7.4 C
Nowy Jork
niedziela, 8 marca, 2026

Buy now

spot_img

PZU z rekordowymi wynikami. Chce wykorzystać rosnącą siłę ekonomiczną Polaków

Dynamiczny wzrost sprzedaży ubezpieczeń pozakomunikacyjnych i indywidualnych ochronnych oraz filaru zdrowie i TFI napędził rekordowe wyniki Grupy PZU. W 2025 roku ubezpieczyciel osiągnął niemal 31 mld zł składki i 6,7 mld zł zysku netto, a wynik z usług ubezpieczenia wzrósł o ponad 36 proc. – Chcemy wykorzystać i wesprzeć rosnącą siłę ekonomiczną Polaków oraz pozycję kraju jako 20. gospodarki świata, oferując finansowanie i nowoczesne produkty wspierane przez AI – zapowiada prezes ubezpieczyciela Bogdan Benczak.

– Rok 2025 był wyjątkowy dla Grupy PZU. Pomimo wielu wyzwań na rynku, dzięki ciężkiej pracy całego zespołu byliśmy w stanie osiągnąć rekordowe wyniki – niemalże 31 mld zł składki i 6,7 mld zł zysku netto. Te wyniki, osiągnięte przy wysokich wskaźnikach wypłacalności, pozwalają nam myśleć optymistycznie o wypłacie dywidendy za 2026 rok – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Bogdan Benczak, prezes zarządu PZU.

W ubiegłym roku przychody z ubezpieczeń, czyli głównego biznesu Grupy PZU, wzrosły o 1,5 mld zł (5 proc.), osiągając historycznie najwyższy poziom blisko 31 mld zł. Wynik operacyjny z działalności ubezpieczeniowej wzrósł o 36,6 proc. r/r i sięgnął 4,8 mld zł. Dwucyfrową dynamikę odnotowano m.in. w ubezpieczeniach pozakomunikacyjnych (o 10,3 proc.) i segmencie ubezpieczeń indywidualnych ochronnych (16,9 proc. r/r).

– Będziemy się rozwijać i koncentrować na core biznesie, czyli ubezpieczeniach majątkowych, życiowych, zdrowotnych i inwestycyjnych – zapowiada Bogdan Benczak. – Grupa PZU chce być beneficjentem i w sposób optymalny wykorzystać to, że Polska stała się 20. gospodarką świata i nasze PKB rośnie. Dzięki temu nasi klienci poprawiają swoją siłę ekonomiczną. Chcemy to wykorzystać, oferując im nowe produkty w zakresie zarówno ubezpieczeń majątkowych, życiowych, emerytalnych, jak i zdrowotnych.

Największym segmentem działalności Grupy pozostają ubezpieczenia majątkowe i pozostałe osobowe na rynku polskim. W 2025 roku przychody w tym obszarze wzrosły o 5,8 proc. r/r i przekroczyły 18,8 mld zł.

– Jeśli chodzi o ubezpieczenia majątkowe, to dużym wyzwaniem dla nas jest kwestia związana z naszym klientem masowym, czyli obszar, w którym tradycyjnie jesteśmy najsilniejsi. Będziemy się koncentrowali na tym, aby dostosować naszą ofertę i taryfikację do zmieniających się potrzeb klientów. Będziemy to robić z wykorzystaniem najnowszych technologii – wskazuje Bogdan Benczak.

W ubiegłym roku PZU przedstawił nową strategię IT na lata 2025–2027, w której zapowiedział wdrażanie kolejnych narzędzi sztucznej inteligencji, rozwiązań chmurowych i technologii Low Code, umożliwiających szybsze tworzenie aplikacji, oraz wzmacnianie kompetencji w tych obszarach. Według zapowiedzi spółki automatyzacja procesów sprzedażowych i obsługowych z wykorzystaniem nowych technologii oraz GenAI ma być jedną z kluczowych dźwigni wzrostu w kolejnych latach. Innowacyjne zmiany mają pozwolić dostarczać rozwiązania dla biznesu o 20 proc. szybciej. 

W 2025 roku ubezpieczyciel uruchomił także projekt Transformacja AI. Korzysta z ponad 30 rozwiązań z komponentem AI, a kolejne 30 jest w przygotowaniu. To m.in. narzędzia wykorzystywane w obsłudze szkód, gdzie sztuczna inteligencja przeprocesowała już szkody o wartości ok. 10 mld zł. Ubezpieczyciel wdraża również pilotaż Asystenta AI. Regularnie korzysta z niego ponad połowa zatrudnionych, wspieranych przez tzw. ambasadorów AI.

– Korzystamy ze sztucznej inteligencji w wielu wymiarach. Oprócz wykorzystania AI w systemach przy ocenie ryzyka, także wspomagamy naszych pracowników, którzy dzięki szkoleniom i promocji Asystenta AI w Grupie PZU, w 2025 roku wygenerowali ponad 1,7 mln promptów. Uważam, że to jest bardzo dobry początek. To przełoży się na większy komfort pracy naszych pracowników, lepsze wyniki, ale także na wysoką jakość obsługi klientów – podkreśla prezes PZU SA.

Rozwój cyfrowych rozwiązań ma istotne znaczenie m.in. w segmencie zdrowotnym Grupy PZU. W 2025 roku blisko połowa wizyt była umawiana poprzez platformę mojePZU, a 95 proc. świadczeń telemedycznych realizowanych było w ramach własnej infrastruktury – przez Centrum Telemedyczne oraz sieć własną PZU Zdrowie. Przychody w segmencie zdrowia wzrosły o 14,4 proc. r/r i wyniosły niemal 2,2 mld zł. Wzrost napędzały zarówno ubezpieczenia zdrowotne i abonamenty, jak i rozwój własnej sieci placówek medycznych PZU Zdrowie.

W ocenie PZU perspektywy dla rynku ubezpieczeniowego w 2026 roku pozostają silnie powiązane z sytuacją makroekonomiczną. Dużą szansę stwarzają trwające i planowane duże inwestycje infrastrukturalne czy energetyczne.

– Chcemy aktywnie uczestniczyć we wspieraniu polskiej gospodarki poprzez ubezpieczanie nowych inwestycji, ale także poprzez ich finansowanie. Widzimy ogromną szansę na uczestnictwo w tym procesie. Chcemy być beneficjentem i kontrybutorem poprawy ekonomicznej naszego państwa – mówi Bogdan Benczak.

Grupa PZU jest obecna w jeszcze czterech państwach Europy Środkowo-Wschodniej: w krajach bałtyckich oraz Ukrainie. Na Litwie w 2025 roku rozwinęła funkcjonalności portalu samoobsługi w obsłudze szkód, a w Ukrainie uruchomiła sprzedaż polis komunikacyjnych i turystycznych przez internet. PZU analizuje też możliwości rozwoju na kolejnych rynkach.

– Rozważamy różnego rodzaju warianty naszej ekspansji przez reasekurację czynną. [ubezpieczanie ryzyk innych ubezpieczycieli – red.]. Powołaliśmy zespół, który analizuje tę możliwość. Rozważamy także innego rodzaju opcje, takie jak np. współpraca z wybranymi partnerami w ramach projektów typu MGA, czyli Managing General Agent – mówi Bogdan Benczak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pzu-z-rekordowymi,p1350277312

Napięcia geopolityczne podbijają emocje na rynku ropy, ale nie zakłócają dostaw. Przewidywana w 2026 r. nadpodaż ma utrzymywać niskie notowania

W ostatnich tygodniach napięcia geopolityczne ponownie rozgrzały rynek ropy. Jak jednak podkreśla analityk rynku paliw E-petrol.pl, w doniesieniach dominuje czynnik psychologiczny, podczas gdy realnych konsekwencji w dostawach nie widać. Ten rok, zgodnie z przewidywaniami ekspertów, ma być nadpodażowy, co będzie wpływać na stosunkowo niskie notowania ropy naftowej.

Początek roku przyniósł wzrosty cen ropy: od początku stycznia do 29. dnia miesiąca zarówno teksańska ropa WTI, jak i europejska Brent podrożały o ponad 11 proc. Jednak historycznie rzecz ujmując, ceny surowca są wciąż niskie; w ciągu ostatnich 12 miesięcy potaniał on po 18–20 proc. Ryzyko lokalnych zwyżek rośnie szczególnie, gdy pojawiają się niepokoje w regionach kluczowych dla globalnych przepływów surowca. Chodzi przede wszystkim o Iran i groźbę ewentualnej interwencji USA w związku z brutalnym tłumieniem demonstracji przez reżim w Teheranie. Te napięcia nie doprowadziły do zakłóceń w dostawach, ale rynki uwzględniają ryzyko eskalacji, która mogłaby spowodować blokadę Cieśniny Ormuz i wpłynąć na globalne przepływy surowca. Kolejnym źródłem rynkowych emocji była w ostatnich tygodniach Wenezuela i spekulacje o możliwym nagłym napływie dużych wolumenów ropy. 

– Wenezuela ma gigantyczne zasoby, ale jednocześnie spore zapóźnienia w infrastrukturze. Trzeba więc zainwestować spore pieniądze, żeby się dało z wenezuelskiej ropy skorzystać – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw portalu E-petrol.pl.

Jak dodaje, mimo głośnych zapowiedzi rynek nie zobaczył jak dotąd istotnego wzrostu dostaw. W efekcie najważniejszym skutkiem zawirowań geopolitycznych pozostaje przede wszystkim nerwowość rynku.

– Jeżeli pojawiłaby się większa ilość surowca z Wenezueli, wtedy z całą pewnością miałoby to znaczenie dla takiego producenta jak Rosja, bo byłby to kolejny tani konkurent. Natomiast mówimy o perspektywie bardzo odległej w czasie, liczonej nawet w latach, bo kluczowa w przypadku ropy wenezuelskiej jest konieczność zainwestowania ogromnych środków przez producentów głównie amerykańskich, którzy są zainteresowani złożami wenezuelskimi – szacuje dr Jakub Bogucki.

W jego ocenie dla realnej podaży kluczowe są natomiast twarde czynniki – poziomy wydobycia i decyzje największych producentów.

– Prognozy analityków są dosyć zgodne. Rok 2026 to będzie czas zdecydowanie nadpodażowy na rynku ropy naftowej, rynku surowcowym. Są podzielone opinie, jak duża to będzie nadpodaż – mówi analityk. – Wiele będzie zależeć od tego, jaką politykę przyjmie OPEC+ i jak będzie wyglądać dalsza działalność administracji prezydenta Trumpa, jak będą się kończyć konflikty, które się toczą w różnych miejscach na globie. Z całą pewnością jednak podaż ropy na rynku będzie większa niż zapotrzebowanie na nią. To sugeruje, że będzie się ona utrzymywać na stosunkowo niskich poziomach cenowych, przynajmniej w stosunku do tego, co widzieliśmy w okresie, kiedy napięcia i ryzyko zablokowania dostaw były zdecydowanie mocniejsze.

W ocenie eksperta polityka producentów zrzeszonych w ramach OPEC+, czyli Arabii Saudyjskiej, Rosji, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kazachstanu, Kuwejtu, Iraku, Algierii i Omanu, może pozostawać ostrożna. Mimo że część państw chciałaby zwiększać produkcję, by podnieść wpływy do budżetu, to groźba nadpodaży i związane z tym spadki cen powstrzymują je od tej decyzji. 

– Wszystko na to wskazuje, że OPEC będzie trochę limitował swoją produkcję, jednak na pewno nie będzie odchodził od niej tak szybko, jak zakładano jeszcze w ubiegłym roku. To chyba będzie wyznacznik przynajmniej na pierwsze półrocze. Aczkolwiek OPEC co miesiąc weryfikuje swoją politykę, sprawdza i zmienia bądź utrzymuje swoją decyzję co do ograniczeń, jakie sobie narzucił – zwraca uwagę dr Jakub Bogucki.

Na styczniowym spotkaniu OPEC, które odbyło się tuż po uprowadzeniu prezydenta Wenezueli przez Amerykanów oraz zaostrzeniu się konfliktu w Jemenie między ZEA a Arabią Saudyjską, kartel nie zdecydował się na zmianę polityki. Osiem państw członkowskich przez większość ubiegłego roku zwiększało wydobycie o ustalone limity, jednak zgodziło się w listopadzie na wstrzymanie podwyżek wydobycia w styczniu, lutym i marcu. Kolejne spotkanie ośmiu krajów odbędzie się 1 lutego.

Zdaniem analityka polski rynek paliw – choć wpisany w globalny układ – nie reaguje z dnia na dzień na geopolityczne nagłówki. Ważniejsza dla kierowców jest sytuacja na rynku paliw gotowych, a przełożenie cen ropy na handel detaliczny ma „pewien okres bezwładności”.

– Dla polskiego rynku z całą pewnością najistotniejsze będzie to, że będzie to rok nadpodażowy, czyli ropę będzie można kupić stosunkowo tanio – podkreśla ekspert E-petrol.pl.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/napiecia-geopolityczne,p1066763245

Nasilają się ataki hybrydowe ze strony Białorusi z wykorzystaniem balonów przemytniczych. Parlament Europejski wzywa do ich zaprzestania

Od 9 grudnia 2025 roku na terenie całej Litwy obowiązuje stan nadzwyczajny. Jego wprowadzenie przez tamtejszy rząd jest pokłosiem zintensyfikowanych białoruskich ataków hybrydowych z wykorzystaniem balonów przemytniczych. Zdaniem europosła Mariusza Kamińskiego te akcje nie mają nic wspólnego z przemytem, jak utrzymuje reżim Alaksandra Łukaszenki. Działania Mińska paraliżują lotniska cywilne, ale przede wszystkim stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa. Zdecydowanie potępia je Parlament Europejski, który w swojej rezolucji wzywa Białoruś m.in. do zaprzestania ataków hybrydowych. W ostatnich dniach z takim rodzajem agresji miała do czynienia także Polska.

Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych 25 grudnia br. poinformowało, że w noc wigilijną obserwowano, jak w polską przestrzeń powietrzną wlatują obiekty z kierunku Białorusi. Najprawdopodobniej były to balony przemytnicze i cały czas obserwowały je systemy radarowe. Dla bezpieczeństwa czasowo wyłączona została więc z użytkowania dla ruchu cywilnego część przestrzeni powietrznej nad województwem podlaskim. Od początku roku Podlaski Oddział Straży Granicznej odnotował 135 zdarzeń związanych z przemytem papierosów przy użyciu balonów meteorologicznych. Szacunkowa wartość zabezpieczonych papierosów wynosi łącznie ponad 3,4 mln zł.

Litewski rząd na początku grudnia poinformował, że w 2025 roku odnotowano wtargnięcia 599 balonów przemytniczych i 197 dronów w przestrzeń powietrzną tego kraju.

– Wykorzystanie białoruskich balonów, które docierają w przestrzeń powietrzną Litwy, jest nowym elementem wojny hybrydowej. Chodzi o destabilizację sytuacji na Litwie, tym samym w naszym regionie, bo te balony mogą być używane również do tego, żeby destabilizować sytuację w innych państwach. Mówimy tu nie o kilku, kilkudziesięciu, ale o setkach balonów w ciągu tygodni, które naruszają przestrzeń powietrzną stosunkowo niedużego państwa, jakim jest Litwa – mówi agencji Newseria Mariusz Kamiński, poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości. – Lotniska w Wilnie i Kownie musiały być wielokrotnie zamykane z uwagi na realne zagrożenie dla bezpieczeństwa w ruchu lotniczym, tym samym dla bezpieczeństwa pasażerów.

9 grudnia br. poinformowano, że białoruskie ataki zakłóciły około 350 lotów na Litwie. Od października spowodowały zamknięcie lotnisk łącznie na prawie 60 godzin, a tym samym niedogodności dotknęły około 51 tys. pasażerów.

– To jest bardzo perfidna akcja reżimu Łukaszenki. Nowa jest jej forma, ale cel jest taki sam jak w przypadku nielegalnych migrantów, instrumentalnie kierowanych na teren Unii Europejskiej z Białorusi: zdestabilizować sytuację, wywołać chaos w państwach Unii Europejskiej – uważa Mariusz Kamiński.

W związku z nasilającymi się atakami hybrydowymi ze strony białoruskiej 9 grudnia br. litewskie władze podjęły decyzję o wprowadzeniu w całym kraju stanu nadzwyczajnego, a nie tylko w wybranych regionach. Była ona podyktowana tym, że balony przemytnicze mogą się poruszać na terenie więcej niż jednej jednostki administracyjnej, w zależności od wiatru. Zakłócenia występowały już nie tylko w Wilnie i Kownie, ale również w głębi kraju – w okolicach Szawli i Kiejdan.

Dzięki wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego litewskie instytucje państwowe mogą prowadzić bardziej skoordynowane działania. Policję i straż graniczną wspiera wojsko, które m.in. testuje możliwe metody neutralizacji celów i uczestniczy w nadzorze przestrzeni powietrznej. Ponadto policja, straż graniczna, służba celno-kryminalna i żandarmeria wojskowa co noc przeprowadzają kontrole na granicy, sprawdzając tysiące samochodów i osób, przechwytując balony i rekwirując przemycane towary. 

– Litwini zestrzeliwują balony, to właściwa reakcja. Natomiast trzeba ich wesprzeć technicznie, żeby mogli to robić bardzo skutecznie, żeby działania reżimu białoruskiego były nieopłacalne, wręcz śmieszne. W tej chwili niestety jeszcze tak nie jest, panuje sytuacja zagrożenia na Litwie, ale dzięki pomocy, jaką można udzielić w ramach Unii, w ramach NATO, można będzie szybko i skutecznie doprowadzić do zaprowadzenia porządku w tym zakresie – ocenia europoseł PiS.

18 grudnia br. Parlament Europejski zdecydowaną większością głosów przyjął rezolucję, w której potępił działania białoruskich władz. Mowa nie tylko o skoordynowanych, celowych i wrogich wtargnięciach bezzałogowych statków powietrznych, ale również m.in. o zatrzymaniu przez Białoruś unijnych przewoźników towarowych jako odpowiedź na zamknięcie granicy. Władze w Wilnie 2 grudnia br. podały, że białoruski reżim zatrzymał na swoim terytorium około tysiąca litewskich ciężarówek i nałożył na nie bezzwrotne opłaty. Zdaniem posłów do PE działania te są celowe, skoordynowane, wrogie, a także stanowią część szerszej strategii Rosji mającej na celu osłabienie Unii Europejskiej, jej państw członkowskich i NATO.

– Reżim białoruski stosuje różne metody, nie tylko stricte militarne, żeby naruszać integralność terytorialną i suwerenność państw członkowskich, więc teraz właśnie taką metodą jest masowe wysyłanie balonów naruszających przestrzeń powietrzną państwa litewskiego i Unii Europejskiej – podkreśla polityk. – Unia Europejska musi reagować na tego typu działania Białorusi. Parlament Europejski wzywa Komisję Europejską, Radę Europejską do podjęcia działań, do wsparcia finansowego Litwy, do rozbudowy infrastruktury broniącej przestrzeni powietrznej Litwy, tym samym Unii Europejskiej.

Europosłowie w rezolucji zaznaczyli, że bezzałogowe maszyny były rozmieszczane w sposób kontrolowany, a w jednym przypadku były nawet wyposażone w materiały wybuchowe.

– Musimy o tym głośno mówić, to nie może być problem niedostrzegalny dla opinii publicznej w Europie, gdyż za chwilę inne państwa mogą się stać ofiarą podobnych prowokacji ze strony białoruskiego reżimu – uważa Mariusz Kamiński. – Z punktu widzenia mieszkańców Paryża czy Madrytu to się dzieje daleko na obrzeżach, ale efekty mogą być niezwykle tragiczne i dotyczą całej Unii Europejskiej.

Parlament Europejski w rezolucji apeluje też o zacieśnienie współpracy na linii Unia Europejska–NATO, zarówno w zakresie bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej i wzmocnienia jej nadzoru, jak również przeciwdziałania zagrożeniom hybrydowym i zwiększenia zdolności do zwalczania bezzałogowych statków powietrznych. Popiera także takie unijne projekty jak Europejska Inicjatywa Dronowa czy Eastern Flank Watch.

– Unia Europejska zbyt wolno reaguje na zagrożenia hybrydowe, jakie płyną ze Wschodu, ale jest możliwa skuteczna reakcja. W sprawie migrantów niestety działania UE były bardzo spóźnione, niekonsekwentne. Teraz to się trochę zmienia w dobrą stronę. Coraz bardziej widać, że problem nielegalnej migracji  nie jest problemem humanitarnym, ale stricte politycznym, którego celem jest chaos i który jest elementem wojny hybrydowej. Mamy do czynienia z wojną hybrydową, a nie z żadnymi działaniami przemytniczymi, jak to sugeruje reżim białoruski – podkreśla poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości.

Europarlamentarzyści w rezolucji wezwali państwa członkowskie do nałożenia dodatkowych sankcji na białoruskich urzędników, podmioty państwowe i prywatne oraz osoby zaangażowane w produkcję i wykorzystanie bezzałogowych statków powietrznych oraz wszelkie inne działania hybrydowe. Przypomnieli jednocześnie, że Unia Europejska nie uznaje legitymizacji władzy Alaksandra Łukaszenki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nasilaja-sie-ataki,p1326044800

Pięciokrotnie więcej ataków na wojskowe sieci i systemy teleinformatyczne niż przed wybuchem wojny w Ukrainie. AI będzie mocniej wspierać cyberobronę

Polska – jako państwo przyfrontowe i główny hub logistyczny pomocy wojskowej dla Ukrainy – jest pod stałą presją działań hybrydowych prowadzonych ze strony Rosji i Białorusi. To oznacza m.in. wyraźne natężenie ataków na wojskowe sieci i systemy teleinformatyczne. Płk Piotr Turek z Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni wskazuje, że jest ich pięciokrotnie więcej niż przed wybuchem wojny za wschodnią granicą. W cyberatakach coraz częściej wykorzystuje się sztuczną inteligencję, która jednocześnie stanowi także narzędzie wsparcia dla polskich systemów cyberobrony.

Od czasu rozpoczęcia przez Rosję inwazji pełnoskalowej na Ukrainę Polska jest nie tylko hubem logistycznym, który łączy dzisiaj pomoc dla Ukrainy, ale również celem ataków cyberprzestępców. Nie jest tajemnicą, że duża część z tych ataków jest z kierunku rosyjskiego. Jeśli mielibyśmy porównać stan sprzed inwazji do obecnej sytuacji, mamy teraz mniej więcej pięciokrotnie więcej ataków [na wojskowe sieci i systemy teleinformatyczne w Polsce – red.] – mówi agencji Newseria płk Piotr Turek z Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni.

W 2018 roku ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa (KSC) ustanowiła trzy Zespoły Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego: CSIRT NASK (prowadzony przez Naukową i Akademicką Sieć Komputerową – Państwowy Instytut Badawczy), CSIRT GOV (zarządzany przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego) i CSIRT MON (prowadzony przez Ministerstwo Obrony Narodowej). Każdy z nich odpowiedzialny jest za koordynację incydentów zgłaszanych przez podlegające im podmioty. Według danych ze sprawozdania pełnomocnika rządu ds. cyberbezpieczeństwa za 2024 rok CSIRT NASK zarejestrował 103 449 incydentów (wzrost 29 proc. w porównaniu do 2023 roku), CSIRT GOV odnotował ich 3991 (mniej o 15 proc.), natomiast CSIRT MON – 4220 (spadek o 28 proc.). Samych zgłoszeń dotyczących możliwych naruszeń było jeszcze więcej – łącznie 627 339 (wzrost o 60 proc.). Odnotowano również 57 proc. więcej tzw. incydentów poważnych – tych, które mogą wpływać na ciągłość działania instytucji – oraz 58 proc. więcej incydentów w sektorze publicznym.

W lutym 2022 roku resort obrony powołał do życia Dowództwo Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni (DKWOC). To specjalistyczny komponent Sił Zbrojnych, którego zadaniem jest zapewnienie cyberbezpieczeństwa poprzez prowadzenie działań w obszarach m.in. obronnych, rozpoznania czy też aktywności ofensywnych. DKWOC powstało w odpowiedzi na postanowienia szczytu NATO z 2016 roku, zgodnie z którymi cyberprzestrzeń uznano za obszar działań militarnych, a jej obrona należy do podstawowych zadań kolektywnej obrony Sojuszu. Do kompetencji cyberwojska należy również zagwarantowanie prawidłowego funkcjonowania zespołu CSIRT MON.

 Rola Polski w ramach struktur NATO i wymiany informacji o zagrożeniach już teraz jest bardzo wysoko uplasowana. Polskie cyberwojsko jest bardzo dobrze oceniane nie tylko w strukturach natowskich, ale i u naszych partnerów na całym świecie. Robimy wszystko, żeby utrzymać ten pozytywny trend i staramy się być liderami w tym zakresie, współpracować z naszymi partnerami, żeby utrzymać tę pozycję i zapewnić bezpieczeństwo nie tylko naszym Siłom Zbrojnym, ale też działać globalnie. Cyberprzestrzeń nie ma granic fizycznych – mówi płk Piotr Turek.

Polska zajmuje ósme miejsce w globalnym rankingu cyberbezpieczeństwa NCSI (National Cyber Security Index) z wynikiem 92,50. Liderem są Czechy (98,33), drugie miejsce zajmuje Kanada (96,67), a podium uzupełnia Estonia (96,67). Z kolei w „MIT Technology Review” w Cyber Defense Index 2022/23 uplasowaliśmy się na szóstym miejscu.

W sprawozdaniu pełnomocnika rządu ds. cyberbezpieczeństwa zwrócono uwagę na to, że szybki rozwój technologii – takich jak sztuczna inteligencja, masowe wykorzystanie internetu rzeczy (IoT), blockchain i komputerów kwantowych – to jedno z najważniejszych zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa. Jednocześnie podkreślono, że technologie te mogą także umożliwić szybkie wykrywanie i reagowanie na zagrożenia. AI jest wskazywane jako jeden z filarów bezpieczeństwa cyfrowego w kolejnych latach.

 Sztuczna inteligencja już dzisiaj wspomaga cyberobronę w kontekście polskich Sił Zbrojnych, ale również całej krytycznej infrastruktury teleinformatycznej, za którą Dowództwo Komponentów Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni odpowiada. Używamy tych narzędzi do tego, żeby zautomatyzować procesy odpowiedzi na incydenty, analizować ruchy naszego przeciwnika w cyberprzestrzeni. Staramy się wykorzystać tę przewagę technologiczną w cyberprzestrzeni, aby efektywnie wspierać narzędziami AI obronę polskiej cyberprzestrzeni – podkreśla przedstawiciel DKWOC. – Nasi przeciwnicy również wykorzystują te narzędzia do automatyzacji, żeby zwielokrotnić i spróbować przełamać nasze zabezpieczenia. Gwałtowny rozwój tej technologii w ostatnich latach spowodował, że jest to dla nas czynnik, na który musimy być bardzo uważni.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pieciokrotnie-wiecej,p421946448

PERN planuje budowę nowych magazynów paliw. Zaplanowane na przyszły rok inwestycje sięgną 560 mln zł

Zwiększenie krajowych możliwości magazynowych paliw i bezpieczeństwa ich dostaw, modernizacja infrastruktury przesyłowej czy też współpraca międzynarodowa – to kluczowe elementy wzmacniania bezpieczeństwa energetycznego Polski w momencie, gdy sytuacja geopolityczna dynamicznie się zmienia. Logistyczno-paliwowa spółka PERN oddała właśnie do użytku trzy zbiorniki do magazynowania paliw płynnych w Dębogórzu na Pomorzu i planuje budowę kolejnych, w innych lokalizacjach. Zaplanowane na przyszły rok inwestycje sięgną 560 mln zł.

W Dębogórzu oddaliśmy trzy nowe zbiorniki na olej napędowy, każdy po 50 tys. m3. Inwestycja jest odpowiedzią na zapotrzebowanie na magazynowanie zapasów obowiązkowych paliw w Polsce – mówi agencji Newseria Daniel Świętochowski, prezes zarządu PERN.

Jak podaje Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych, zapasy ropy naftowej i produktów naftowych są tworzone z myślą o zaopatrzeniu w nie państwa w razie zakłóceń w ich dostawach na rynek krajowy, a także wypełnianiu zobowiązań międzynarodowych. Zapasy interwencyjne składają się z zapasów obowiązkowych, które są tworzone i utrzymywane przez producentów i handlowców, a także zapasów agencyjnych, za które odpowiada RARS. Zgodnie z obowiązującą ustawą producenci i handlowcy tworzą i utrzymują obowiązkowo zapasy w wielkości odpowiadająca iloczynowi 50 dni i średniej dziennej produkcji paliw lub przywozu ropy naftowej lub paliw zrealizowanych przez producenta lub handlowca w poprzednim roku kalendarzowym.

Inwestycja w trzy nowe zbiorniki rozbudowała możliwości magazynowe bazy w Dębogórzu o 41 proc. Teraz jej całkowita pojemność przekroczyła 500 tys. m3, co czyni ją największym tego typu obiektem w Polsce. W skali całego PERN to wzrost pojemności magazynowej paliw o 5,66 proc. W sumie spółka dysponuje obecnie 889 zbiornikami w obszarze paliw.

PERN planuje wybudować kolejne trzy zbiorniki w dwóch bazach. Dwa zbiorniki w Koluszkach koło Łodzi, jeden zbiornik w Kawicach na Dolnym Śląsku. To jest kolejny etap naszych inwestycji, również przewidziany na zapasy obowiązkowe – podkreśla Daniel Świętochowski.

W Koluszkach mają powstać dwa zbiorniki do magazynowania paliw – jeden o pojemności 33 tys. m3 dla produktów III klasy, natomiast drugi o pojemności 24 tys. m3 dla produktów I klasy. W Kawicach powstanie natomiast zbiornik o pojemności 33 tys. m3 na potrzeby magazynowania produktów III klasy.

Nowe zbiorniki mają zostać oddane do użytku do końca 2027 roku.

– Jesteśmy w trakcie projektowania kolejnych siedmiu zbiorników o łącznej pojemności 250 tys. m3. Decyzje o ich budowie będą podejmowane w przyszłości – mówi prezes PERN.

Jak podkreśla resort energii, nowe zbiorniki zwiększą elastyczność obrotu paliwami i pozwolą na bezpieczne przechowywanie zapasów interwencyjnych dla gospodarki.

PERN rozbudowuje nie tylko możliwości magazynowe, ale również logistyczne. Latem tego roku istniejącą nalewnię kolejową w Bazie Paliw nr 21 w Dębogórzu rozbudowano o dwa dodatkowe stanowiska, dzięki czemu spółka dysponuje obecnie ośmioma stanowiskami nalewu cystern kolejowych. Przepustowość bazy tym samym zwiększyła się o dodatkowe 4 tys. m3 na dobę.

– Rozbudowa w bazie paliw w Dębogórzu może pozytywnie wpłynąć na koszty obsługi i przeładunków, ponieważ docelowo planujemy umożliwić rozładunek tankowców o wolumenach dwu–trzykrotnie większych niż obecnie, więc koszt jednostkowy przyjęcia paliwa i jego wydania będzie zdecydowanie niższy – podkreśla Daniel Świętochowski. – Jedna z ważnych inwestycji, która również dotyczy rynku energetycznego i paliw, przede wszystkim ropy, to jest nowe stanowisko do rozładunku tankowców w Naftoporcie, którego PERN jest większościowym udziałowcem.

W ubiegłym roku PERN zrealizował inwestycje o wartości 318 mln zł, a w tym roku będzie to prawie 400 mln zł. Z kolei planowane nakłady inwestycyjne na 2026 rok sięgają 560 mln zł. Równolegle spółka modernizuje swoją infrastrukturę, przeznaczając w przyszłym roku 124 mln zł na remonty.

Spółka kontynuuje prace w ramach wartego 140 mln zł programu „Przejść HDD”, który polega na przebudowie odcinków rurociągów pod rzekami, co ma zwiększyć bezpieczeństwo i efektywność systemu przesyłu ropy naftowej i paliw, a także przełożyć się na oszczędności związane z jego utrzymaniem i naprawami. Do tej pory zmodernizowano już odcinki m.in. pod Kanałem Żerańskim czy też Notecią.

3 października br. PERN oraz Zakład Inwestycji Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (ZIOTP) zawarły wstępne porozumienie o współpracy dotyczące realizacji programu rozbudowy polskiej infrastruktury paliwowej, którego celem jest przyłączenie jej do systemu rurociągów NATO. Zakłada on również budowę magazynów paliw na potrzeby sił zbrojnych Sojuszu. To istotny projekt o charakterze dual use – cywilnym i wojskowym – o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa energetycznego i obronnego kraju.

– PERN widzi swoją rolę w systemie bezpieczeństwa energetycznego kraju jako podmiot, który zabezpiecza logistykę paliwową w sytuacji ewentualnych zagrożeń i zakłóceń na rynku paliwowym. Nie mówimy już tylko o kwestii komercyjnej, ale rozmawiamy również o kwestii ewentualnych zakłóceń i sytuacji, których nie można byłoby przewidzieć w normalnej sytuacji geopolitycznej – podkreśla Daniel Świętochowski. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pern-planuje-budowe,p1712834957

Brak inwestycji i przeregulowanie sektora telekomunikacyjnego grożą utratą konkurencyjności. Polska może pozostać w tyle za cyfrowymi liderami

Dalsze spowolnienie inwestycji w sektorze telekomunikacyjnym i nadmierne regulacje obciążające operatorów mogą zahamować produktywność i rozwój gospodarczy Polski – wynika z raportu UKSW autorstwa prof. Konrada Raczkowskiego „Rynek telekomunikacyjny w Polsce. Trendy i perspektywy rozwoju”. Bez strategicznych decyzji w tym obszarze Polska może pozostać w tyle za cyfrowymi liderami.

– Rynek telekomunikacyjny w Polsce musi być traktowany jako kluczowy element polskiej gospodarki, a to znaczy, że bez tego nie mamy rozwoju, produktywności takiej, jaką chcemy mieć, nie osiągniemy współczynników wzrostu gospodarczego, o jakich mówimy, bez postawienia na rynek telekomunikacyjny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria prof. Konrad Raczkowski, ekonomista, dyrektor Centrum Gospodarki Światowej i Instytutu Ekonomii i Finansów UKSW.

Raport wskazuje, że telekomunikacja to fundament gospodarki cyfrowej i kluczowa infrastruktura dla rozwoju usług publicznych, sektora prywatnego i społeczeństwa informacyjnego. Bez stabilnego finansowania nie będzie możliwy rozwój sztucznej inteligencji, internetu rzeczy czy usług konwergentnych.

– Jeżeli nie pozwolimy rynkowi telekomunikacyjnemu się rozwijać, to rozwój sztucznej inteligencji nie będzie taki, jaki chcemy. Także rozwój całych obszarów wokół AI będzie niemożliwy albo będzie się poruszał w trendzie bocznym w stosunku do innych państw – przekonuje prof. Raczkowski.

Według raportu telekomunikacja jest nie tylko sektorem infrastrukturalnym, ale też warunkiem rozwoju nowych modeli biznesowych opartych na danych, automatyzacji i usługach cyfrowych. Bez odpowiedniego zaplecza inwestycyjnego Polska nie wykorzysta w pełni potencjału internetu rzeczy (IoT), edge computingu czy łączności krytycznej dla przemysłu i administracji. Bez telekomunikacji transformacja będzie spowolniona.

Polska może utknąć w trendzie bocznym wobec innych państw, jeśli nie zwiększy skali inwestycji w tym sektorze. Obecnie – jak wynika z raportu – udział inwestycji w PKB w Polsce jest jednym z najniższych w UE i wynosi 16,9 proc., wobec ponad 22 proc. w UE.

– W Polsce rynek telekomunikacyjny jest dość przeregulowany i dość mocno obciążony, te obciążenia nie patrzą na rozwój gospodarki, tylko patrzą na zaspokojenie potrzeb finansowych i po części fiskalnych państwa. Musimy zmienić optykę. Jeżeli agregat naszych inwestycji w PKB to jest 16,9 proc., najniżej od blisko trzech dekad, to podnoszenie tego agregatu trzeba zacząć od regulatora, od państwa – ocenia autor raportu.

W Polsce aż 99,4 proc. operatorów telekomunikacyjnych to małe i średnie przedsiębiorstwa. Taka struktura utrudnia konsolidację i ogranicza zdolność do finansowania dużych projektów infrastrukturalnych. Umiarkowana konsolidacja mogłaby doprowadzić do wzrostu inwestycji, poprawy jakości usług oraz rozwoju infrastruktury krytycznej. W 2024 roku, według danych UKE, nakłady inwestycyjne na rynku telekomunikacyjnym  spadły do 9,5 mld zł, to o 14,3 proc. mniej niż rok wcześniej.

Raport przypomina, że brak jednolitego rynku telekomunikacyjnego w Unii Europejskiej osłabia jej pozycję wobec USA i Chin, które działają na skalowalnych rynkach. Dlatego konieczna jest zmiana logiki regulacyjnej – z nacisku na maksymalną konkurencję lokalną na podejście, które premiuje efektywność inwestycyjną i innowacyjną.

– W przypadku kiedy rynek telekomunikacyjny musi płacić ogromne środki, żeby mieć dostęp do częstotliwości, to w naturalny sposób nie przeznaczy tych pieniędzy na inwestycje. To trzeba w pewnym stopniu przekonwertować. Państwo powinno powiedzieć: drogi operatorze, jeżeli chcesz być na tym rynku, to tę kwotę masz przeznaczyć na inwestycje w określonym czasie – zaznacza ekspert.

W 2024 roku czterej główni operatorzy – Orange, Play, Plus i T-Mobile – otrzymali po jednym bloku 100 MHz w paśmie 3400–3800 MHz, z zobowiązaniem do uruchomienia lub modernizacji 3,8 tys. stacji bazowych w ciągu 48 miesięcy. To inwestycje konieczne dla rozwoju sieci 5G, jednak ich tempo może być spowolnione przez wysokie opłaty koncesyjne. W wielu krajach, m.in. w USA, Australii czy Wielkiej Brytanii, część środków z licencji jest przeznaczana na konkretne inwestycje infrastrukturalne. Podobny mechanizm rekomendowany jest też dla Polski.

– Bez całościowej infrastruktury sztuczna inteligencja może wspomagać całość, ale nie zastąpi nam rynku telekomunikacyjnego. AI będzie wtórnym uzupełnieniem telekomunikacji, a nie odwrotnie. Cyberbezpieczeństwo musi być osią priorytetów w Polsce. Jeżeli stawiamy na obronność i wiemy, że musimy wydać, tak jak kupujemy polisę zdrowotną czy na życie, tak samo musimy wydać środki na cyberbezpieczeństwo, zarówno dla instytucji państwowych, jak i komercyjnych – podkreśla prof. Konrad Raczkowski.

Telekomunikacja, obok energetyki, należy do infrastruktury krytycznej. Przerwy w dostępie do sieci mogłyby sparaliżować administrację publiczną, usługi ratownicze i łańcuchy dostaw, a także wpłynąć na stabilność systemu finansowego. Bez inwestycji w technologie zabezpieczeń nawet najbardziej innowacyjne rozwiązania mogą się okazać podatne na ataki.

– Telekomy i cyberbezpieczeństwo są dzisiaj nie tylko kluczowe, ale obok energetyki one są dwoma elementami, bez których nie ma żadnego funkcjonowania. Wyobraźmy sobie, że nie mamy prądu, ktoś ma magazyny energii, ma agregaty, ale to starczy na góra parę dni. I co dalej? Nie mamy sieci, a mamy prąd, też nagle tracimy komunikację, nagle tracimy dostęp do pewnych rzeczy, bo de facto internet nam cały przestaje działać – zaznacza dyrektor Centrum Gospodarki Światowej i Instytutu Ekonomii i Finansów UKSW.

W warunkach geopolitycznych zagrożeń, w tym wojny w Ukrainie, odporność systemów telekomunikacyjnych nabiera strategicznego znaczenia. Utrata dostępu do sieci czy energii mogłaby sparaliżować zarówno instytucje publiczne, jak i sektor prywatny. Część państw regionu, jak Czechy czy Litwa, już dziś stosuje bardziej elastyczne podejście regulacyjne, traktując rozwój sieci i inwestycje w cyberbezpieczeństwo jako element obrony narodowej.

– Sąsiedzi pokazują, że ich instytucje regulacyjne, zarówno od stanowienia prawa, jak i jego egzekwowania, czyli w tym wypadku np. UOKiK i inne instytucje, mogą być bardziej liberalne, mogą patrzeć na to, że rozwój jest potrzebny, że inwestując w danym państwie i rozwijając się, tak naprawdę często rywalizujemy nie z państwami Unii Europejskiej, tylko rywalizujemy z zupełnie inną częścią świata, i na to powinniśmy zwrócić uwagę – podkreśla prof. Konrad Raczkowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/brak-inwestycji-i,p615327129

PZU Zdrowie chce mieć 140 placówek własnych do końca 2026 roku. Firma zapowiada przejęcia innych podmiotów medycznych

Grupa PZU konsekwentnie wzmacnia segment zdrowotny, który w I półroczu br. zwiększył przychody o 14 proc., a jego wkład w wynik EBITDA całej grupy przekroczył 100 mln zł. PZU Zdrowie rozwija sieć placówek własnych, do końca przyszłego roku ma ich być ok. 140. Dzięki temu rośnie udział wizyt pacjentów odbywanych właśnie w placówkach własnych, a nie sieci partnerskiej – dziś sięga on 46 proc. Spółka inwestuje także w nowe produkty, takie jak pakiet medycyny pracy w wersji VIP. Wyniki PZU Zdrowie wpisują się w bardzo dobre rezultaty całej Grupy PZU, która w I półroczu odnotowała 15,2 mld zł przychodów i 3,2 mld zł zysku netto.

 Najważniejszą inicjatywą strategiczną, nad którą pracujemy, jest rozwój sieci placówek medycznych. Mamy ich w tej chwili 126, planujemy, żeby do końca przyszłego roku było ich około 140. Będziemy to robili, zarówno otwierając placówki w nowych lokalizacjach, w których dzisiaj PZU Zdrowie nie ma swoich oddziałów, jak i modernizując istniejące placówki, rozszerzając je o kolejne specjalizacje. Ale też chcemy wrócić do procesu, który PZU zarzuciło kilka lat temu, a mianowicie do kupowania istniejących, działających podmiotów medycznych, które spełniają nasze kryteria – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Jan Zimowicz, prezes PZU Zdrowie.

46 proc. wizyt pacjentów w ramach ubezpieczeń i abonamentów odbywa się w placówkach własnych PZU Zdrowie. W pierwszym półroczu otwarto m.in. nowe centrum medyczne PZU Zdrowie w Poznaniu i nową pracownię rezonansu magnetycznego w podwarszawskiej Zielonce. Dodatkowo PZU Zdrowie współpracuje z około 2400 placówkami partnerskimi w ponad 600 miastach w Polsce. Liczba umów zdrowotnych w Grupie PZU na koniec czerwca 2025 roku sięgnęła blisko 3,8 mln (wzrost o blisko 8 proc. r/r). 

Jak podaje PMR, w 2024 roku 56 proc. dorosłych Polaków skorzystało z prywatnej opieki zdrowotnej. Rynek ten ma w kolejnych latach rosnąć w tempie 7–8 proc. rocznie. PZU, jako największa instytucja finansowa w Europie Środkowo-Wschodniej, chce wykorzystać tę dynamikę i umocnić swoją pozycję w branży zdrowotnej, również poprzez nowe rozwiązania produktowe. 

– Przygotowaliśmy nową ofertę medycyny pracy w wersji VIP, w której klient mający wykupione u nas badania medycyny pracy może w naszej flagowej placówce w biurowcu Varso w Warszawie jednego dnia w ciągu kilku godzin wykonać w komfortowych i dyskretnych warunkach komplet badań diagnostycznych – wskazuje Jan Zimowicz.

Klienci coraz chętniej sięgają po rozwiązania online. Wskaźnik wizyt umawianych przez aplikację mojePZU wzrósł do prawie 43 proc. Serwis jest wykorzystywany przez blisko 5 mln użytkowników, z ponad 110 tys. odwiedzin dziennie, co daje ponad 35 mln wizyt i 14 mln operacji rocznie. W części medycznej serwisu pacjenci mogą zrobić za jego pośrednictwem praktycznie wszystko: od wstępnego wywiadu przez umawianie wizyt i telekonsultacje aż po odbiór e-recept i skierowań.

 Zbliżamy się do poziomu 50 proc. wizyt umawianych za pośrednictwem kanałów cyfrowych, czyli aplikacji mobilnej. Pracujemy nad tym, żeby tę aplikację przebudować, udostępnić tam zarówno lepszy interfejs dla pacjentów, jak również przełomowe i wyróżniające się na rynku funkcjonalności, o których dzisiaj jeszcze nie mogę powiedzieć, a których jeszcze żaden z naszych konkurentów nie przygotował – zapowiada prezes PZU Zdrowie.

Rozwój infrastruktury medycznej to element szerszej strategii, w której filar zdrowia Grupy PZU ma być jednym z głównych motorów wzrostu. W I połowie 2025 roku segment ten odnotował ponad 1 mld zł przychodów, co oznacza wzrost o 14,2 proc. rok do roku. Złożył się na to wzrost przychodów generowanych przez placówki sieci PZU Zdrowie (o prawie 12 proc. r/r) oraz wzrost przychodów z ubezpieczeń zdrowotnych i abonamentów (o 16 proc. r/r).

 Jesteśmy bardzo zadowoleni, że przy wzroście przychodów o 14 proc. rok do roku utrzymujemy koszty praktycznie na niezmienionym poziomie. To powoduje, że rentowność naszej działalności w ciągu roku poprawiła się ponad 2,5-krotnie i w tej chwili operujemy już na marży około 11 proc., czyli na podobnej, na jakiej działają nasi główni konkurenci. Nasz wkład w wynik grupy kapitałowej już jest dzisiaj istotny i przekracza 100 mln zł, jeśli chodzi o wynik EBITDA – mówi Jan Zimowicz.

Strategia Grupy PZU zakłada osiągnięcie w 2027 roku ponad 3 mld zł przychodów w obszarze zdrowia i podwojenie rentowności, jednak zarząd sugeruje, że przy sprzyjających warunkach i przejęciach możliwy jest wzrost nawet do 5 mld zł.

– Ten rok prawdopodobnie zakończymy mniej więcej na poziomie 2,1–2,2 mld zł, więc musimy ten wzrost przyspieszyć – podkreśla prezes PZU Zdrowie.

Wyniki w segmencie zdrowotnym wpisują się w bardzo dobre rezultaty całej Grupy PZU. W I półroczu 2025 roku przychody brutto z ubezpieczeń na wszystkich rynkach wyniosły 15,2 mld zł, co oznacza wzrost o 6,5 proc. r/r. Dynamiczne wzrosty widać w ubezpieczeniach majątkowych i osobowych, które przyniosły 9,3 mld zł przychodów (+8,3 proc. r/r), a wynik operacyjny zwiększył się o ponad 50 proc. do 1,4 mld zł. Przychody z ubezpieczeń komunikacyjnych wzrosły w I połowie br. o 5,7 proc. r/r, do ponad 5 mld zł, natomiast wynik z usług ubezpieczenia w tej grupie wzrósł o blisko 300 proc. r/r, do 368 mln zł – przede wszystkim dzięki dodatniemu wynikowi wypracowanemu w segmencie OC komunikacyjnego. Również segment ubezpieczeń na życie zwiększył przychody do 4,4 mld zł (+3,2 proc. r/r).

Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej w I półroczu wyniósł 3,23 mld zł, co oznacza wzrost o 32,1 proc. w porównaniu z tym samym okresem roku poprzedniego. Biznes ubezpieczeniowy „dołożył” do wyniku ponad 2,2 mld zł – o ponad połowę więcej niż w tym samym okresie ub.r. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pzu-zdrowie-chce-miec-140,p1224044459

Grupa nowych biednych emerytów stale się powiększa. Ich świadczenie jest znacznie poniżej minimalnej emerytury

Przybywa osób, które z powodu zbyt krótkiego czasu opłacania składek pobierają emeryturę niższą od minimalnej. Tak zwanych nowych biednych emerytów jest w Polsce ok. 430 tys., a zdecydowaną większość grupy stanowią kobiety – wskazują badania ekspertów Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. W ich przypadku krótszy okres składkowy zwykle wynika z konieczności opieki nad dziećmi lub innymi osobami w rodzinie. Wśród innych powodów, wymienianych zarówno przez panie, jak i panów, są także praca za granicą lub na czarno oraz zły stan zdrowia.

Obowiązujący od końca lat 90. system emerytalny przewiduje ścisły związek między wysokością świadczenia a kwotą wpłacanych składek i wiekiem przechodzenia na emeryturę. Nowi biedni emeryci (NBE) to osoby, które osiągnęły ustawowy wiek emerytalny, ale mają niski kapitał emerytalny i opłacały składki ZUS krócej niż 20 lat (kobiety) lub 25 lat (mężczyźni).

Nowi biedni emeryci to osoby, które uzyskują emeryturę niższą od minimalnej, która obecnie jest na poziomie nieco ponad 1,8 tys. zł. Przyglądając się statystykom, widzimy, że są to przede wszystkim kobiety, które opiekowały się dziećmi, ta opieka trwała ponad pięć lat i ograniczała wykonywanie pracy. Kobiety stanowią prawie 80 proc. wszystkich nowych biednych emerytów – mówi agencji Newseria dr hab. Justyna Wiktorowicz, prof. UŁ, współautorka raportu.

Jak wskazuje raport IPSS, przygotowany z dofinansowaniem w ramach ministerialnego programu „Nauka dla Społeczeństwa”, wśród niskich świadczeń zdecydowaną większość stanowią emerytury w wysokości 700–1200 zł brutto. Z danych przedstawionych podczas V Kongresu Statystyki Polskiej wynika, że w grudniu 2024 roku wypłacono ponad 433 tys. emerytur nowosystemowych w wysokości niższej niż minimalna emerytura. To o ponad  9 proc. więcej niż w grudniu 2023 roku. Do grupy NBE należy co 10. emeryt pobierający emeryturę nowosystemową. W ciągu ostatnich 10 lat liczba takich świadczeń wypłacanych w wysokości niższej niż najniższa emerytura wzrosła piętnastokrotnie. Choć większość stanowią kobiety, to udział mężczyzn szybko wzrasta.

– Stanowią oni mniej więcej 20 proc. ogółu zbiorowości już od 2020 roku. W ich przypadku powodem tego, że są w tej grupie, jest przede wszystkim słaby stan zdrowia, a także niechęć do podejmowania pracy bądź też to, że pracowali za granicą, pracowali na czarno bądź też są już zniechęceni bezskutecznością poszukiwania pracy – wymienia ekspertka Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych.

Mężczyźni, choć są rzadziej dotknięci tym problemem, to jeśli już się znajdą w populacji NBE, pobierają niższe świadczenia w porównaniu z emerytkami. Dzieje się tak pomimo o pięć lat wyższego wieku emerytalnego. Autorzy raportu wskazują, że mężczyźni częściej mogą doświadczać długotrwałych, silnych przeszkód, takich jak zły stan zdrowia i niepełnosprawność czy niski poziom kwalifikacji, które uniemożliwiają im wypracowanie świadczenia.

Autorzy raportu, analizując statystyki ZUS, doszli do wniosku, że brak jest widocznej gotowości do wydłużania okresu opłacania składek ubezpieczeniowych w celu podwyższenia wysokości świadczenia. Większość NBE przechodzi na emeryturę zaraz po uzyskaniu uprawnień, co wskazuje albo na brak potrzeb finansowych (a zatem posiadanie przez większość osób z tej grupy dostępu do innych źródeł dochodu, np. świadczenie małżonka), albo na tyle silne natężenie trwałych przeszkód w wykonywaniu odpłatnej pracy (choroby, niepełnosprawność, obowiązki rodzinne), że nawet w przypadku niezaspokojonych potrzeb finansowych osoby te czują się zmuszone do rezygnacji z aktywności zawodowej.

Patrząc na to, jak wygląda sytuacja w ostatnich latach, kiedy z roku na rok ta grupa jest coraz większa, należy się spodziewać, że nowych biednych emerytów będzie przybywać również w kolejnych latach – prognozuje prof. Justyna Wiktorowicz.

Jak podkreśla, znaczącą rolę w przynależności do grupy NBE odgrywa forma zatrudnienia, a konkretnie to, czy opłacane były składki na ubezpieczenie zdrowotne od wynagrodzenia.

Badanie wskazuje, że mniej więcej co trzecia osoba na emeryturze bądź tuż przed nią przyznała, że przynajmniej raz wykonywała pracę bez formalnej umowy, charakteryzującą się brakiem opłacania składek na rzecz ZUS (dotyczy to 35 proc. NBE i 31 proc. PNBE, czyli potencjalnych nowych biednym emerytów). Dla mniej niż co 10. z respondentów dominującą formą zatrudnienia były umowy cywilnoprawne (11 proc. NBE i 6 proc. PNBE) oraz zajęcie bez umowy i braku odprowadzanych składek na ubezpieczenie zdrowotne i emerytalno-rentowe (10 proc. NBE wobec 8 proc. PNBE). W przypadku osób, które wskazały jako dominujące zatrudnienie na umowach cywilnoprawnych, przydatne jest ustalenie, czy płacone były od nich składki na ubezpieczenie emerytalne. Ponad połowa respondentów zatrudnionych w ten sposób (51 proc.) doświadczyła nieodprowadzania składek na ubezpieczenie emerytalne, a spora grupa nie jest tego pewna (9 proc. NBE wobec 15 proc. PNBE).

– Mniej więcej co 10. osoba należąca do tej grupy pracowała też za granicą. W większości była to praca, która trwała dłużej niż rok i w większości przypadków nieodprowadzane były od tej pracy składki na ubezpieczenie zdrowotne. Te osoby po powrocie do Polski zasilają właśnie kategorię nowych biednych emerytów – mówi ekspertka IPSS. – W przypadku nowych biednych emerytów oczywiście jest za późno na jakieś rekomendacje. To, co można radzić [przyszłym emerytom – red]. w takiej sytuacji, to to, żeby unikać już umów, które nie wiążą się z oskładkowaniem, ale też unikać różnych zwolnień, które prowadzą do tego, że kapitał emerytalny po prostu jest niski.

Jak wskazują autorzy raportu, osoby pobierające emerytury niższe niż minimalna będą stanowić znaczące obciążenie systemu pomocy społecznej, tym bardziej że dla 80 proc. z nich emerytura będzie stanowić główne źródło utrzymania. Dlatego też wypracowanie rozwiązań ograniczających skalę tego problemu jest ważnym zadaniem i istotnym wyzwaniem przed odpowiednimi do tego celu instytucjami.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/grupa-nowych-biednych,p704185391

Koniec polskiej prezydencji w Radzie UE. Doprowadziła do przełomowego wzrostu wydatków na obronność

Wraz z czerwcem kończy się druga polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej. W ciągu sześciu miesięcy instytucja ta pod przewodnictwem Polski podejmowała działania na rzecz bezpieczeństwa, w wielu wymiarach: zewnętrznym, wewnętrznym, informacyjnym, ekonomicznym, energetycznym, żywnościowym i zdrowotnym. Przede wszystkim doprowadziła do przełomowego wzrostu wydatków UE na obronność. Od 1 lipca pałeczkę przejmują Duńczycy, którzy zwrócą uwagę m.in. na obronę Bałtyku.

 Polska prezydencja oceniana jest bardzo dobrze. To była bardzo aktywna prezydencja, chyba najaktywniejsza w ciągu ostatnich sześciu lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Halicki, poseł do Parlamentu Europejskiego z Platformy Obywatelskiej. – Zaczęliśmy ją pod hasłem „Bezpieczeństwo, Europo!”, niebagatelna sprawa, bo to nie tylko kwestia fizycznego bezpieczeństwa i wojny, którą mamy tuż obok nas, ale także bezpieczeństwa energetycznego, gospodarczego, socjalnego, ale także kwestie migracji, bezpieczeństwa żywnościowego, co istotne dla rolnictwa. I w każdym z tych obszarów mamy bardzo wymierne efekty.

Przede wszystkim Rada pod przewodnictwem Polski przyjęła rozporządzenie ustanawiające instrument działań w dziedzinie bezpieczeństwa dla Europy (SAFE). Jest to nowy unijny instrument finansowy, który wesprze pożyczkami te państwa członkowskie, które chcą inwestować w produkcję przemysłową na rzecz obronności poprzez wspólne zamówienia. Na ten cel przeznaczone zostanie 150 mld euro. Ponadto SAFE pozwoli UE na dalsze wspieranie Ukrainy poprzez włączenie jej przemysłu obronnego do tego instrumentu.

 Bez niego niemożliwe jest właściwie wzmocnienie bezpieczeństwa na naszym kontynencie. Na początku wydawało się to niemożliwe, żeby w ciągu sześciu miesięcy zamknąć tak szybko ten temat i przejść do realizacji, a my mamy już dzisiaj zamówienia, które Komisja będzie analizowała, i będziemy uruchamiać te środki także w kierunku polskiego przemysłu zbrojeniowego. W maju mieliśmy tutaj dużą delegację Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Mamy ponad 20 pozycji, które są potencjalnie na liście do wsparcia tymi środkami. Ponad 100 mld zł może trafić do Polski – wskazuje Andrzej Halicki. – Bezpieczeństwo to także bezpieczeństwo granicy, naszej wspólnej europejskiej, ale i wschodniej granicy polskiej. Pierwsze 52 mln zł już zostały przelane na konto polskiego rządu na wzmocnienie infrastruktury. Ale to także kwestia wpisania w strategiczne i wspierane budżetem europejskim obiekty – myślę o Tarczy Wschód i całej linii bałtyckiej. To duży sukces polskiej prezydencji, bo dotychczas tego rodzaju infrastruktura nie była wspierana środkami europejskimi. To po raz pierwszy zostało zapewnione i co więcej, wpisane nie tylko w dokumenty, ale jest już mowa o realizacji, negocjujemy budżet na kolejne lata i najbliższy rok 2026.

Kolejnym priorytetem była konkurencyjność europejskich firm i przemysłu, czemu ma służyć prowadzona deregulacja. W czasie „polskiego” półrocza 2025 roku powstało pięć pakietów uproszczeniowych Omnibus, które oznaczają m.in. mniej raportów i sprawozdań, ułatwienia w finansowaniu inwestycji, uproszczenia w rolnictwie, obronności oraz dla małych i średnich firm. 

W tym czasie Komisja Europejska ogłosiła również mapę drogową odejścia od rosyjskich paliw kopalnianych RePowerEU. To plan, który ma dać Europie niezależność energetyczną i pozwoli na obniżenie cen energii.

 Bardzo ważnym sukcesem polskiej prezydencji, to też odbyło się w trakcie negocjacji, chociaż zapoczątkowane przed 1 stycznia głosowaniem wniesionym przez polską delegację, była kwestia przejścia do stanu sprzed wojny, jeżeli chodzi o handel produktami rolnymi z Ukrainą – przypomina europoseł PO. – Mieliśmy duży problem po liberalizacji i otwarciu granic, to doskonale wiemy, nikt nie dawał nam szansy, jeszcze nawet w marcu, że 5 czerwca wrócimy do sytuacji sprzed wojny. Dziś jest to faktem i znów nikt tego nie kontestuje.

Polska prezydencja wypracowała też kompromis w sprawie pakietu farmaceutycznego. Ma on zwiększyć dostępność tańszych leków (zamienników) dla pacjentów, a europejskim firmom pozwolić się rozwijać i lepiej konkurować na światowych rynkach. 

– Ważnym elementem jest na pewno kwestia samochodów spalinowych. Nie będzie karania producentów samochodów i zakazu rejestrowania nowych samochodów spalinowych w 2035 roku – wskazuje Andrzej Halicki. – Ale najistotniejsza z punktu widzenia gospodarczego i myślę, że to jest też nasz cichy sukces negocjacyjny, choć dokumenty będą finalizowane podczas duńskiej prezydencji, to jest rewizja CBAM-u i kosztów związanych z firmami, które miały preferencyjne warunki w stosunku do europejskich firm z uwagi na brak opłat związanych z CO2, a także rewizja ETS-u, w tym konieczność odłożenia w czasie decyzji o wprowadzeniu ETS2, który mógłby dotykać gospodarstw domowych.

Po Polsce prezydencja w Radzie UE przechodzi w ręce Duńczyków. Duńska prezydencja startuje pod hasłem „Silna Europa w zmieniającym się świecie”. Jej priorytetami są wzmocnienie zdolności obronnych UE oraz zwiększenie odporności wobec zagrożeń hybrydowych i dezinformacji. Do 2030 roku Unia – jak podkreśla Dania – powinna być zdolna do obrony własnych granic i interesów. Prezydencja planuje przyspieszyć działania na rzecz rozwoju europejskiego przemysłu obronnego, pogłębić współpracę z NATO i zapewnić lepszą koordynację z krajami trzecimi. Absolutnym priorytetem pozostaje także wsparcie dla Ukrainy.

Duńska prezydencja na pewno ma do domknięcia kilka rzeczy rozpoczętych w tej chwili, więc będziemy mieli decyzje prawne związane z rewizja ETS-u, będziemy mieli pewnie także nowe inicjatywy duńskie, jedna z nich dotyczyć będzie bezpieczeństwa na Bałtyku – wymienia europoseł.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/koniec-polskiej,p517907934

UE dąży do większej samodzielności w dostępie do surowców krytycznych. Częściowo pozyska je z recyklingu baterii

Zgodnie z aktem o surowcach krytycznych władze unijne dążą do zwiększenia niezależności w zakresie ich dostaw od Chin i innych krajów  trzecich. Do 2030 roku ze źródeł zewnętrznych ma pochodzić nie więcej niż 65 proc. rocznego zużycia każdego z surowców. Z kolei 25 proc. ma pochodzić z recyklingu. – Te cele nie są nadambitne, bo recykling to relatywnie młoda część gospodarki, więc legislacja, która narzuca te poziomy odzysku i recyklingu to jedno, a realia to drugie – mówi Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding. Podkreśla jednak, że Europa ma duży potencjał w zwiększeniu odzysku i przetwarzania cennych surowców.

Mówiąc realia, mam na myśli cykl życia produktów, który – szczególnie w przypadku elektroniki – się skraca. Coraz częściej wymieniamy laptopy, telefony, komórki, jest tego coraz więcej i to zalega. To jest tzw. stockpiling metali. Jeśli po to umiejętnie sięgniemy i poczynimy sprawnie, bez wahania, inwestycje w tym zakresie, co moja firma stara się robić, to uważam, że z tego źródła możemy zabezpieczyć bardzo znaczący – nie chciałbym rzucać tu cyfr – ale dobre kilkadziesiąt procent zapotrzebowania Europy na te surowce – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Jarski. – To jest najbezpieczniejsza forma, przy okazji ekologiczna i efektywna, zabezpieczenia tych surowców krytycznych, co Unia akurat, wydaje mi się, dobrze zdefiniowała i w dobrym tempie dostrzegła.

Surowce krytyczne to surowce o dużym znaczeniu gospodarczym dla UE – są wykorzystywane m.in. w komponentach baterii, panelach słonecznych, elektronice czy w innych czystych technologiach. Niektóre z nich są kluczowe dla sektora kosmicznego i obronnego. Ze względu na rosnący popyt na te produkty i technologie Unii spodziewa się wzrostu zapotrzebowania na surowce krytyczne. Ich podaż jednak jest obarczona ryzykiem zakłóceń z powodu koncentracji źródeł oraz braku dobrych, przystępnych cenowo substytutów. UE pozyskuje z Chin szereg surowców krytycznych, np. baryt (45 proc.), bizmut (65 proc.), german (45 proc.) czy też wolfram (32 proc.). Z kolei Turcja zapewnia Unii 98 proc. boru, RPA – 71 proc. platyny, a Kongo – 35 proc. tantalu.

Instytucje unijne są świadome tego, że Unia Europejska nigdy nie będzie samowystarczalna, jednak chcą zrobić wszystko, aby zdywersyfikować dostawy. Przyjęły więc akt o surowcach krytycznych (Critical Raw Materials Act – CRMA), który wszedł w życie w maju ub.r. i którego celem jest nie tylko zróżnicowanie źródeł dostaw, ale również wzmocnienie obiegu zamkniętego i wsparcie badań oraz innowacji.

Nasza firma jest globalnie liderem w sektorze platynowców, czyli mam na myśli takie metale jak platyna, pallad i rod, tam są jeszcze tzw. minor metals, czyli np. ruten. Europa tu bardzo mocno stoi jako całość – ocenia prezes zarządu Elemental Holding, spółki, która odzyskuje platynowce z katalizatorów samochodowych oraz surowce z baterii stosowanych w elektromobilności. – W obszarze metali szlachetnych, które są konieczne dla elektroniki, też uważam, że firmy europejskie mają się bardzo nieźle na tle światowym, może z lekką przewagą firm azjatyckich, ale na pewno na tle Stanów jesteśmy dużo lepszym graczem w odzysku tych metali. W zakresie metali najpopularniejszych, czyli battery metals, to w recyklingu i rafinacji istnieją tak naprawdę tylko Chiny. Reszta jest na poziomie mniej lub bardziej zaawansowanego R&D i wszystkie projekty, które są w Stanach i Europie, w ostatnim czasie albo zostały wstrzymane, albo zawieszone, więc tutaj jest dużo do nadrobienia.

Jak podkreśla ekspert, zasoby do rozwoju tych projektów są, ponieważ w Europie szybko przybywa samochodów elektrycznych, czyli również baterii, z których można pozyskiwać surowce.

– Natomiast od strony zabezpieczenia złóż też nie wyglądamy źle, więc po prostu to, co jest w tej chwili najistotniejsze, to szybkie podejmowanie decyzji – zaznacza Paweł Jarski.

CRMA zakłada, że aby zmniejszyć zależność od państw trzecich w zakresie dostępu do surowców krytycznych, do 2030 roku co najmniej 10 proc. rocznego zużycia danego surowca ma pochodzić z wydobycia w UE, co najmniej 40 proc. ma pochodzić z przetwarzania w UE, a co najmniej 25 proc. – z wewnętrznego recyklingu. Co istotne, z jednego źródła zewnętrznego ma pochodzić nie więcej niż 65 proc. rocznego zużycia w Unii każdego z surowców strategicznych.

Od maja ub.r. zaczęła działać Europejska Rada ds. Surowców Krytycznych – nowy organ przy KE, który ma odgrywać wiodącą rolę we wdrażaniu nowych ram polityki, wspierając Komisję w wyborze i wdrażaniu projektów strategicznych, w wymianie informacji na temat procedur wydawania pozwoleń i inicjatyw dotyczących obiegu zamkniętego oraz w ułatwianiu współpracy międzynarodowej i partnerstw strategicznych dotyczących surowców.

Na liście 47 inicjatyw europejskich kluczowych dla zabezpieczenia dostaw surowców krytycznych znalazł się projekt Polvolt realizowany przez Elemental Battery Metals. Zakłada on stworzenie innowacyjnego recyklingu baterii litowo-jonowych z instalacją odzysku surowców krytycznych. W zakładzie w Zawierciu (województwo śląskie) mają być produkowane sole metali takich jak nikiel, kobalt, mangan, żelazo i lit. Będą one pozyskiwane z czarnej masy odzyskanej ze zużytych baterii i odpadów produkcyjnych z zakładów produkujących baterie. Ponadto zakład będzie również produkował miedź elektrolityczną klasy A, która jest niezbędna m.in. do produkcji folii miedzianej wykorzystywanej w anodach baterii litowo-jonowych. Dla projektów strategicznych CRMA przewiduje szybką ścieżkę wydawania decyzji administracyjnych, niezbędnych do realizacji projektu, zakładającą uzyskanie ich w ciągu 12 miesięcy.

Projekt Polvolt jest projektem dwufazowym. W pierwszej części będziemy budować część miedziową, która będzie polegała na recyklingu i rafinacji miedzi i dwóch metali szlachetnych: złota i srebra. Druga część – bateryjna – będzie polegała na wydobyciu i rafinacji z czarnej masy metali typu nikiel, lit i kobalt. Myślę, że czas budowy pierwszej fazy to jest około trzech–czterech lat i drugiej – pięć–sześć lat – zapowiada prezes Elemental Holding. – Wydaje mi się, że będzie to największa polska inwestycja greenfieldowa w tym obszarze, jeśli w ogóle nie największa, więc dla spółki będzie to duży wysiłek finansowy i ludzki, żeby tę inwestycję w ciągu najbliższych sześciu–siedmiu lat przeprowadzić. Od 2020 roku do końca 2030 roku spółka zainwestuje w Polsce prawie 1 mld dol., z kosztami finansowania to będzie pewnie więcej i będziemy chcieli być liderem w Europie, jeśli chodzi o tę część bateryjną. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ue-dazy-do-wiekszej,p1506826586

Stay connected

0FaniLubię
67,110ObserwującyObserwuj
14,700SubskrybującySubskrybuj