/3 światowych emisji gazów cieplarnianych – metanu, dwutlenku węgla i podtlenku azotu – które napędzają zmiany klimatu.

Wszystko to powoduje, że zarówno sposób odżywiania, jak i niewydolny, globalny system żywnościowy wymagają głębokich, strukturalnych zmian. Zwłaszcza że według prognoz ONZ w ciągu kolejnych 50–60 lat liczba ludności na świecie będzie rosła, osiągając szczyt na poziomie 10,3 mld osób w połowie lat 80. XXI wieku. To pociągnie za sobą skokowy wzrost zapotrzebowania na żywność. Według analityków World Resources Institute („How to Sustainably Feed 10 Billion People by 2050”) przy utrzymaniu zbliżonego tempa wzrostu gospodarczego do połowy tego stulecia konieczne będzie zwiększenie produkcji żywności aż o 56 proc., aby zapewnić dostateczną ilość pożywienia. To z kolei spowoduje dalszą ekspansję rolnictwa, przekształcania kolejnych obszarów lasów w grunty rolne i postępujący wzrost emisji. Bogacące się społeczeństwa spożywają coraz więcej żywności pochodzenia zwierzęcego, której produkcja wymaga dużych zasobów naturalnych. Szacuje się, że produkcja 1 kg wołowiny generuje emisję ok. 10 kg gazów cieplarnianych, a zwierzęta hodowlane odpowiadają za około połowę światowych emisji metanu – gazu, którego potencjał cieplarniany jest nawet 28-krotne wyższy niż dwutlenku węgla. Tym samym to właśnie produkcja mięsa jest jednym z głównych czynników zmian klimatu.

Naukowcy wskazują, że w tym kontekście niezbędne jest przekierowanie globalnego systemu żywnościowego na bardziej zrównoważony model, z korzyścią dla zdrowia i środowiska. Konieczne jest m.in. zmniejszenie spożycia mięsa i produktów mlecznych na rzecz promocji zdrowszej, roślinnej diety, co przełożyłoby się m.in. na spadek emisji.

– To już się powoli dzieje. Zmieniają się nastroje konsumentów, zmienia się nasze podejście do sposobu odżywiania, świadomość jest dużo większa. Z drugiej strony rośnie też świadomość inwestorów, którzy coraz chętniej inwestują w nowoczesne metody produkcji żywności. Poza tym wchodzi w życie bardzo wiele nowych regulacji, które trochę wymuszają to zmienione podejście, m.in. ze względu na ochronę środowiska – mówi Damian Bartkowiak.

Według prognoz World Resources Institute przy utrzymaniu obecnych trendów spożycie mięsa (wołowiny, jagnięciny i kozy) wzrośnie w latach 2010–2050 o 88 proc. Wołowina, najczęściej spożywane mięso, wymaga jednak dużych zasobów i emituje 20 razy więcej gazów cieplarnianych w przeliczeniu na 1 g jadalnego białka niż białka roślinne, takie jak fasola, groch i soczewica.

Szereg badań pokazuje, że konsumenci są coraz bardziej świadomi tych konsekwencji środowiskowych, ale i zdrowotnych. Według ubiegłorocznego raportu ProVeg „Rosnący apetyt: kompleksowa analiza postaw Europejczyków wobec żywności roślinnej”, opracowanego we współpracy z Uniwersytetem w Kopenhadze i Uniwersytetem w Gandawie, w Europie już 51 proc. osób, które jedzą mięso, aktywnie ogranicza jego spożycie (wzrost z 46 proc. w 2021 roku). Głównym tego powodem są właśnie względy zdrowotne (47 proc.), obawy dotyczące środowiska (29 proc.) i dobrostan zwierząt (26 proc.).

– W supermarketach widzimy dziś mnóstwo produktów o zwiększonej zawartości białka, to jest bardzo silny trend. Mamy m.in. mleko wysokobiałkowe, batony wysokobiałkowe, ostatnio zauważyłem nawet płatki śniadaniowe z dodatkową zawartością białka. To pokazuje, że jest dużo większa świadomość, zwłaszcza wśród młodych ludzi, którzy chcą spożywać produkty z większą zawartością tego białka – mówi dyrektor Działu Food & Water w Alfa Laval. – To białko skądś trzeba jednak pozyskiwać. Do tej pory pozyskiwaliśmy je głównie z serwatki, ale pytanie, jak długo będzie można ją w tym celu wykorzystywać. Dlatego producenci muszą się zastanowić nad alternatywnymi źródłami. Popularną alternatywą dla białek pochodzenia zwierzęcego są już niewątpliwie białka pochodzenia roślinnego, pozyskiwane z fasoli czy grochu. To dla wielu producentów staje się alternatywą np. do produkcji mleka roślinnego zamiast mleka krowiego. Drugim alternatywnym i coraz bardziej popularnym źródłem białka jest natomiast pozyskiwanie go z owadów. Ten rynek dynamicznie się rozwija i szacuje się, że do 2030 roku osiągnie wartość ok. 12 mld dol.

Owady jadalne – takie jak świerszcz czy mącznik młynarek – mają bardzo wysoką zawartość (nawet do 60 proc.) łatwo przyswajalnego białka, a ponadto są źródłem cennych witamin, błonnika i nienasyconych kwasów tłuszczowych. Co istotne, hodowla owadów zużywa kilkukrotnie mniej wody do produkcji 1 g białka w porównaniu do hodowli bydła, trzody chlewnej i drobiu. Wymaga też zdecydowanie mniej gruntów, ponieważ owady można hodować wertykalnie, a do ich żywienia wykorzystuje się m.in. odpady roślinne, które nie nadają się do karmienia bydła, co pozwala ograniczyć marnowanie już wyprodukowanej żywności. Odkąd w 2021 roku Unia Europejska dopuściła do spożycia przez ludzi mączkę z larw chrząszcza mącznika młynarka, na rynku pojawiają się już pierwsze takie produkty spożywcze.

Kolejną alternatywą dla tradycyjnego mięsa może być też mięso pochodzenia komórkowego, wyprodukowane w laboratorium. Specjaliści szacują, że i ten rynek do 2030 roku osiągnie wartość ok. 30–40 mld dol., więc jest to przyszłość, która czeka nas niebawem – mówi Damian Bartkowiak. – W niedalekiej przyszłości głównym motorem nadal pozostanie standardowa produkcja mięsa czy mleka, jaką znamy. Tutaj nie należy się spodziewać wielkiej rewolucji, ale pewna ewolucja niewątpliwie nastąpi. Możemy sobie wyobrazić, że za jakiś czas każdy będzie posiadać w domu drukarkę 3D i będzie w stanie wydrukować sobie własną żywność, na własne potrzeby. Takie rzeczy już się dzieją – w Niemczech i Holandii zostały już otwarte restauracje, gdzie sprzedawane są całe arkusze gotowej żywności, które stanowią pełnowartościowy posiłek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/swiatowy-system,p651433451

Rząd promuje projekt local content. Liczy się nie tylko pochodzenie kapitału

Kolejne lata przyniosą w Polsce inwestycje warte setki miliardów złotych w energetyce, infrastrukturze i cyfryzacji. Włączenie zasad local content do polityki zakupowej państwa ma przynosić długoterminowe korzyści dla gospodarki, samorządów, rynku pracy i lokalnych społeczności. Kryteria oceny „krajowości” przedstawione przez Ministerstwo Aktywów Państwowych mają pozwolić systemowo zwiększać udział komponentu krajowego, ale bez wykluczania firm z kapitałem zagranicznym. Kluczowe będzie nie pochodzenie, ale zakorzenienie firm w gospodarce.

– Narodowość kapitału i firm zawsze ma znaczenie, bo oznacza miejsce, w którym przedsiębiorstwa lokalizują centrum swojej działalności, płacą podatki, kogo zatrudniają i z którym krajem są ostatecznie związane. Nie oznacza to jednak autarkii – Polska pozostaje gospodarką otwartą i w dużej mierze nasz wzrost gospodarczy był napędzany współpracą z kluczowymi partnerami – mówi agencji Newseria Aleksander Siemaszko, dyrektor Departamentu Handlu i Współpracy Międzynarodowej w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.

W kwietniu 2026 roku Ministerstwo Aktywów Państwowych (MAP) uruchomiło projekt „Local content. Z korzyścią dla Polski”, który ma zwiększyć udział krajowych firm w realizacji największych inwestycji, zwłaszcza w energetyce, infrastrukturze i cyfryzacji. Resort chce stworzyć ekosystem gospodarczy, który z jednej strony ułatwi małym i średnim krajowym przedsiębiorstwom, często działającym poza dużymi ośrodkami, włączanie się w łańcuchy dostaw dużych koncernów, a z drugiej będzie premiował koncerny faktycznie zaangażowane w rozwój polskiej gospodarki czy kontrybuujące do społeczeństwa.

 Przed nami ogromne inwestycje, głównie w energetyce, mówimy tutaj o elektrowni atomowej, także w infrastrukturze, gospodarce cyfrowej i zbrojeniach. Należałoby więc odpowiedzieć, na ile ten kapitał ma znaczenie, a na ile chcielibyśmy, żeby środki publiczne, które są wydawane w ramach tych dużych projektów, pozostawały w kraju – mówi Dominik Kopiński, starszy doradca w zespole gospodarki światowej w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Ten problem podejmują ostatnio wytyczne, które 9 kwietnia pojawiły się w przestrzeni publicznej odnośnie do przepisów local content.

Przyjęta przez MAP metodologia zakłada, że „krajowość” podmiotów będzie oceniana na podstawie mierzalnych kryteriów, które obejmują m.in. lokalizację działalności, rezydencję podatkową, zatrudnienie oraz skalę operacji prowadzonych w Polsce. 

– Jeżeli spojrzymy na kryteria local content przygotowane przez Ministerstwo Aktywów Państwowych, zauważymy, że to nie jest tylko kwestia pochodzenia kapitału, ale również zatrudnienia pracowników, tego, gdzie jest centrum działalności i jak wyglądają obroty. Bardzo wiele firm zagranicznych w Polsce budowało nasz kapitalizm, dzieliło się swoim know-how i tak naprawdę ma charakter lokalny, więc sporą część kryteriów lokalności będzie spełniać – ocenia Aleksander Siemaszko.

Jak podkreślił minister aktywów państwowych Wojciech Balczun na inauguracji projektu, przyjęte rozwiązania nie mają na celu dyskryminacji, ale promocję – wspierają bowiem nie tylko polskie firmy, ale też firmy międzynarodowe, które są głębiej osadzone w naszym kraju. Oznacza to odejście od formalnych kryteriów narodowości kapitału na rzecz oceny faktycznej obecności firm w gospodarce, m.in. poprzez miejsce prowadzenia działalności, zatrudnienie czy płacone podatki. Takie podejście ma pozwolić na systemowe zwiększanie udziału komponentu krajowego bez wykluczania firm z kapitałem zagranicznym.

Niektórym się wydaje, że podmiotem krajowym jest polska firma, czyli firma rodzima, która powstała w Polsce, ma rezydencję w Polsce oraz polski kapitał. Tymczasem ustawodawcy planują się raczej skoncentrować na podmiocie krajowym, który ma nieco inną specyfikę niż polska firma z polskim kapitałem – wyjaśnia Dominik Kopiński. – Mamy szereg firm zagranicznych, spółek córek, oddziałów, filii zagranicznych korporacji międzynarodowych, które działają w Polsce już od lat, często od 30–35 lat. Mają polską rezydencję, zatrudniają polski personel, który tu odprowadza podatki, płacą ZUS w kraju i mają lokalne łańcuchy dostaw.

– Sednem nie jest to, żeby firma była odbierana jako krajowa, ważne, żeby była odbierana jako firma, która ma właściwą kontrybucję i w sposób odpowiedzialny działa na terenie danego kraju, sprawiając, że jego społeczeństwo i ekonomia kraju mogą się rozwijać – mówi Przemysław Pokorski, dyrektor zarządzający VELUX Polska i Kraje Bałtyckie, producenta okien dachowych.

Przedstawiciel firmy wziął udział w dyskusji o narodowości biznesu, również w kontekście local content, podczas jednego z paneli na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach.

– Mamy jasne przeświadczenie o tym, w jaki sposób kontrybuujemy w danym kraju. Oczywiście urodziliśmy się w Danii, ale zamieszkaliśmy w Polsce. Od 36 lat jesteśmy w niej obecni i tu budujemy swój biznes. Polska zawsze była, jest i będzie strategicznym wyborem dla nas, jeżeli chodzi o lokalizację. Obecnie to ponad 3 tys. pracowników, pięć fabryk i ponad 16 mln zł podatku CIT w 2024 roku. Jesteśmy bardzo mocno umocowani w Polsce pod względem infrastruktury i inwestycji. W ostatnich czterech latach zrealizowaliśmy inwestycje o wartości 400 mln zł w infrastrukturę fabryk. Bardzo mocno też inwestujemy w naszych pracowników – wylicza Przemysław Pokorski.

Należące do duńskiego Holdingu VKR Grupa VELUX i spółki siostrzane zatrudniają w Polsce ponad 3,3 tys. osób w pięciu zakładach produkcyjnych. W latach 2022–2025 spółka zainwestowała w Polsce niemal 400 mln zł w rozwój fabryk. Fundacja Villum, będąca częścią fundacji VELUX, przeznaczyła ok. 215 mln zł na projekty społeczne i edukacyjne, wspiera także projekty kulturalne.

– Ostatnim przykładem jest ponad 13 mln zł dofinansowania na remont i rozbudowę Muzeum Powstania Warszawskiego. To pokazuje, w jaki sposób firma kontrybuuje do społeczności i gospodarki danego kraju. Znaczenie ma to, jak działamy i jaki mamy wpływ na gospodarkę oraz społeczność, a nie tylko to, skąd pochodzimy – podkreśla Przemysław Pokorski.

Jak podkreśla rząd, rozwiązania dotyczące local content mają zapewnić, żeby jak największa wartość ekonomiczna związana z realizacją dużych inwestycji pozostała w Polsce. Chodzi m.in. o stabilne miejsca pracy i wpływy podatkowe generowane w ramach realizowanych kontraktów. Local content to także rozwój kompetencji technicznych w mniejszych ośrodkach, wzrost zamówień u lokalnych MŚP i silniejsze budżety samorządów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-promuje-projekt,p1358189951

Europejskie AGD traci udziały w rynku. Branża ostrzega przed utratą konkurencyjności

Na rynku Unii Europejskiej rośnie udział urządzeń dużego AGD produkowanych w krajach trzecich. Stanowią one już około 44 proc. wszystkich sprzętów dostępnych na półkach w krajach członkowskich. Przedstawiciele europejskiej branży ostrzegają przed groźbą utraty konkurencyjności i apelują do instytucji UE o stworzenie planu dla przemysłu AGD. Chcą m.in. niższych cen energii, spójnych przepisów czy zachęt do inwestycji w robotyzację.

Jak wynika z „Raportu rynku AGD 2025/2026” przygotowanego przez Związek Pracodawców AGD – APPLiA Polska, 39 proc. unijnej produkcji AGD w Unii Europejskiej pochodzi z Polski. W kategoriach takich jaki zmywarki, pralki czy suszarki krajowe zakłady mają ponad 50-proc. udział. Polska zwiększa swój udział pomimo spadku produkcji krajowej, ale wynika to z malejącej produkcji w całej Unii.

– Polska jest głównym producentem sprzętu AGD w Unii Europejskiej. Bardzo nas to cieszy, ale to nie znaczy, że nie mamy problemów. Udziały polskiej produkcji i sprzedaży na rynek europejski maleją. Wprawdzie nieznacznie, bo bronimy się w dość efektywny sposób, ale są takie czynniki międzynarodowe, które utrudniają nam pracę – mówi agencji Newseria Wojciech Konecki, prezes Związku Pracodawców AGD – APPLiA Polska.

W całej Unii Europejskiej branża AGD zatrudnia 1 mln osób i generuje 44 mld euro przychodu w europejskich łańcuchach dostaw. Tylko w Polsce w 2025 roku pracowało w niej pośrednio lub bezpośrednio 100 tys. osób. Zamknięcie kilku fabryk spowodowało jednak wyraźny spadek liczby zatrudnionych.

– Branża AGD jest dość istotna dla gospodarki. W porównaniu do naszych siostrzanych branż wyprzedza nas tylko branża meblarska. Jesteśmy więksi niż wszystkie inne, może za wyjątkiem produkcji części samochodowych. Mamy 30 fabryk – podkreśla Wojciech Konecki.

W 2025 roku wartość sprzedana produkcji w sektorze AGD wyniosła 25,5 mld zł. To o 5 proc. mniej rok do roku. Dla porównania branża meblowa wygenerowała 49 mld zł, okienna – 23 mld zł, a telewizorów – 17 mld zł.

– Bardzo nas boli to, że tylko w zeszłym roku zostało zamkniętych pięć fabryk w naszej branży. Mówię też o koleżankach i kolegach z innych branż, więc to jest dość niepokojący sygnał. Pewne działania muszą nastąpić natychmiast, bo za parę lat może już nas po prostu nie być. Chociaż jako AGD przeszliśmy różne koleje losu i potrafimy się bronić, a nawet atakować – dodaje ekspert.

Raport APPLiA wskazuje na poważne wyzwanie, jakim jest konkurencja producentów spoza Unii Europejskiej. W 2024 roku produkcja UE zaspokajała 56 proc. całej sprzedaży unijnej dużego AGD, podczas gdy rok wcześniej było to 59 proc. W niektórych kategoriach sprzętów udział produkcji unijnej stanowi już mniej niż połowę. W ujęciu ilościowym największym dostawcą dużego AGD do UE są Chiny (43 proc. w 2025 roku). Import z tego kraju (w sztukach) jest o 90 proc. wyższy niż przed pandemią.

Na pewno musimy dbać o łańcuchy dostaw i podaż siły roboczej. Musimy apelować o lepszą legislację na poziomie Unii Europejskiej, ale także w polskim parlamencie. Wiadomo, że do produkcji potrzebny jest kapitał, praca, ale też technologie. My jako Polska pod względem robotyzacji i cyfryzacji nie jesteśmy pionierem i potrzebujemy wsparcia. Potrzebujemy go również w kontekście konkurencyjności naszej produkcji w porównaniu do importowanych wyrobów. Chodzi nam o zapewnienie równych szans – zaznacza prezes Związku Pracodawców AGD – APPLiA Polska.

Z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Wsparcie procesu robotyzacji w Polsce. Rekomendacje” z maja 2025 roku wynika, że w unijnym sektorze przetwórstwa przemysłowego w 2023 roku zainstalowanych było 55 888 robotów przemysłowych, w Polsce – 2203. Daje to 61 robotów przypadających na 10 tys. zatrudnionych w naszym sektorze przetwórstwa przemysłowego.

Przemysł AGD nie jest wyspą. Wiadomo, że jesteśmy w całym spektrum branż przemysłów konsumenckich, które mają podobne problemy. Szczególnie w Polsce energia używana do produkcji jest jedną z najdroższych, o ile nie najdroższą na rynku europejskim. Bez pomocy w tej kwestii prawdopodobnie nie utrzymamy naszej pozycji – uważa Wojciech Konecki. – Są takie regulacje, które nas bardzo mocno dotykają, chociażby CBAM czy regulacje dotyczące stali, gdzie zmniejszane są kontyngenty i podwyższane jest cło. To pomaga producentom stali w Europie, ale nie pomaga jej odbiorcom, bo ona jest w dużej mierze importowana. Tak że jest szereg czynników makroekonomicznych, które w dłuższym okresie wpływają na konkurencyjność naszej branży.

CBAM to mechanizm wyrównywania cen na granicach w zakresie emisji dwutlenku węgla. Dotyczy surowców i półproduktów, których produkcja w krajach spoza UE powoduje najsilniejsze emisje gazów cieplarnianych do atmosfery, w tym stali, cementu, aluminium, a nawet energii elektrycznej. CBAM obowiązuje w pełni od 1 stycznia 2026 roku importerów unijnych, którzy w określonych przypadkach będą musieli nabywać certyfikaty od organów krajowych.

– Większość surowców potrzebnych do naszej produkcji jest obłożona tym cłem środowiskowym, ekologicznym, a już gotowe produkty, które wjeżdżają na rynek europejski, nie są. Chodzi nam o zapewnienie równych szans dla producentów europejskich i zagranicznych – zaznacza ekspert. – Tuning regulacji jest bardzo potrzebny szczególnie tam, gdzie mówimy o konkurencyjności i podstawach naszej działalności.

W lutym br. Związek Pracodawców AGD – APPLiA Polska zaapelował o przygotowanie unijnego planu działania dla branży AGD. Trzy filary, które według autorów raportu powinny zostać w nim zawarte, to zapewnienie konkurencyjnych warunków produkcji (przystępna cenowo energia, zapewnienie równych szans i stałego dostępu do surowców), zwiększenie przewidywalności i spójności unijnego prawa, wspieranie innowacji oraz inwestycje w cyfryzację, sztuczną inteligencję, zrównoważone projektowanie oraz kompetencje, aby utrzymać produkcję oraz wysokiej jakości miejsca pracy w Unii Europejskiej.

Zrównoważone projektowanie i inne elementy związane ze zmniejszaniem wpływu na środowisko to w ostatnich latach istotny element działalności branży. Tego obszaru dotyczy szereg unijnych przepisów.

– Zarówno Unia Europejska, Komisja Europejska, jak i polscy prawodawcy starają się, aby sprzęt był coraz przyjaźniejszy dla użytkowników. Stworzone zostały odpowiednie bazy danych, w których konsumenci mogą sprawdzić poszczególne wyroby. Wprowadzono tak zwane prawo do naprawy. Będzie ona jeszcze bardziej ułatwiona, ponieważ ekoprojektowanie poszczególnych produktów będzie na wyższym szczeblu – wyjaśnia Wojciech Konecki.

Dla producentów oznacza to obowiązek udostępniania dokumentacji technicznej serwisom i zapewnianie dostępności części zamiennych nawet do 10 lat po zakończeniu produkcji danego modelu.

Wprowadzony zostanie również cyfrowy paszport produktu, który będzie zawierał istotne informacje wspierające zrównoważony rozwój produktów, promujące ich obieg zamknięty i wzmacniające zgodność z przepisami prawa. Nie zostały one jeszcze sprecyzowane przez Komisję Europejską, jednak w grę mogą wchodzić: parametry techniczne produktu, materiały i ich pochodzenie, działania naprawcze, możliwości recyklingu czy też wpływ na środowisko w cyklu życia.

– Chodzi o to, żeby uszczelnić rynek, walczyć z szarą strefą i produktami, które są nielegalnie wprowadzane do Polski, ale też żeby ułatwić konsumentom możliwość wyboru pomiędzy poszczególnymi graczami, markami i produktami. W paszporcie produktu zobaczymy wszystkie dane, które nie zawsze widzimy w porównywarkach cenowych. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, że niektórzy konsumenci chcą dużo więcej wiedzieć o produkcie czy producencie, o jego strategii rozwoju i dlatego szukają nowych źródeł wiedzy. Ten kierunek zmian w Unii Europejskiej popieramy – mówi prezes Związku Pracodawców AGD – APPLiA Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europejskie-agd-traci,p200372102

PZU z rekordowymi wynikami. Chce wykorzystać rosnącą siłę ekonomiczną Polaków

Dynamiczny wzrost sprzedaży ubezpieczeń pozakomunikacyjnych i indywidualnych ochronnych oraz filaru zdrowie i TFI napędził rekordowe wyniki Grupy PZU. W 2025 roku ubezpieczyciel osiągnął niemal 31 mld zł składki i 6,7 mld zł zysku netto, a wynik z usług ubezpieczenia wzrósł o ponad 36 proc. – Chcemy wykorzystać i wesprzeć rosnącą siłę ekonomiczną Polaków oraz pozycję kraju jako 20. gospodarki świata, oferując finansowanie i nowoczesne produkty wspierane przez AI – zapowiada prezes ubezpieczyciela Bogdan Benczak.

– Rok 2025 był wyjątkowy dla Grupy PZU. Pomimo wielu wyzwań na rynku, dzięki ciężkiej pracy całego zespołu byliśmy w stanie osiągnąć rekordowe wyniki – niemalże 31 mld zł składki i 6,7 mld zł zysku netto. Te wyniki, osiągnięte przy wysokich wskaźnikach wypłacalności, pozwalają nam myśleć optymistycznie o wypłacie dywidendy za 2026 rok – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Bogdan Benczak, prezes zarządu PZU.

W ubiegłym roku przychody z ubezpieczeń, czyli głównego biznesu Grupy PZU, wzrosły o 1,5 mld zł (5 proc.), osiągając historycznie najwyższy poziom blisko 31 mld zł. Wynik operacyjny z działalności ubezpieczeniowej wzrósł o 36,6 proc. r/r i sięgnął 4,8 mld zł. Dwucyfrową dynamikę odnotowano m.in. w ubezpieczeniach pozakomunikacyjnych (o 10,3 proc.) i segmencie ubezpieczeń indywidualnych ochronnych (16,9 proc. r/r).

– Będziemy się rozwijać i koncentrować na core biznesie, czyli ubezpieczeniach majątkowych, życiowych, zdrowotnych i inwestycyjnych – zapowiada Bogdan Benczak. – Grupa PZU chce być beneficjentem i w sposób optymalny wykorzystać to, że Polska stała się 20. gospodarką świata i nasze PKB rośnie. Dzięki temu nasi klienci poprawiają swoją siłę ekonomiczną. Chcemy to wykorzystać, oferując im nowe produkty w zakresie zarówno ubezpieczeń majątkowych, życiowych, emerytalnych, jak i zdrowotnych.

Największym segmentem działalności Grupy pozostają ubezpieczenia majątkowe i pozostałe osobowe na rynku polskim. W 2025 roku przychody w tym obszarze wzrosły o 5,8 proc. r/r i przekroczyły 18,8 mld zł.

– Jeśli chodzi o ubezpieczenia majątkowe, to dużym wyzwaniem dla nas jest kwestia związana z naszym klientem masowym, czyli obszar, w którym tradycyjnie jesteśmy najsilniejsi. Będziemy się koncentrowali na tym, aby dostosować naszą ofertę i taryfikację do zmieniających się potrzeb klientów. Będziemy to robić z wykorzystaniem najnowszych technologii – wskazuje Bogdan Benczak.

W ubiegłym roku PZU przedstawił nową strategię IT na lata 2025–2027, w której zapowiedział wdrażanie kolejnych narzędzi sztucznej inteligencji, rozwiązań chmurowych i technologii Low Code, umożliwiających szybsze tworzenie aplikacji, oraz wzmacnianie kompetencji w tych obszarach. Według zapowiedzi spółki automatyzacja procesów sprzedażowych i obsługowych z wykorzystaniem nowych technologii oraz GenAI ma być jedną z kluczowych dźwigni wzrostu w kolejnych latach. Innowacyjne zmiany mają pozwolić dostarczać rozwiązania dla biznesu o 20 proc. szybciej. 

W 2025 roku ubezpieczyciel uruchomił także projekt Transformacja AI. Korzysta z ponad 30 rozwiązań z komponentem AI, a kolejne 30 jest w przygotowaniu. To m.in. narzędzia wykorzystywane w obsłudze szkód, gdzie sztuczna inteligencja przeprocesowała już szkody o wartości ok. 10 mld zł. Ubezpieczyciel wdraża również pilotaż Asystenta AI. Regularnie korzysta z niego ponad połowa zatrudnionych, wspieranych przez tzw. ambasadorów AI.

– Korzystamy ze sztucznej inteligencji w wielu wymiarach. Oprócz wykorzystania AI w systemach przy ocenie ryzyka, także wspomagamy naszych pracowników, którzy dzięki szkoleniom i promocji Asystenta AI w Grupie PZU, w 2025 roku wygenerowali ponad 1,7 mln promptów. Uważam, że to jest bardzo dobry początek. To przełoży się na większy komfort pracy naszych pracowników, lepsze wyniki, ale także na wysoką jakość obsługi klientów – podkreśla prezes PZU SA.

Rozwój cyfrowych rozwiązań ma istotne znaczenie m.in. w segmencie zdrowotnym Grupy PZU. W 2025 roku blisko połowa wizyt była umawiana poprzez platformę mojePZU, a 95 proc. świadczeń telemedycznych realizowanych było w ramach własnej infrastruktury – przez Centrum Telemedyczne oraz sieć własną PZU Zdrowie. Przychody w segmencie zdrowia wzrosły o 14,4 proc. r/r i wyniosły niemal 2,2 mld zł. Wzrost napędzały zarówno ubezpieczenia zdrowotne i abonamenty, jak i rozwój własnej sieci placówek medycznych PZU Zdrowie.

W ocenie PZU perspektywy dla rynku ubezpieczeniowego w 2026 roku pozostają silnie powiązane z sytuacją makroekonomiczną. Dużą szansę stwarzają trwające i planowane duże inwestycje infrastrukturalne czy energetyczne.

– Chcemy aktywnie uczestniczyć we wspieraniu polskiej gospodarki poprzez ubezpieczanie nowych inwestycji, ale także poprzez ich finansowanie. Widzimy ogromną szansę na uczestnictwo w tym procesie. Chcemy być beneficjentem i kontrybutorem poprawy ekonomicznej naszego państwa – mówi Bogdan Benczak.

Grupa PZU jest obecna w jeszcze czterech państwach Europy Środkowo-Wschodniej: w krajach bałtyckich oraz Ukrainie. Na Litwie w 2025 roku rozwinęła funkcjonalności portalu samoobsługi w obsłudze szkód, a w Ukrainie uruchomiła sprzedaż polis komunikacyjnych i turystycznych przez internet. PZU analizuje też możliwości rozwoju na kolejnych rynkach.

– Rozważamy różnego rodzaju warianty naszej ekspansji przez reasekurację czynną. [ubezpieczanie ryzyk innych ubezpieczycieli – red.]. Powołaliśmy zespół, który analizuje tę możliwość. Rozważamy także innego rodzaju opcje, takie jak np. współpraca z wybranymi partnerami w ramach projektów typu MGA, czyli Managing General Agent – mówi Bogdan Benczak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pzu-z-rekordowymi,p1350277312

Napięcia geopolityczne podbijają emocje na rynku ropy, ale nie zakłócają dostaw. Przewidywana w 2026 r. nadpodaż ma utrzymywać niskie notowania

W ostatnich tygodniach napięcia geopolityczne ponownie rozgrzały rynek ropy. Jak jednak podkreśla analityk rynku paliw E-petrol.pl, w doniesieniach dominuje czynnik psychologiczny, podczas gdy realnych konsekwencji w dostawach nie widać. Ten rok, zgodnie z przewidywaniami ekspertów, ma być nadpodażowy, co będzie wpływać na stosunkowo niskie notowania ropy naftowej.

Początek roku przyniósł wzrosty cen ropy: od początku stycznia do 29. dnia miesiąca zarówno teksańska ropa WTI, jak i europejska Brent podrożały o ponad 11 proc. Jednak historycznie rzecz ujmując, ceny surowca są wciąż niskie; w ciągu ostatnich 12 miesięcy potaniał on po 18–20 proc. Ryzyko lokalnych zwyżek rośnie szczególnie, gdy pojawiają się niepokoje w regionach kluczowych dla globalnych przepływów surowca. Chodzi przede wszystkim o Iran i groźbę ewentualnej interwencji USA w związku z brutalnym tłumieniem demonstracji przez reżim w Teheranie. Te napięcia nie doprowadziły do zakłóceń w dostawach, ale rynki uwzględniają ryzyko eskalacji, która mogłaby spowodować blokadę Cieśniny Ormuz i wpłynąć na globalne przepływy surowca. Kolejnym źródłem rynkowych emocji była w ostatnich tygodniach Wenezuela i spekulacje o możliwym nagłym napływie dużych wolumenów ropy. 

– Wenezuela ma gigantyczne zasoby, ale jednocześnie spore zapóźnienia w infrastrukturze. Trzeba więc zainwestować spore pieniądze, żeby się dało z wenezuelskiej ropy skorzystać – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw portalu E-petrol.pl.

Jak dodaje, mimo głośnych zapowiedzi rynek nie zobaczył jak dotąd istotnego wzrostu dostaw. W efekcie najważniejszym skutkiem zawirowań geopolitycznych pozostaje przede wszystkim nerwowość rynku.

– Jeżeli pojawiłaby się większa ilość surowca z Wenezueli, wtedy z całą pewnością miałoby to znaczenie dla takiego producenta jak Rosja, bo byłby to kolejny tani konkurent. Natomiast mówimy o perspektywie bardzo odległej w czasie, liczonej nawet w latach, bo kluczowa w przypadku ropy wenezuelskiej jest konieczność zainwestowania ogromnych środków przez producentów głównie amerykańskich, którzy są zainteresowani złożami wenezuelskimi – szacuje dr Jakub Bogucki.

W jego ocenie dla realnej podaży kluczowe są natomiast twarde czynniki – poziomy wydobycia i decyzje największych producentów.

– Prognozy analityków są dosyć zgodne. Rok 2026 to będzie czas zdecydowanie nadpodażowy na rynku ropy naftowej, rynku surowcowym. Są podzielone opinie, jak duża to będzie nadpodaż – mówi analityk. – Wiele będzie zależeć od tego, jaką politykę przyjmie OPEC+ i jak będzie wyglądać dalsza działalność administracji prezydenta Trumpa, jak będą się kończyć konflikty, które się toczą w różnych miejscach na globie. Z całą pewnością jednak podaż ropy na rynku będzie większa niż zapotrzebowanie na nią. To sugeruje, że będzie się ona utrzymywać na stosunkowo niskich poziomach cenowych, przynajmniej w stosunku do tego, co widzieliśmy w okresie, kiedy napięcia i ryzyko zablokowania dostaw były zdecydowanie mocniejsze.

W ocenie eksperta polityka producentów zrzeszonych w ramach OPEC+, czyli Arabii Saudyjskiej, Rosji, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kazachstanu, Kuwejtu, Iraku, Algierii i Omanu, może pozostawać ostrożna. Mimo że część państw chciałaby zwiększać produkcję, by podnieść wpływy do budżetu, to groźba nadpodaży i związane z tym spadki cen powstrzymują je od tej decyzji. 

– Wszystko na to wskazuje, że OPEC będzie trochę limitował swoją produkcję, jednak na pewno nie będzie odchodził od niej tak szybko, jak zakładano jeszcze w ubiegłym roku. To chyba będzie wyznacznik przynajmniej na pierwsze półrocze. Aczkolwiek OPEC co miesiąc weryfikuje swoją politykę, sprawdza i zmienia bądź utrzymuje swoją decyzję co do ograniczeń, jakie sobie narzucił – zwraca uwagę dr Jakub Bogucki.

Na styczniowym spotkaniu OPEC, które odbyło się tuż po uprowadzeniu prezydenta Wenezueli przez Amerykanów oraz zaostrzeniu się konfliktu w Jemenie między ZEA a Arabią Saudyjską, kartel nie zdecydował się na zmianę polityki. Osiem państw członkowskich przez większość ubiegłego roku zwiększało wydobycie o ustalone limity, jednak zgodziło się w listopadzie na wstrzymanie podwyżek wydobycia w styczniu, lutym i marcu. Kolejne spotkanie ośmiu krajów odbędzie się 1 lutego.

Zdaniem analityka polski rynek paliw – choć wpisany w globalny układ – nie reaguje z dnia na dzień na geopolityczne nagłówki. Ważniejsza dla kierowców jest sytuacja na rynku paliw gotowych, a przełożenie cen ropy na handel detaliczny ma „pewien okres bezwładności”.

– Dla polskiego rynku z całą pewnością najistotniejsze będzie to, że będzie to rok nadpodażowy, czyli ropę będzie można kupić stosunkowo tanio – podkreśla ekspert E-petrol.pl.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/napiecia-geopolityczne,p1066763245

Stay connected

0FaniLubię
67,110ObserwującyObserwuj
14,700SubskrybującySubskrybuj