18.3 C
Nowy Jork
wtorek, 22 września, 2026

Buy now

spot_img

Szykują się gruntowne zmiany w polskich szkołach. MEN: Chcemy, żeby zdobywana wiedza nie była okupiona cierpieniem psychicznym

Polskie szkoły czeka szereg zmian. W ostatnim miesiącu trwały konsultacje projektu nowelizacji rozporządzenia, które zakłada m.in. zmianę formuły prac domowych w publicznych szkołach podstawowych. Z kolei 19 lutego br. MEN rozpoczął prekonsultacje dotyczące zmian w podstawie programowej. W planach są również reformy, dzięki którym polska szkoła ma się stać bardziej wspierająca i przyjazna dla uczniów. Jednym z priorytetów jest m.in. edukacja włączająca, szkoły specjalne i wsparcie dzieci z indywidualnymi potrzebami w kształceniu, w tym np. spektrum autyzmu, ADHD, z zaburzeniami nastroju czy z orzeczeniami o niepełnosprawności.

Z raportu Fundacji Unaweza „Młode Głowy”, przeprowadzonego na grupie ponad 180 tys. uczniów w wieku 10-19 lat, wynika, że blisko 40 proc. polskich nastolatków doświadczyło myśli samobójczych, a 16 proc. się okalecza. Średnio co trzeci ma podejrzenie depresji, problemy ze snem i kłopoty w nauce. Co drugi ma skrajnie niską samoocenę, 59 proc. czuje się bezużytecznych, a ponad 37 proc. uczniów boryka się z poczuciem samotności. Raport Unawezy pokazuje też, że polskie nastolatki nie radzą sobie ze stresem dnia codziennego, często doświadczają hejtu – zarówno w sieci, jak i w klasie – i mają ogromne problemy z samoakceptacją. Pomimo to aż 68,5 proc. uczniów nigdy nie skorzystało z pomocy psychologa w szkole ani poza nią. Średnio co 10. czuje się też ignorowany przez rodziców.

– Kondycja psychiczna dzieci i młodzieży w Polsce jest tragiczna, co pokazują wnioski nie tylko Biura Rzeczniczki Praw Dziecka, Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, ale także raport Najwyższej Izby Kontroli, z którego wynika, że w tragicznym stanie jest również stan polskiej psychiatrii dziecięcej – mówi Jan Gawroński, społeczny zastępca Rzeczniczki Praw Dziecka.

Eksperci podkreślają, że na kryzys zdrowia psychicznego wśród dzieci i młodzieży składają się różne czynniki, w tym m.in. wymuszona izolacja w czasie pandemii COVID-19, samotność i stres dnia codziennego, wygórowane ambicje, a jednocześnie bezradność rodziców względem dzieci oraz hejt rówieśniczy i niekontrolowany dostęp do mediów społecznościowych. Potężnym problemem jest też presja edukacyjna i wypalenie uczniowskie wynikające z wysokich wymagań szkoły.

– Jednym z czynników kryzysu zdrowia psychicznego jest przeładowanie podstawy programowej i liczba godzin, jaką osoby uczniowskie spędzają w polskiej szkole. Trwają już prace, żeby tę podstawę programową odchudzić, z czego bardzo się cieszę – mówi Jan Gawroński.

– Nawet dorośli czasem nam mówią: moje dziecko przychodzi po wielu godzinach w szkole i do tego ma jeszcze kilka godzin zajęć dodatkowych, prac domowych, przygotowywania się na następny dzień. Wielu dorosłych nie podołałoby takim obowiązkom. I to właśnie wpływa na zdrowie psychiczne – stres, przychodzenie z duszą na ramieniu następnego dnia do szkoły. Dlatego Ministerstwo Edukacji Narodowej zawarło w planach odchudzenie podstawy programowej i ograniczenie prac domowych w takim zakresie, żeby dzieci i młodzież posiadły wiedzę, ale żeby ta wiedza nie była okupiona cierpieniem psychicznym, żeby to wszystko odbywało się w atmosferze bezpieczeństwa, szacunku i zdobywania kolejnych umiejętności na odpowiednim etapie – wyjaśnia Paulina Piechna-Więckiewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej, pełnomocniczka ministra edukacji ds. zdrowia psychicznego uczniów.

Proponowane zmiany to odpowiedź na bardzo liczne, kierowane do resortu postulaty dotyczące odciążenia uczniów z nadmiernych obowiązków i poprawy efektywności nauczania. 19 lutego br. MEN rozpoczął prekonsultacje dotyczące zmian w podstawie programowej. Nowa, zawężona podstawa będzie obowiązywać w okresie przejściowym już od roku szkolnego 2024/2025. Jednak w tym czasie eksperci będą pracować nad kompleksową reformą. Całościowa, nowa podstawa programowa wejdzie w życie dwa lata później – od 1 września 2026 roku w szkole podstawowej, od roku szkolnego 2028/2029 do szkół ponadpodstawowych.

– Rola szkoły w zapewnieniu zdrowia psychicznego uczniom i uczennicom jest właściwie kluczowa, ponieważ na szkołę przypada średnio 1/3 ich czasu. To jest środowisko, które może spowodować, że zatrzymamy się na poziomie 0, na którym będziemy w stanie zapobiegać jakimkolwiek kryzysom psychicznym. Taka jest właśnie rola szkoły, tak ją widzimy. To m.in. wyszkoleni nauczyciele, którzy wiedzą, jak przeciwdziałać i jak reagować na kryzys, środowisko szkolne, które jest siatką wsparcia dla młodego człowieka, różnego rodzaju programy realizowane we współpracy z ministerstwem czy organizacjami pozarządowymi – wymienia Paulina Piechna-Więckiewicz.

MEN ma w planach reformy, dzięki którym polska szkoła ma stać się bardziej wspierająca i przyjazna dla uczniów. Jednym z priorytetów jest m.in. edukacja włączająca, szkoły specjalne i wsparcie dzieci z indywidualnymi potrzebami w kształceniu, w tym np. spektrum autyzmu, ADHD, zaburzeniami nastroju czy orzeczeniami o niepełnosprawności. Ten obszar pozostaje od lat jednym z największych wyzwań problemów polskiej edukacji.

– W kontekście osób w spektrum autyzmu i z niepełnosprawnościami sprzężonymi jednym z czynników kryzysu zdrowia psychicznego jest m.in. brak realizacji zaleceń z orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego – zauważa Jan Gawroński.

Jak wskazuje, do biura Rzeczniczki Praw Dziecka Moniki Horny-Cieślak wpływa ogrom skarg, wniosków i pism od rodziców dotyczących m.in. obszaru edukacji i kondycji psychicznej dzieci i młodzieży.

– Tutaj szczerze, publicznie przyznam, że jest tego bardzo dużo m.in. ze względu na to, że poprzedni Rzecznik Praw Dziecka nie podejmował tematów w tym zakresie, więc przejmujemy te sprawy po nim oraz podejmujemy nowe. Cały czas ich przybywa, ponieważ skala problemów jest ogromna – mówi Jan Gawroński. – Podejmujemy różne działania, rzeczniczka będzie powoływać zespół merytoryczny dotyczący zdrowia psychicznego. Oczywiście w działania Biura Rzeczniczki Praw Dziecka będą też włączali się młodzi ludzie, po to by wybrzmiał też ich głos. Dlatego też pracujemy nad powołaniem Społecznej Rady Dzieci i Młodzieży przy Rzeczniczce Praw Dziecka, to będzie taki pierwszy organ opiniodawczo-doradczy w historii urzędu Rzecznika Praw Dziecka i także też będzie na pewno wybrzmiewał ten temat. Mamy też znakomitych ekspertów do spraw zdrowia psychicznego w biurze.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/szykuja-sie-gruntowne,p2118462329

Orlen podsumowuje 8 lat znaczących zmian. D. Obajtek: To był czas budowy koncernu multienergetycznego [DEPESZA]

Rosnące przychody i zyski, dywersyfikacja dostaw surowców, umocnienie w segmencie biopaliw i rekordowe nakłady na inwestycje, w tym OZE, które w 2023 roku sięgnęły 36 mld zł – to najważniejsze działania Grupy Orlen z ostatnich ośmiu lat, podsumowane w opublikowanym właśnie raporcie pt. „Multienergetyczny Orlen. Rozwój działalności koncernu w latach 2016 –2023”. Spółka wskazuje w nim, że to dzięki przeprowadzonym w ostatnich latach połączeniom z Lotosem, Energą i PGNiG stała się jednym z europejskich gigantów i multienergetycznym koncernem plasującym się wysoko w globalnych rankingach.

Od początku misji w Grupie Orlen wychodziłem z założenia, że nie stać nas na przeciętność. Dziś nieskromnie mogę powiedzieć, że wspólnymi siłami udało nam się wejść do grona największych europejskich graczy – ocenia we wstępie do raportu Daniel Obajtek, prezes zarządu Grupy Orlen.

Państwowy gigant od 2022 roku – czyli od momentu fuzji z Grupą Lotos i PGNiG, a dwa lata wcześniej z Grupą Energa – jest obecny w całym łańcuchu branży naftowo-gazowej: od wydobycia, przez przerób ropy, aż po sprzedaż hurtową i detaliczną. Opublikowany właśnie raport, podsumowujący działalność koncernu w ostatnich ośmiu latach wskazuje, że dzięki tym połączeniom Orlen stał się multienergetyczną grupą biznesową porównywalną z innymi europejskimi gigantami, takimi jak Repsol czy ENI. Potwierdzają to m.in. wyniki ubiegłorocznego rankingu „Fortune Magazine”, zestawiającego 500 największych firm na świecie, w którym Orlen znalazł się na 216. miejscu, wyprzedzając pod względem przychodów takie koncerny jak Airbus, IBM czy Bayer. Dla porównania jeszcze w 2015 roku polski koncern plasował się w tym zestawieniu dopiero na 454. pozycji. Co istotne, w listopadzie ub.r. amerykański magazyn po raz pierwszy ogłosił też wyniki rankingu „Fortune 500 Europe”. Orlen znalazł się w nim na 44. miejscu, będąc najwyżej notowaną polską spółką w tym rankingu.

– W 2023 roku symbolicznie zakończyliśmy kilkuletni etap połączeń z wiodącymi firmami energetycznymi, dzięki czemu udało nam się wejść do grona największych europejskich graczy – podkreślił podczas konferencji prasowej Daniel Obajtek.

Z raportu „Multienergetyczny Orlen. Rozwój działalności koncernu w latach 2016–2023” wynika, że to m.in. dzięki fuzji Orlenu z PGNiG i Energą możliwe było utrzymanie stabilności dostaw energii dla klientów w trudnych realiach związanych z pandemią i wojną w Ukrainie, która wywołała kryzys energetyczny i zmusiła Europę do rezygnacji z rosyjskich surowców. Statystyki pokazują, że jeszcze w latach 2008–2015 kierunek rosyjski dominował w imporcie ropy do Polski, odpowiadając za prawie 100 proc. dostaw. Jednak w 2015 roku, jak podkreślono w raporcie, za sprawą odpowiedzialnej polityki Orlenu, zaczęła dokonywać się w tej kwestii zmiana o 180 stopni – w 2023 roku rosyjska ropa całkowicie i ostatecznie zniknęła z polskiego rynku.

– Tylko duży silny multienergetyczny koncern, jakim jest obecnie Orlen, może zagwarantować skuteczne, szybkie i sprawne przeprowadzenie transformacji energetycznej, która stała się fundamentem rozwoju gospodarczego i zwiększania bezpieczeństwa Polski i całego naszego regionu. Dla nas transformacja energetyczna to nie slogan czy moda, to niezbędny warunek zapewnienia Polsce trwałego bezpieczeństwa energetycznego – wskazuje Daniel Obajtek.

Podobnie wyglądała też sytuacja z dostawami gazu: jeszcze w 2015 roku prawie 90 proc. gazu importowanego przez PGNiG stanowił surowiec rosyjski, dostarczany przez Gazprom. Rok później do terminala LNG w Świnoujściu przypłynął pierwszy statek z dostawami skroplonego gazu ziemnego. Dzięki dywersyfikacji dostaw dokonanej przez Orlen w 2022 roku już tylko ok. 20 proc. tego surowca na polskim rynku pochodziło z Rosji. Koncern uruchomił także też system gazociągów Baltic Pipe, który połączył Polskę z Norwegią, czyli drugim po Rosji dostawcą gazu do Europy.

– Stabilizacja to podstawa, ale do rozwoju potrzebna jest też nowoczesność. Dlatego Orlen w ostatnich latach mocno inwestował w zieloną energię – w energetykę wiatrową na morzu i lądzie, fotowoltaikę, biogaz i biometan, biopaliwa, elektromobilność i wodór. Nakłady inwestycyjne Orlenu zaplanowane na lata 2023–2030 sięgną 320 mld zł, z czego aż 40 proc. przeznaczone zostanie właśnie na rozwój OZE – wylicza prezes Grupy Orlen.

Jednym z kluczowych kierunków rozwoju koncernu jest morska energetyka wiatrowa. W ubiegłym roku Orlen podjął finalną decyzję inwestycyjną o budowie pierwszej polskiej farmy wiatrowej Baltic Power, która w 2026 roku włączy do polskiego systemu prawie 1,2 GW mocy i będzie w stanie wyprodukować zieloną energię dla ok. 1,5 mln gospodarstw domowych.

W październiku ubiegłego roku spółki z Grupy Orlen uzyskały też pięć kolejnych koncesji na budowę morskich farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim, o łącznej mocy ok. 5,2 GW. Uwzględniając Baltic Power, w sumie mamy więc sześć lokalizacji morskich farm wiatrowych o potencjale 6,4 GW – wskazuje Daniel Obajtek.

W ostatnich latach Orlen sukcesywnie umacniał też pozycję w segmencie biopaliw. Koncern już w 2018 roku przyjął „Program dla biopaliw”, który zakłada 10-krotne zwiększenie produkcji biopaliw – do 3 mln ton w 2030 roku. Inwestycje biopaliwowe są prowadzone w Polsce i Czechach, a na ich realizację przeznaczono ponad 15 mld zł. Z kolei w segmencie petrochemii Orlen skupia się w tej chwili na realizacji projektu Olefiny III w Płocku. To największa tego typu inwestycja w Europie od dwóch dekad, która ma się przyczynić do wzrostu zysku operacyjnego (EBITDA) Orlenu o ok. 1 mld zł rocznie, a ponadto wpłynąć na obniżenie emisji CO2 docelowo aż o 30 proc. Ukończenie prac na terenie kompleksu Olefiny III jest planowane na 2027 rok, a po zrealizowaniu tego projektu Orlen ma szansę stać się wiodącym graczem, kontrolującym ok. 40 proc. mocy produkcyjnych olefin w regionie.

Państwowy gigant nie rezygnuje też z rozwoju w swoim podstawowym segmencie, czyli w paliwach. Niedawno rozpoczął ekspansję w Austrii, gdzie po przejęciu 267 stacji koncernu Turmöl stał się trzecią siłą na rynku. Zgodnie ze strategią do 2030 roku pod marką Orlen w Polsce i regionie ma działać co najmniej 3,5 tys. nowoczesnych stacji paliw.

– Dzięki konsolidacji i budowie nowoczesnego koncernu multienergetycznego Grupa Orlen zintensyfikowała ekspansję międzynarodową, pozyskując nowe rynki zbytu dla swoich produktów i kolejnych partnerów biznesowych. Orlen, wraz ze spółkami tworzącymi grupę kapitałową, prowadzi obecnie działalność na dziewięciu rynkach macierzystych w Polsce, Czechach, Niemczech, Austrii, na Litwie, Słowacji, Węgrzech, w Kanadzie, Norwegii i Pakistanie. Jednak ze zróżnicowaną ofertą dociera w sumie do blisko 100 krajów na sześciu kontynentach – mówi prezes Orlenu.

Sukcesywny rozwój koncernu w ostatnich latach odzwierciedlają wyniki finansowe i operacyjne. W 2016 roku przychody wynosiły niecałe 80 mld zł, a zysk netto – 5,7 mld zł. W 2022 roku, w którym już w części uwzględniono efekty konsolidacji, przychody przekroczyły 277 mld zł, a zysk netto wyniósł 33,6 mld zł. Między 2016 a 2022 rokiem znacząco wzrosły też nakłady na inwestycje – z 4,7 do 19,7 mld zł. Natomiast w ubiegłym roku wydatki inwestycyjne Orlenu osiągnęły rekordową wartość przekraczającą ponad 36 mld zł.  

Raport „Multienergetyczny Orlen. Rozwój działalności koncernu w latach 2016-2023” dostępny jest na stronie orlen.pl/multienergetyczny-orlen-raport.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/orlen-podsumowuje-8-lat,p1912388219

Problemy z dopłatami do dobrostanu zwierząt. Na wypłaty z tytułu ekoschematów rolnicy będą musieli poczekać dłużej

0

Od początku grudnia trwa wypłacanie rolnikom końcowej części dopłat bezpośrednich. Jednak na płatności z tytułu ekoschematów, nowej formy wsparcia w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, rolnicy poczekają dłużej, ponieważ kontrola wykonania poszczególnych praktyk dobrostanowych w ramach ekoschematów może potrwać do wiosny. Dopiero wtedy ARiMR będzie w stanie stwierdzić, czy dopłata rolnikowi faktycznie się należy. – Brakuje administracyjnych narzędzi do skontrolowania tego wykonania – mówi dr inż. Agnieszka Antczak z Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka.

Jak informuje Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, na realizację płatności bezpośrednich na 2023 rok przeznaczono prawie 3,7 mld euro. Po reformie Wspólnej Polityki Rolnej od tego roku pojawiły się nowe formy wsparcia dla rolników, np. ekoschematy, na które – zgodnie z przepisami – powinno trafić co najmniej 25 proc. środków na płatności bezpośrednie. W Planie Strategicznym dla WPR 2023–2027 na ekoschematy obszarowe i Dobrostan zwierząt w tym roku zaplanowano ponad 870 mln euro.

Mamy systemy wsparcia dotyczące dobrostanu, przede wszystkim zabezpiecza je Wspólna Polityka Rolna, i rzeczywiście jest tam kilka dobrych propozycji dla producentów, hodowców bydła i producentów mleka. I to chyba tyle dobrego, co można o tym powiedzieć – mówi agencji Newseria Biznes dr inż. Agnieszka Antczak.

Celem działania Dobrostan zwierząt jest zachęcenie rolników do wprowadzania podwyższonych warunków dobrostanu zwierząt (np. dostęp do wybiegu czy pastwiska, rodzaj obiektów, w których są utrzymywane, dostępna przestrzeń etc.) oraz zrekompensowanie im poniesionych w związku z tym kosztów. Środki mogą oni przeznaczyć np. na budowę lub przebudowę wybiegów i pastwisk, zakup elektryzatorów i montaż wodopojów albo inwestycje służące poprawie warunków w budynkach inwentarskich, jak np. zakup instalacji do schładzania lub ogrzewania. Co istotne, to wsparcie jest jednak udzielane rolnikom na realizację takich inwestycji dotyczących dobrostanu zwierząt, które wykraczają ponad minimalne, prawnie wymagane normy albo powszechnie stosowane praktyki.

– Hodowcy, którzy przystępują do realizacji poszczególnych praktyk, muszą się mierzyć przede wszystkim z problemami dotyczącymi finansowania bardzo wielu działań, np. powiększenia powierzchni bytowej od 20 do 50 proc. To skutkuje koniecznością pieniędzy na przebudowę. Nawet jeżeli ktoś decyduje się na wypas krów, a nie robił tego wcześniej, to też musi zainwestować w ogrodzenia i infrastrukturę – tłumaczy ekspertka.

Nieznane są jeszcze stawki płatności dla poszczególnych ekoschematów. Jak wyjaśnia MRiRW, zostanie ona określona po „otrzymaniu od ARiMR stabilnych, zweryfikowanych danych w zakresie powierzchni kwalifikującej się do wsparcia”. Jednocześnie resort podkreśla, że w przypadku, gdyby powierzchnia lub liczba zwierząt kwalifikujących się do płatności w ramach ekoschematów przekroczyła pierwotnie zakładane wielkości, konieczna może się okazać zmiana wcześniej planowanych stawek określonych w PS WPR. MRiRW planuje skorzystać z przewidzianych w prawie UE możliwości przesuwania środków pomiędzy poszczególnymi płatnościami, tak aby rzeczywiste stawki były jak najbardziej zbliżone do planowanych.

Ekoschemat Dobrostan zwierząt jest kontynuacją wsparcia udzielanego w ramach działania „Dobrostan zwierząt PROW 2014–2020”. Jego budżet średniorocznie w latach 2023–2027 będzie wynosił ok. 275 mln euro, co oznacza, że prawie czterokrotnie przewyższy budżet przewidziany na ten rodzaj wsparcia w poprzedniej perspektywie. Całkowita alokacja finansowa dla ekoschematu „Dobrostan zwierząt” wynosi łącznie ok. 1,38 mld euro, podczas gdy w działaniu „Dobrostan zwierząt PROW 2014–2020” wynosiła ok. 211 mln euro.

– Generalnie system jest podobny do wsparcia, które rolnik mógł uzyskać w latach poprzednich, kiedy funkcjonował PROW. Zasady są podobne, hodowca musi się zdecydować na wdrożenie jakiejś praktyki, za którą otrzymuje dotację, więc tutaj jakichś wielkich nowości nie ma. Można powiedzieć, że jest nią powiększenie puli wsparcia dla różnych praktyk. Nowością – bardzo wprawdzie kontrowersyjną – jest także wsparcie finansowe dla hodowców, którzy zdecydują się na opóźnione odsadzenie cieląt od krów mlecznych. To jest jednak schemat trudny do realizacji dla hodowców bydła mlecznego, ponieważ w bydle mięsnym to jest oczywiste, że okres przebywania cielęcia z krową jest bardzo długi – wyjaśnia główna specjalistka w Wydziale Analiz i Rozwoju Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka.

Korzystanie z nowego wsparcia wiązało się z wieloma obawami ze strony rolników. Jak wskazuje w liście do nowego ministra rolnictwa Wielkopolska Izba Rolnicza, skomplikowanie zasad i niejasności co do interpretacji przepisów spowodowały, że wiele gospodarstw, głównie małych, zrezygnowało ze składania wniosków o ekoschematy.

W tym systemie wsparcia potrzebnych jest jeszcze wiele zmian i myślę, że przede wszystkim należałoby dopracować merytorycznie zasadność niektórych ekoschematów, praktyk dobrostanowych, których wymagamy od rolników, a także rozsądnie określać sposób kontrolowania takich praktyk. W tej chwili mamy bowiem bardzo nieprzyjemną sytuację, że rolnikom, którzy zgłosili wnioski o przystąpienie do praktyki dobrostanowej, nie zostały wypłacone zaliczki za ich realizację, ponieważ brakuje administracyjnych narzędzi do skontrolowania tego wykonania. Tak więc zmiany są jeszcze konieczne i dużo pracy przed rządzącymi – mówi dr inż. Agnieszka Antczak.

WIR apeluje m.in. o maksymalne uproszczenie procedury. Niektóre obowiązki wydają się bowiem przesadzone i wprowadzające zbyt wiele restrykcji.

– Należy pamiętać, że rolnik przede wszystkim ma się zajmować produkcją żywności, a nie pracą papierkową i to na tyle skomplikowaną, że nawet doradcy rolniczy mieli z nią problem. Nie do przyjęcia jest sytuacja, w której rolnik nie ma pewności, że wykonywane przez niego czynności są prawidłowe i nie doprowadzą do sankcji i kar. Taka konstrukcja przepisów doprowadza do tego, że zamiast obiecanych większych dopłat dla gospodarstw wiele z nich nie zostanie wykorzystanych – czytamy w liście przedstawicieli Wielkopolskiej Izby Rolniczej do nowego ministra. – Uzyskiwany obecnie procent wykorzystania ekoschematów przez rolników (około 30 proc.) wskazuje na pilną potrzebę ich uaktualnienia i dopasowania do rzeczywistych oczekiwań rolników.

Izba apeluje o powołanie grupy roboczej złożonej z doradców i przedstawicieli rolników oraz MRiRW w celu przeglądu ekoschematów, ich uporządkowania i zaproponowania KE zmian mających na celu ich lepsze funkcjonowanie.

Najlepszą kontrolą jest obserwacja w trakcie realizacji takich praktyk, czy nie dzieje się właśnie coś złego, czy nie są to zbyt restrykcyjne wymagania i czy rzeczywiście osoby, które przystępują do takich praktyk, zdobędą właściwe dotacje. Problemem może być to, że rolnicy dostaną za mało pieniędzy za to, że zaczynają właśnie realizować takie praktyki – mówi dr inż. Agnieszka Antczak.

O tym, że procedury stanowią problem dla rolników, mogą świadczyć dane z rozporządzenia Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, opublikowanego w środę 27 grudnia, w sprawie warunków i trybu przyznawania i wypłaty pomocy finansowej w ramach schematów na rzecz dobrostanu zwierząt. Jak informuje resort w ocenie skutków regulacji, rozporządzenie to odpowiedź na sygnały przekazywane przez izby rolnicze, że wielu hodowców nie może otrzymać płatności w wyniku niezastosowania się do rozporządzenia bądź popełnienia błędów we wnioskach. Na podstawie analiz danych ARiMR stwierdzono, że w 2023 roku, który jest pierwszym rokiem wdrażania w Polsce płatności dobrostanowych do bydła rzeźnego, wśród ok. 32 tys. rolników ubiegających się o wsparcie dobrostanowe do opasów ok. 70 proc. nie określiło kierunku użytkowania swoich zwierząt lub mogło popełnić błędy w tym zakresie. W tej sytuacji istnieje ryzyko wykluczenia z płatności dobrostanowej w ramach wariantu Dobrostan opasów bydła. Dlatego w rozporządzeniu zaproponowano przepis, obowiązujący tylko w tym roku, który umożliwia rolnikom uzupełnienie lub korektę w systemie Identyfikacji i Rejestracji Zwierząt (IRZ) zgłoszenia kierunku użytkowania bydła z uwzględnieniem przeznaczenia tych zwierząt do opasu (mięsno-opasowego, mleczno-opasowego lub opasowego) w odniesieniu zarówno do zwierząt posiadanych przez rolnika, jak i zwierząt ubitych lub sprzedanych. Ministerstwo proponuje termin do 5 lutego 2024 roku na uzupełnienie wniosku.

Poza tym – jak wyjaśniono w OSR rozporządzenia – ze względu na obecny sposób dokumentowania przez rolników realizacji praktyk podwyższających poziom dobrostanu zwierząt polegających na zapewnieniu wypasu lub na zapewnieniu wybiegu bydłu (krowom mlecznym, krowom mamkom lub opasom) zmiany wymaga sposób obliczania wysokości kar za niewypasanie bydła lub niezapewnienie bydłu wybiegu z przyczyn innych niż niezależne od rolnika.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/problemy-z-doplatami-do,p1774947662

Demografia, zdrowie, edukacja i ekologia. Nowe technologie mają coraz większe znaczenie dla rozwiązywania najbardziej palących problemów

0

O pozytywnym wpływie technologii na biznes mówi się od dawna, za czym idą rosnące z roku na rok inwestycje przedsiębiorstw w ten obszar, m.in. chmurę czy sztuczną inteligencję. Coraz częściej nowe technologie znajdują także zastosowanie w rozwiązywaniu palących problemów globalnych. Pracują nad nimi zarówno duże korporacje, naukowcy i studenci, jak i start-upy z całego świata. – Nowe technologie posiadają ogromny potencjał w przekształcaniu i wspieraniu kluczowych obszarów społeczno-gospodarczych, takich jak edukacja, zdrowie, środowisko i gospodarka – mówi Alicja Tatarczuk z Huaweia. Koncern szuka takich innowacyjnych pomysłów wśród młodych naukowców w swoim konkursie Tech4Good, który jest częścią programu Seeds for the Future.

Obserwujemy, jak nowoczesne rozwiązania, takie jak cyfryzacja i wykorzystanie sztucznej inteligencji, mogą podnieść efektywność opieki zdrowotnej, jednocześnie obniżając jej koszty społeczne. W obszarze środowiska naturalnego technologie odnawialne, takie jak panele fotowoltaiczne i wykorzystanie Internetu Rzeczy (IoT) do monitorowania jakości powietrza, stanowią kluczowy element walki ze zmianami klimatycznymi i zanieczyszczeniem. Z kolei automatyzacja i robotyzacja nabierają coraz większego znaczenia w kontekście zmian demograficznych, a dostosowanie systemu edukacji do nowych wymagań rynku pracy staje się nieodzowne – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Alicja Tatarczuk, menedżerka ds. CSR w Huawei Polska.

Młodzi ludzie mają w tym zakresie do odegrania dużą rolę. To często w grupach badawczych na uczelniach powstają innowacje, które nakierowane są na rozwiązanie jakiegoś istotnego problemu.

– Znaczenie inicjatyw edukacyjnych, które umożliwiają rozwój kompetencji technologicznych i tworzenie rozwiązań dla problemów społecznych, będzie nadal rosło, podobnie jak świadomość społeczeństwa w tym zakresie – mówi Alicja Tatarczuk.

Na tym koncentruje się Seeds for the Future – flagowy program edukacyjny Huaweia, który właśnie po raz 10. odbył się w Polsce. Pięćdziesiątka najlepszych studentów polskich uczelni przez tydzień uczestniczyła w szkoleniach i warsztatach prowadzonych przez światowej klasy ekspertów na temat najnowszych trendów technologicznych.

– Studenci uczą się m.in. o rozwiązaniach sztucznej inteligencji i o tym, jak 5G zmieni nasze życie, w jaki sposób rozwiązania chmurowe mogą służyć biznesowi. Będą też wirtualnie zwiedzać chińskie fabryki czy centra innowacji, żeby zobaczyć, jak się rozwija ten świat technologiczny w Azji, a także uczestniczyć w zajęciach z przywództwa i wspólnie tworzyć międzynarodowe projekty w ramach inicjatywy Tech4Good, która służy budowaniu umiejętności współpracy w grupach, współpracy projektowej i stwarza studentom w naszym programie możliwość nawiązywania międzynarodowych relacji. Oni współpracują z ludźmi z absolutnie całego świata, tworząc projekty, ministart-upy, które angażują technologię na rzecz rozwiązywania ważnych problemów społecznych czy ekologicznych – wyjaśnia menedżerka ds. CSR w Huawei Polska.

Program Seeds for the Future jest skierowany do najzdolniejszych studentek i studentów z uczelni wyższych, głównie tych, którzy uczą się na kierunkach związanych z IT, inżynierią, technologiami czy matematyką. Jego celem jest rozwijanie talentów w dziedzinie technologii ICT i przygotowanie studentów do postawienia pierwszych kroków w profesjonalnym świecie nowych technologii.

– W tym roku do polskiej edycji programu Seeds for the Future zgłosiło się ponad 260 studentów i studentek z całego kraju. Mieliśmy ogromny problem, żeby wybrać czołową pięćdziesiątkę, bo wszystkie zgłoszenia były naprawdę wysokiej jakości. Ponownie mamy w tej grupie ponad 50 proc. kobiet, co pokazuje, że wiele studentek interesuje się naukami ścisłymi i nowymi technologiami, w tej branży w przyszłości widzi swoją karierę i chce ten świat współtworzyć – podkreśla Alicja Tatarczuk.

– Wiążę z tym programem duże nadzieje związane m.in. z tym, żeby poznać nowych ludzi, dobrze się bawić, zaplusować w środowisku międzynarodowym, zobaczyć, jak pracuje się w zespole, który łączy ludzi z kilku kontynentów – mówi Justyna Gręda, studentka teleinformatyki na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, uczestniczka programu. – Wiedzę na temat nowych technologii w swojej pracy wykorzystuję na co dzień, bo jestem programistką aplikacji mobilnych. Ta zdobyta podczas Seeds for the Future, szczególnie z dziedziny sztucznej inteligencji, pozwoli mi stworzyć coś nowego, a także rozwijać swoją karierę zawodową.

– Program Seeds for the Future jest atrakcyjny dla uczestników przede wszystkim dlatego, że pozwala na zapoznanie się z całą gamą technologii ICT oraz skonfrontowanie swoich pomysłów, wiedzy i kompetencji z realnymi, globalnymi problemami świata, z którymi nam – przyszłym inżynierom i naukowcom – przyjdzie się zmierzyć – dodaje Adam Sztamborski, student Politechniki Łódzkiej, uczestnik programu. – Cieszyłbym się, gdybym w mojej pracy mógł wykorzystać tę wiedzę przy rozwiązywaniu problemów dotyczących różnych aspektów życia, także środowiskowych, ale również podnoszenia jakości życia i bezpieczeństwa ludzi.

– Wiedza na temat nowych technologii może być bardzo przydatna przy rozwoju mojego projektu. Wraz z moimi znajomymi prowadzimy projekt, który ma na celu zminimalizować ilość bioodpadów w społeczeństwie i działać na rzecz środowiska – mówi Daria Polcyn, studentka Uniwersytetu Warszawskiego, uczestniczka programu. – Nasz projekt nazywa się AVO Cycle i chcemy zająć się pestkami awokado oraz samymi tymi owocami, które nie nadają się już do użytku. Mamy zamiar współpracować z lokalnymi restauracjami oraz z supermarketami, większymi dostawcami bioodpadów i chcemy rozpocząć od tego, aby pestki uzyskane z owoców awokado przetwarzać na bioopakowania oraz ekologiczne oleje.

Nowością, która od dwóch lat towarzyszy programowi Seeds for the Future, jest konkurs Tech4Good, w którym studenci – w grupie rówieśników z całego świata – mają za zadanie zaprojektować własny start-up technologiczny odpowiadający na jeden z palących globalnych problemów.

Ci, którzy stworzą najlepsze pomysły, wyjadą na Talent Summit, organizowany przez Huaweia w jednej z europejskich stolic. Najlepsze drużyny mają też szansę pojechać do Chin i wygrać 100 tys. dolar. na rozwój zwycięskiego start-upu – mówi Alicja Tatarczuk.

W ubiegłym roku w czołówce konkursu Tech4Good wyróżniono polski zespół HuaSquad, który został jednym z sześciu najlepiej ocenionych projektów z Europy.

 Stworzony przez nas projekt z obszaru agritech miał za zadanie łączyć rolników z młodymi ludźmi, którym zależy na tym, żeby wspierać ekologiczną żywność, ekologiczne rolnictwo – wyjaśnia Dominika Jacejko, członkini zespołu HuaSquad. – Wyróżnienie w konkursie Tech4Good było dla nas naprawdę dużym sprawdzianem tego, co jesteśmy w stanie zrobić, do czego jesteśmy w stanie dojść swoją własną ciężką pracą. Patrząc na to, jak sytuacja wygląda rok później, myślę, że udział w samym konkursie pokazał nam też ogromną siłę networkingu. Tworząc takie rozwiązania, dajemy innym znać o tym, że drzemie w nas ogromny potencjał i ten potencjał dzięki właśnie m.in. Tech4Good został wykorzystany później również w innych projektach.

– Ogromnym sukcesem poprzedniej, IX edycji Seeds for the Future, było znalezienie się polskiego zespołu HuaSquad w gronie najlepszych drużyn biorących udział w konkursie Tech4Good – dodaje menedżerka ds. CSR w Huawei Polska. – To już druga edycja programu, w której polski projekt znalazł się w gronie najciekawszych technologii pozytywnego wpływu. Ubiegłorocznym rozwiązaniem polskich studentów z zespołu Sensideer był system informowania kierowców pojazdów o potencjalnej kolizji ze zwierzętami na drodze. Przygotowane w ramach XVIII edycji Seeds for the Future rozwiązanie znalazło się w finałowej dziesiątce, otwierając przed młodymi uczestnikami nowe możliwości rozwoju.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/demografia-zdrowie,p1042692897

Koszty usług pogrzebowych idą w górę. Wybór kremacji to coraz częściej sposób na ich obniżenie

0

Tradycja usług pogrzebowych się zmieniła, ludzie preferują kremacje – mówi Marek Cichewicz, prezes Grupy Klepsydra. Branża szacuje, że w Polsce kremacje dziś stanowią już 40 proc. wszystkich pochówków, a w dużych miastach nawet 60 proc. Wybór kremacji to jeden ze sposobów na obniżenie kosztów związanych z pochówkiem. Galopująca inflacja miała bowiem wpływ również na działalność firm pogrzebowych i ceny usług. Zasiłek pogrzebowy, obniżony w 2011 roku i od tego czasu utrzymujący się na tym samym poziomie, już dawno przestał wystarczać na pokrycie wszystkich kosztów. Nie jest to jedyna zmiana, jaka zaszła w ostatnich latach na polskim rynku funeralnym. Ta branża – uważana za tradycyjną, a nawet konserwatywną – w coraz większym stopniu stawia na cyfryzację i technologiczne nowinki.

– Inflacja wpływa na koszty usług pogrzebowych. Mamy wyższe koszty zatrudniania i utrzymania pracowników, a dostawcy, którzy dostarczają nam trumny, urny i inne akcesoria pogrzebowe, też musieli podnieść ceny. To wszystko niestety przełożyło się też na koszty samego pogrzebu – mówi agencji Newseria Biznes Marek Cichewicz. – Jeśli mówimy o wartościach, to jest to ciężkie do przeanalizowania w skali całego kraju, ponieważ porównując chociażby Warszawę do mniejszych miejscowości, te dysproporcje są bardzo duże i to jest kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent, w zależności od regionu.

Koszty prowadzenia działalności firm pogrzebowych znacznie wzrosły w ciągu ostatniego roku – nie tylko ze względu na wzrost kosztów pracy, ale też droższe drewno do produkcji trumien czy wysokie ceny energii i gazu, potrzebne np. przy przechowywaniu, transporcie czy kremacji zwłok. W tej chwili w firmach pogrzebowych średni koszt standardowego pochówku waha się od ok. 7 do 10 tys. zł. Do tego dochodzą jeszcze koszty miejsca na cmentarzu, które mocno się różnią w zależności od lokalizacji i w większych miastach mogą sięgać nawet kilkunastu tysięcy złotych.

W celu zapewnienia środków na pokrycie kosztów związanych z pogrzebem ZUS wypłaca rodzinie zmarłego zasiłek pogrzebowy (w 2021 roku wypłacono 438 tys. takich zasiłków na łączną kwotę 1,75 mld zł). W 2011 roku został obniżony do 4 tys. zł i na tym poziomie pozostaje od tego czasu. Przez galopującą inflację jego nominalna wartość w tym czasie mocno spadła, zwłaszcza w ostatnim roku, i nie wystarcza już na pokrycie kosztów pogrzebu. Dlatego branża już od pewnego czasu apeluje o jego waloryzację. W obietnicach wyborczych Koalicji Obywatelskiej pojawiła się taka zapowiedź – zasiłek pogrzebowy miałby wzrosnąć od lipca 2024 roku do kwoty 6450 zł.

W przypadku kremacji koszty są niższe, przede wszystkim te związane z obsługą na cmentarzu, ponieważ nie trzeba ponosić tak dużych kosztów związanych z zakupem kolejnych miejsc pod tradycyjny grób i trumnę. W takim grobie mogą znaleźć się dwie, trzy, maksymalnie cztery trumny. Jeśli zdecydujemy się na urny, to może być ich nawet kilkanaście. Te opłaty związane z obsługą cmentarną będą dla nas jako rodziny niższe – mówi prezes Grupy Klepsydra.

Jak wskazuje, rosnąca popularność i wzrost liczby kremacji jest jedną z najważniejszych zmian, jakie zaszły w ostatnich latach na polskim rynku funeralnym. Bliscy coraz częściej decydują się na pochówek zmarłego w urnie, do czego przyczyniają się także problemy ze znalezieniem wolnych miejsc na przepełnionych cmentarzach. Branża szacuje, że w Polsce kremacje dziś stanowią już nawet 40 proc. wszystkich pochówków.

 Jeszcze na przełomie 2008 i 2009 roku, kiedy wprowadzaliśmy nasze krematorium na rynek usług pogrzebowych w Polsce, to było ich 10, a dziś mamy ich 86, czyli przez niecałe 15 lat powstało wiele ośrodków, które umożliwiają rodzinom zmarłych dokonać kremacji bliskiej zmarłej osoby – mówi Marek Cichewicz.  – Ten wzrost liczby kremacji jest bardzo duży. Niestety GUS nie podaje danych na ten temat, ale my, jako branża, szacujemy, że w skali kraju stanowią one ok. 40 proc., a w dużych miastach, takich jak Warszawa, Łódź czy Gdańsk, to jest nawet ok. 60 proc.

Branży pogrzebowej, jak każdej innej, nie omijają też innowacje i cyfryzacja. Do wprowadzenia części z nich przyczyniła się pandemia COVID-19 i lockdowny z towarzyszącymi im obostrzeniami.

– Jedną z innowacji, która pojawiła się w okresie pandemii, był streaming z ceremonii pogrzebowych, który pozwalał bliskim osób zmarłych uczestniczyć w nich. Wtedy podczas pogrzebu mogło być kilka osób na ceremonii. Dzięki streamingowi więcej osób mogło uczestniczyć w ceremonii pogrzebowej online. Umożliwiał on też obecność na ceremonii osobom, które są w innych krajach – wyjaśnia prezes Grupy Klepsydra. – Ta branża, choć jest konserwatywna, wprowadza kolejne nowe rozwiązania. Dziś możemy mówić o digitalizacji i rozwiązaniach takich jak np. eKlepsydra.

eKlepsydra może być uzupełnieniem dla tradycyjnych zawiadomień wywieszanych w miejscu zamieszkania, przy kościołach czy cmentarzach, gdzie odbędzie się pogrzeb. To powiadomienie SMS-owe z informacją o szczegółach ceremonii pogrzebowej: dacie, dokładnej lokalizacji z mapą Google.

Jest tam również możliwość zakupu kwiatów na ceremonię pogrzebową i złożenie kondolencji przez osoby, które nie mogą uczestniczyć w pogrzebie – mówi Marek Cichewicz. – eKlepsydra to bardzo duże ułatwienie w komunikacji i odciążenie rodziny, która jest pogrążona w smutku, aby mogła przekazać wiadomość o ceremonii pogrzebowej w miarę szybko i sprawnie. Do tej pory były klasyczne telefony, trzeba było powtarzać te same wiadomości wielokrotnie, a w tej chwili, poprzez eKlepsydrę i wiadomość SMS z linkiem, można powiadomić kilkaset osób jednocześnie. Branża pogrzebowa się zmienia, idzie w kierunku nowości i – choć jesteśmy konserwatywni – staramy się otworzyć na te nowe rozwiązania, słuchamy potrzeb klientów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/koszty-uslug-pogrzebowych,p182765963

Jeden z największych koncernów tytoniowych zwiększa inwestycje w Polsce do 1,3 mld dol. Rozwinie fabrykę nowatorskich wyrobów tytoniowych koło Łodzi

0

Rynek wyrobów nowatorskich rośnie dynamicznie i stanowi dziś ok. 11 proc. całego rynku wyrobów tytoniowych w Polsce. Dostrzegając ten trend, grupa JTI nie tylko wprowadza na polski rynek nowe urządzenie do podgrzewania tytoniu, ale również rozbudowuje swój zakład wyrobów nowatorskich w Starym Gostkowie koło Łodzi. Wartość tej inwestycji w tym roku osiągnie ok. 200 mln dol. Jedna z najnowocześniejszych tego typu fabryk w Europie do końca roku znacząco zwiększy też zatrudnienie. – Polska doskonale spełnia warunki dla centrum produkcyjnego, więc inwestycja na tutejszym rynku jest logicznym wyborem – mówi Edoardo Voletti, prezes zarządu JTI Polska.

JTI poczyniło w Polsce znaczne inwestycje, które opiewają łącznie na blisko 1,3 mld dol., i nadal przeznaczamy na nie znaczne środki. Nasz zakład dysponuje obecnie najnowocześniejszym wyposażeniem i produkujemy w nim m.in. wkłady do podgrzewania tytoniu, które trafiają na cały świat. Zakład rozwija się również pod względem liczby pracowników, do końca tego roku planujemy zwiększyć zatrudnienie – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Edoardo Voletti.

Grupa JTI inwestuje w Polsce od 2007 roku. Od tego momentu udało jej się prawie sześciokrotnie zwiększyć udział w polskim rynku tytoniowym – z 5 proc. do blisko 30 proc. Flagową inwestycją koncernu jest fabryka w Starym Gostkowie niedaleko Łodzi, jedna z najnowocześniejszych w Europie, gdzie produkowane są niemal wszystkie kategorie wyrobów tytoniowych. Na przestrzeni lat zakład był sukcesywnie rozbudowywany, a obecnie ok. 80 proc. jego produkcji trafia na eksport do 70 krajów świata. 

W Gostkowie mamy jeden duży obiekt podzielony na cztery zakłady – fabrykę papierosów tradycyjnych, fabrykę płynów do papierosów elektronicznych, fabrykę cygar i tytoniu do palenia, a teraz także zakład produkujący nowatorskie wyroby tytoniowe. To zakład, który wykorzystuje najnowocześniejsze technologie dostępne w tej chwili na rynku – mówi prezes JTI Polska. – W tej chwili łącznie zatrudniamy w Gostkowie ok. 2 tys. osób, a w fabryce wytwarzającej nowatorskie wyroby tytoniowe mamy obecnie ok. 150 pracowników. Do końca roku zamierzamy zwiększyć ich liczbę do 200, tak więc obecnie poszukujemy nowych pracowników.

Rozbudowa i wzrost zatrudnienia wynikają z wprowadzenia na polski rynek – jako jeden z pierwszych dla JTI – nowego urządzenia do podgrzewania tytoniu pod marką Ploom X. Wkłady tytoniowe do niego są produkowane właśnie w Polsce, skąd będą trafiać również na inne rynki europejskie. Fabryka wyrobów nowatorskich w Polsce to jedyny tego typu zakład JTI poza Japonią.

Wartość inwestycji w nowy zakład osiągnie 200 mln dol. – mówi Edoardo Voletti. – Polska ma korzystną lokalizację w centrum Europy, można tu łatwo dotrzeć ze wszystkich kierunków, więc doskonale spełnia definicję centrum produkcyjnego. Ale to tylko jeden z powodów, bo Polska dysponuje też profesjonalną, dobrze wyszkoloną kadrą pracowniczą. Ponadto jest krajem stabilnym i godnym zaufania pod względem politycznym. Co najważniejsze jest to duży rynek dla produktów tytoniowych. Biorąc wszystkie te czynniki pod uwagę, inwestycja w Polsce jest logicznym wyborem.

Uruchomienie produkcji wkładów tytoniowych ma zaspokoić rosnący popyt na nowatorskie wyroby tytoniowe na polskim i europejskim rynku.

W ostatnich latach nastąpił znaczący wzrost rynku podgrzewanych wyrobów tytoniowych. Obecnie ich udział w całkowitej konsumpcji tytoniu wynosi ok. 11 proc. i stale rośnie – mówi prezes JTI Polska.

Z przytaczanych przez firmę danych z Centrum Monitorowania Rynku wynika, że w Warszawie udział ten może być nawet dwukrotnie większy (25 proc.). W całym kraju rynek podgrzewanych wyrobów tytoniowych dynamicznie się rozwija, a jego wartość szacuje się na 4,8 mld zł.

Staramy się oferować konsumentom jak najszerszy wybór i najlepsze opcje w poszczególnych kategoriach produktów. Teraz, kiedy mamy gotowy, nowy produkt, postanowiliśmy wejść z nim na rynek nie tylko w Polsce, ale w kilku krajach na świecie – mówi Edoardo Voletti.

Fabryka w Gostkowie to niejedyna inwestycja JTI w Polsce. W Warszawie firma ma swoje Globalne Centrum Usług Biznesowych, które działa od czterech lat i obsługuje jej procesy na całym świecie, m.in. w zakresie finansów, zarządzania zasobami ludzkimi, marketingu i sprzedaży, a także w kwestiach prawnych i regulacyjnych. Łączne zatrudnienie JTI w Polsce wynosi ponad 3,4 tys. osób.

W Warszawie działa obecnie nasza jednostka handlowa z zespołem 400 osób i duże centrum usług biznesowych, zatrudniające około tysiąca pracowników – mówi prezes JTI Polska. – To właśnie pracownicy są w centrum naszej działalności. Na potwierdzenie wspomnę, że przez ostatnie sześć lat zajmowaliśmy dwa najwyższe miejsca w rankingu najlepszych pracodawców w Polsce.

Według tegorocznego raportu Polskiej Akademii Nauk papierosy pali blisko co trzeci dorosły Polak (28,8 proc.), co daje ponad 10 mln osób. W 2022 roku do codziennego palenia przyznawało się 30,8 proc. mężczyzn i 27,1 proc. kobiet. Branża tytoniowa od kilku lat jest w trakcie technologicznej rewolucji, której efektem jest stopniowy odwrót od tradycyjnych papierosów w kierunku bezdymnych wyrobów nowatorskich (NGP, ang. next generation products). Grupa Japan Tobacco podała, że w latach 2023–2025 zamierza zainwestować w światową ekspansję wyrobów z podgrzewanym tytoniem łącznie ok. 300 mld jenów, czyli ponad 8,8 mld zł.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jeden-z-najwiekszych,p1413538495

Z. Berdychowski: Transformacja energetyczna jest obecnie jednym z najważniejszych wyzwań. Wprowadzane zmiany dotkną każdego Europejczyka

0

Transformacja energetyczna i związane z nią wyzwania będą w tym roku jednym z głównych tematów XXXII Forum Ekonomicznego, które będzie się odbywać 5–7 września w Karpaczu. – Obok wojny, która toczy się za naszą wschodnią granicą, to dziś największe wyzwanie, które przed nami stoi i które dotknie każdego Europejczyka – podkreśla Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej tego wydarzenia. Jak ocenia, realizacja założeń transformacji energetycznej i klimatycznej w pierwszym okresie osłabi konkurencyjność europejskiej i polskiej gospodarki. Biorąc pod uwagę liczbę wyzwań, które UE będzie musiała pokonać na drodze do neutralności, przyjęty przez nią harmonogram może się okazać zbyt ambitny.

 Jesteśmy dzisiaj w przededniu rewolucji, którą niesie z sobą transformacja energetyczna – mówi agencji Newseria Biznes Zygmunt Berdychowski. – Instalacja wiatraków czy paneli fotowoltaicznych oznacza, że musimy, po pierwsze, zapewnić infrastrukturę do tego, aby możliwe było wykorzystanie wyprodukowanej w ten sposób energii. Po drugie, musimy stworzyć infrastrukturę do tego, aby tę energię magazynować, a po trzecie – mechanizmy pozwalające zużywać jej jak najmniej.

Pod koniec 2019 roku UE przyjęła jako cel polityczny osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku. Drogę do realizacji tego celu wyznacza pakiet regulacji Fit for 55, którego głównym założeniem jest redukcja emisji gazów cieplarnianych o 55 proc. do 2030 roku (w stosunku do 1990 roku). Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę UE została jednak zmuszona do zrewidowania swoich planów transformacji. W maju 2022 roku Komisja Europejska przyjęła plan RePowerEU, zakładający m.in. dywersyfikację kierunków dostaw surowców, większe inwestycje w OZE oraz rozwój rynku wodoru i biopaliw. REPowerEU przewiduje jeszcze wyższe cele w zakresie poprawy efektywności energetycznej i zużycia energii z OZE niż pakiet Fit for 55 oraz zawiera dodatkowe działania wspierające niezależność energetyczną Europy.

W Polsce założenia transformacji energetycznej są realizowane głównie na podstawie dokumentów strategicznych – „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” (PEP2040) oraz „Krajowego planu na rzecz energii i klimatu na lata 2021–2030” (KPEiK). W tej chwili oba te dokumenty są jednak w trakcie aktualizacji, ponieważ powstały przed planowanym zwiększeniem celów redukcyjnych i przyśpieszeniem działań efektywnościowych zawartych w pakietach Fit for 55 i REPowerEU. Prace nad nimi zostaną najprawdopodobniej wznowione po jesiennych wyborach, ale kierunek jest niezmienny – Polska będzie ograniczała udział paliw kopalnych w swoim miksie energetycznym i inwestowała w źródła niskoemisyjne. Do 2049 roku planuje się w naszym kraju całkowite odejście od wydobycia węgla, który zostanie zastąpiony m.in. przez offshore i energetykę jądrową.

Transformacja w Polsce będzie jednak wymagać ogromnych nakładów finansowych. Według analityków EY (raport „Polska ścieżka transformacji energetycznej”) do 2030 roku mogą one wynieść 135 mld euro, czyli ok. 600 mld zł. Na tyle szacowane są kompleksowe potrzeby inwestycyjne polskiej energetyki wraz z ciepłownictwem oraz działania osłonowe. Z kolei w dłuższej perspektywie czasowej skala inwestycji i wyzwań polskiej energetyki, dążącej do osiągnięcia zeroemisyjności, będzie jeszcze większa – według wyliczeń zawartych w raporcie EY do 2050 roku może sięgnąć nawet 200 mld euro, czyli ponad 900 mld zł.

My jesteśmy na samym początku tej trudnej drogi. I trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że, po pierwsze, to jest proces, z którym wiążą się ogromne wydatki, i, po drugie, to jest sytuacja, w której musimy całkowicie przemodelować dotychczasowe bezpieczeństwo energetyczne. Czy ten proces uda się zrealizować w takim tempie, o jakim mówią nasi partnerzy w Europie? Mam co do tego poważne obawy. Przykład z rozwiązaniem problemów w zakresie gospodarki wodno-ściekowej uczy pokory zarówno optymistów w Polsce, jak i urzędników Komisji Europejskiej i pokazuje, że nie wszystko, co chcemy, może nam się udać w założonym czasie – mówi Zygmunt Berdychowski.

Jednym z głównych problemów do rozwiązania na ścieżce do neutralności klimatycznej będzie m.in. ogromne uzależnienie Europy od importu paneli fotowoltaicznych i ogniw litowo-jonowych z Chin. Państwo Środka kontroluje w tej chwili produkcję akumulatorów (w 2022 roku na chińskie fabryki przypadało 77 proc. globalnej produkcji) i – według prognoz BloombergNEF – jego dominacja nie skończy się prędko. Europa co najmniej do 2027 roku będzie więc skazana na import, co może stanowić zagrożenie nie tylko dla przebiegu transformacji energetycznej, ale i elektryfikacji transportu oraz bezpieczeństwa systemu energetycznego.

Optymiści mówią, że transformacja energetyczna w Polsce jest szansą na stworzenie nowych miejsc pracy i dodatkowy rozwój. Pesymiści wskazują, że w tej chwili ok. 86 proc. paneli PV instalowanych w Europie jest produkowane w Chińskiej Republice Ludowej i eksportowane do Europy. Ja nie wierzę, że w krótkim czasie będzie możliwe zastąpienie chińskich firm i technologii przedsiębiorstwami niemieckimi, polskimi czy francuskimi, to jest niemożliwe. Poziom uzależnienia Europy od paneli PV z Chin jest niewiarygodny i proces odchodzenia od tego będzie trwał długo – mówi przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Karpaczu. – Musimy też mieć świadomość, że pierwiastki ziem rzadkich, które są podstawą do produkcji paneli czy wiatraków, też są w większości zmonopolizowane przez Chiny. Ceny litu w ciągu ostatnich pięciu lat wzrosły prawie sześciokrotnie, a rząd Chin obłożył eksport cłami, bo lepiej jest eksportować gotowe baterie litowo-jonowe. Niedługo możemy być świadkami sytuacji, w której eksport baterii litowo-jonowych do samochodów elektrycznych produkowanych w Europie też zostanie obłożony cłami.

Ekspert ocenia, że realizacja założeń transformacji energetycznej i klimatycznej, związana z wdrażaniem unijnego pakietu Fit for 55, w pierwszym okresie z pewnością osłabi konkurencyjność europejskiej i polskiej gospodarki.

Liczenie na to, że poprzez wprowadzenie podatku od śladu węglowego na granicach zewnętrznych UE wzmocnimy konkurencyjność europejskiego przemysłu, np. motoryzacyjnego, jest iluzją. W praktyce o potędze tego przemysłu nie decyduje fakt, że te samochody są produkowane w Europie, tylko to, że mogą one być sprzedawane na rynkach zewnętrznych. A jeżeli wprowadzimy podatek od śladu węglowego – tak jak zadeklarowała niedawno Komisja Europejska – to nasi partnerzy, w tym również Chiny, już zadeklarowały, że podejmą kroki odwetowe i na swoich granicach również będą wprowadzać podatki, opłaty, cła, które uniemożliwią obecność europejskich towarów na ich rynkach – mówi Zygmunt Berdychowski. – Jednym słowem myślenie o tym, że – nie mając jeszcze wystarczająco dobrze dopracowanych technologii, jak na przykład ma to miejsce z technologią wodorową – możemy przeprowadzić rewolucję w Europie, jest iluzją. Tak samo nie możemy funkcjonować w oparciu o odnawialne źródła energii, nie mając do dyspozycji magazynów energii. Mówienie o rewolucji w tym zakresie jest przedwczesne, niepotrzebne i naraża nas na dodatkowe koszty.

Przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Karpaczu zauważa też, że realizacja Zielonego Ładu, czyli flagowej inicjatywy KE, w praktyce może oznaczać podział i powstanie Europy dwóch prędkości. Jedna jej część ma zasoby do tego, żeby szybciej przeprowadzić u siebie transformację energetyczną, a inne kraje – w tym Polska, której energetyka wciąż w bardzo dużym stopniu opiera się na węglu – będą mieć bardziej utrudnioną ścieżkę dojścia do neutralności klimatycznej.

Dla nich horyzont czasowy, który został zarysowany, jest zdecydowanie zbyt ambitny – mówi ekspert. – To, co się zresztą dzieje w gospodarce europejskiej również w tym roku, pokazuje, że nawet orędownicy Fit for 55 godzą się z faktem, że Niemcy uruchamiają dodatkowe kopalnie węgla brunatnego, który zresztą najbardziej zanieczyszcza naszą atmosferę. Uruchamiają je nie dlatego, że chcieliby zerwać z ambitną polityką klimatyczną, ale ponieważ zdają sobie sprawę, że w przypadku braku odpowiednich warunków musi istnieć system, który będzie w stanie zapewnić energię dla gospodarki.

Transformacja energetyczna i związane z nią wyzwania będą w tym roku jednym z głównych tematów XXXII Forum Ekonomicznego w Karpaczu, które będzie się odbywać od 5 do 7 września. To największe takie wydarzenie w Europie Środkowo-Wschodniej, które tradycyjnie już skupia polityków, ekspertów, naukowców, przedstawicieli biznesu i administracji nie tylko z Polski, ale i wielu innych krajów Europy, USA i świata oraz wielu instytucji unijnych.

– Podczas Forum Ekonomicznego chcemy zrealizować kilka ścieżek, które będą poświęcone problematyce transformacji energetycznej. To np. ścieżka Zrównoważony Rozwój, Ochrona Środowiska czy Biznes i Zarządzanie. Jak ważna jest to problematyka? Myślę, że dzisiaj obok wojny to jest największe wyzwanie, które stoi przed nami, niezależnie od tego, w której części Europy żyjemy, i niezależnie od tego, czy prowadzimy przedsiębiorstwo, czy wykładamy na uczelni, czy mamy dom, czy tylko mieszkanie. To są zmiany, które dotkną każdego Europejczyka – mówi Zygmunt Berdychowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/z-berdychowski,p2044815252

Sycylia mierzyła się z blackoutem. W Polsce taki scenariusz jest mało prawdopodobny

0

Poważny niedobór energii wystąpił w Polsce ostatni raz w 2015 roku, kiedy operator systemu przesyłowego – po raz pierwszy od 1989 roku – musiał wprowadzić w całym kraju stopnie zasilania, czyli planowane ograniczenia w zużyciu prądu, żeby zapobiec blackoutowi. Od tego czasu na polskim rynku energetycznym zaszły jednak znaczące zmiany i mimo że zapotrzebowanie na energię jest coraz większe, to eksperci przekonują, że ryzyko blackoutu jest w Polsce raczej marginalne. W ostatnich dniach z takimi problemami mierzyła się Sycylia. W wielu miejscach zabrakło prądu i bieżącej wody. Blackout wywołały ekstremalne upały, z temperaturami przekraczającymi 45 stopni Celsjusza.

– Na razie opieramy bezpieczeństwo energetyczne na własnych źródłach energii. Mamy 44 źródła, bloki energetyczne oparte na węglu kamiennym, na których rząd ma zamiar oprzeć bezpieczeństwo energetyczne Polski w okresie przejściowym. Budujemy energetykę jądrową, która już zaczyna się pojawiać – w roku 2030 w postaci 300 MW w małych reaktorach jądrowych i w 2033 roku w bloku systemowym o mocy 1200 MW. Ten proces na pewno będzie bardzo trudny, ale nie sądzę, żeby zabrakło nam źródeł. Wręcz przeciwnie, będziemy mieli problem z zarządzaniem tym, co w najbliższym czasie ma się pojawić w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym – mówi agencji Newseria Biznes Henryk Kaliś, prezes zarządu Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu.

Zmiany, jakie zaszły na rynku w ostatnich latach na polskim rynku energetycznym, ograniczają ryzyko blackoutu. Powstały nowe bloki węglowe i gazowe, a na rzekach, w okolicach punktów czerpania wody do układów chłodzenia, powstały stopnie wodne zmniejszające ryzyko niedoborów. Na połączeniu z niemieckim systemem elektroenergetycznym pojawiły się przesuwniki fazowe, pozwalające na kontrolowanie transgranicznych przepływów energii i zwiększenie możliwości interwencyjnego importu. Z kolei boom na fotowoltaikę, zapoczątkowany rządowym programem Mój Prąd, i błyskawiczny wzrost mocy w tym segmencie pozwolił na zmniejszenie ryzyka deficytów mocy latem. Dodatkowo w 2018 roku po raz pierwszy zakontraktowano rezerwy w ramach rynku mocy, a w razie kłopotów z dostawami energii istnieje możliwość uruchomienia nie tylko importu interwencyjnego, ale i usług DSR, czyli tymczasowego ograniczenia przez odbiorców przemysłowych zużycia energii elektrycznej na wezwanie operatora systemu przesyłowego.

– W tym kontekście trzeba bardzo pozytywnie ocenić rozwój europejskiego wspólnego rynku energii. Sądzę, że m.in. z tego względu zagrożenia, które wystąpiły w 2015 roku, w tej chwili już nie do końca są realne. Obserwujemy co prawda sytuację, w której europejski system elektroenergetyczny ma pewne problemy, ale w tej chwili dużo łatwiej jest się bronić dzięki rozwiniętym możliwościom na połączeniach transgranicznych i przedsięwzięciom, które zrealizował operator systemu przesyłowego. Mam tu na myśli połączenie ze Szwecją i Litwą, zwiększone możliwości wymiany transgranicznej, ale również optymalne zarządzanie Krajowym Systemem Elektroenergetycznym. Nie bez znaczenia jest też potencjał 1000 MW w usługach redukcji zapotrzebowania w tym roku i 1500 MW w przyszłym – wymienia prezes Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu.

W sierpniu 2015 roku, podczas fali upałów z temperaturami oscylującymi wokół 40 stopni Celsjusza, popyt na energię elektryczną – m.in. przez wykorzystanie urządzeń klimatyzujących – wzrósł do poziomu, któremu energetyka węglowa nie była w stanie sprostać. Susza i upały obniżyły bowiem poziom wody w rzekach do tego stopnia, że w wielu elektrowniach konwencjonalnych pojawiły się poważne problemy z zasilaniem układów chłodzenia. Dodatkowo w Bełchatowie, największej elektrowni w Polsce, doszło do awarii, słaby wiatr unieruchomił turbiny wiatrowe, a czeska elektrownia atomowa w Temelinie, która od czasu do czasu ratuje polski bilans energetyczny, miała akurat przestój. W efekcie – wliczając remonty i prace modernizacyjne – z systemu elektroenergetycznego wypadło w sumie 30–35 proc. mocy.

– W przeszłości mieliśmy w Polsce sytuację, w której ciągłość dostaw energii była zagrożona. W sierpniu 2015 roku wprowadzono ograniczenia w dostawach energii elektrycznej po długim czasie energetycznego komfortu – mówi Henryk Kaliś.

10 sierpnia 2015 roku PSE, czyli operator systemu przesyłowego, ogłosił najwyższy, 20. stopień zasilania, co w praktyce oznaczało ograniczenie dostaw prądu do największych konsumentów korporacyjnych. W takiej sytuacji mają oni prawo pobierać tylko umowne minimum mocy w ilości wystarczającej do utrzymania bezpieczeństwa pracowników i ochrony linii produkcyjnych.

– Koszty związane z wprowadzeniem tych ograniczeń ponieśli odbiorcy końcowi – głównie przemysł, który został nimi dotknięty. Jednak one dotyczą też energii, której nie zużyliśmy, która trafiła na rynek bilansujący i została bardzo nisko wyceniona. Tak więc do strat w produkcji, które odnotowywaliśmy przynajmniej przez pierwsze trzy dni, bo później mogliśmy się już do tej sytuacji przystosować, doszło jeszcze nieuczciwe rozliczenie tej energii na rynku bilansującym – mówi  prezes Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu. – Od tamtej sytuacji dzieli nas ośmioletnia przerwa i mamy nadzieję, że nigdy się nie powtórzy.

Przez ostatnich osiem lat w Polsce – mimo rosnącego zapotrzebowania na energię – nie było dotąd konieczności wprowadzenia ograniczeń w dostawach. Jednak PSE w tym czasie już kilkukrotnie informował o niedoborach naruszających margines bezpieczeństwa i rekordowym zapotrzebowaniu na moc, którego przyczyną były wysokie temperatury i urządzenia klimatyzacyjne włączane w trakcie upałów. Taki rekord padł po raz ostatni w 2021 roku, a wcześniej w 2019 roku. Ostatni raz o okresach zagrożenia na rynku mocy PSE poinformowały pod koniec września ub.r. W praktyce taki komunikat oznacza, że w systemie zachodzi ryzyko pojawienia się niedoborów mocy, a elektrownie muszą pracować pełną parą.

Z danych przytaczanych przez Polski Instytut Ekonomiczny w 2019 roku wynikało, że potencjalny blackout mógłby mieć opłakane skutki dla całej polskiej gospodarki. W okresie letnim 12-godzinna przerwa w dostawach energii elektrycznej w skali całego kraju wiązałaby się ze stratą 3,8 mld zł. Jednak w przypadku dużych zakładów przemysłowych nawet lokalne, kilkugodzinne przerwy w dostawie prądu mogłyby być wręcz katastrofalne.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sycylia-mierzyla-sie-z,p2021544218

Spadł przemyt papierosów ze Wschodu. Polska liderem walki z szarą strefą tytoniową w UE

0

Polska jest liderem UE w wykrywaniu i zwalczaniu przestępczości tytoniowej. W latach 2018–2022 w UE wykryto 299 nielegalnych fabryk papierosów, z czego polskie służby ujawniły blisko połowę (46%) z nich. Od ośmiu lat maleje też przemyt papierosów i innych wyrobów tytoniowych ze Wschodu do naszego kraju. Jak wynika z najnowszego raportu firmy doradczej KPMG, szara strefa tytoniowa w Polsce jest obecnie rekordowo niska i wynosi 4,2 proc. To prawie dwukrotnie mniej niż średnia unijna (8,2 proc.).

W najnowszym raporcie na temat szarej strefy tytoniowej w UE firma doradcza KPMG podaje, że już średnio co 12. papieros (8,2 proc.) konsumowany na terenie Unii pochodzi z czarnego rynku. W ub.r. w UE wypalono 35,8 mld sztuk nielegalnych papierosów. Konsumenci, mierzący się z wysoką inflacją i szybkim wzrostem obciążeń akcyzowych na swoich rynkach, coraz częściej sięgają po papierosy z szarej strefy. Według danych KPMG w ubiegłym roku szara strefa tytoniowa w UE wzrosła o 0,7 proc. r/r i uszczupliła budżety unijnych państw łącznie o ok. 11,3 mld euro (wzrost o 0,9 mld euro r/r).

Na tym tle pozytywnie wyróżnia się Polska, która  jak wynika z raportu KPMG  jest w gronie państw najlepiej radzących sobie z tytoniowym podziemiem. Pozostajemy też jednym z niewielu krajów UE, w których legalna konsumpcja papierosów rośnie. Według szacunków KPMG w 2022 roku Polacy wypalili 43,95 mld sztuk papierosów z legalnej dystrybucji, czyli o 4,77 proc. więcej w porównaniu do 2021 roku. Szara strefa tytoniowa maleje u nas stale od ośmiu lat i w tej chwili jest rekordowo niska  według analiz KPMG wynosi zaledwie 4,2 proc. (w porównaniu z blisko 19 proc. jeszcze w 2015 roku). To m.in. zasługa zbalansowanych regulacji akcyzowych na wyroby tytoniowe i zdecydowanych działań w walce z przestępczością tytoniową ze strony polskich służb.

Polscy funkcjonariusze obserwują za to inny trend – mafie tytoniowe coraz częściej zakładają fabryki nielegalnych papierosów na terenie państw członkowskich UE, w tym Polski, co eliminuje konieczność przerzucania ich przez zewnętrzną granicę Unii.

– Warto podkreślić, że te grupy są bardzo mocno sprofesjonalizowane – mówi agencji Newseria Biznes por. Anna Michalska, rzecznik prasowy Komendanta Głównego Straży Granicznej. – To nie są tylko przemytnicy, którzy zajmują się przenoszeniem towarów, czyli tzw. mrówki, ale całe grupy, które mają świetny sprzęt. To są np. fotopułapki, sprzęt optoelektroniczny czy – jak w przypadku grupy zlikwidowanej przez funkcjonariuszy Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej – motory crossowe, quady i samochody terenowe, dzięki którym członkom tej grupy przez dłuższy czas udało się skutecznie uciec przed odpowiedzialnością karną. 

Jak podkreśla, w Polsce każdego roku służby przeprowadzają co najmniej kilkanaście dużych akcji, likwidując nielegalne fabryki i udaremniając przemyt. 

Nasze statystyki pokazują, że skala przemytu papierosów jest uzależniona od sytuacji politycznej i cen towarów. W związku z wojną w Ukrainie wzrosły tam ceny towarów akcyzowych, więc przerzut papierosów stamtąd stał się mniej opłacalny. Przejścia graniczne na granicy z Białorusią zostały zamknięte, w tej chwili otwarte jest tylko jedno, więc tu też przemyt automatycznie spadł. Na granicy rosyjskiej z czterech przejść w tej chwili działają tylko dwa. Tak więc pandemia COVID-19, presja migracyjna na granicy z Białorusią i wojna w Ukrainie na pewno wpłynęły na to, że ilość papierosów przemycanych do Polski spadła. Obserwujemy jednak – i nie tylko my, ale i inne służby Unii Europejskiej że fabryki nielegalnych papierosów zaczęły tworzyć się w państwach na terenie Unii mówi por. Anna Michalska.

– Papierosy produkowane w Polsce trafiają głównie do Wielkiej Brytanii, a w mniejszym stopniu do Skandynawii. Są przemycane drogą lądową drogą morską na tereny krajów docelowych. Skuteczna praca naszych policjantów, likwidowanie tych fabryk powoduje jednak, że ta szara strefa się zmniejsza, a budżet jest zasilany pieniędzmi z akcyzy – mówi podkom. Paweł Żukiewicz z zespołu prasowego Centralnego Biura Śledczego Policji. 

– W tym roku przejętych zostało już ponad 140 mln sztuk papierosów, podczas gdy w całym ubiegłym roku przejęto 244 mln sztuk, więc skuteczność naszych działań jest duża. Tylko do połowy tego roku zabezpieczonych zostało też 13 fabryk nielegalnych papierosów – mówi podkom. Paweł Żukiewicz. – W ostatnim czasie zlikwidowaliśmy bardzo dużą fabrykę, zatrzymując kilka osób podejrzanych. Przejęte zostały bardzo profesjonalne maszyny służące do produkcji i aż 15 mln gotowych papierosów, to jest ogromna skala. I te papierosy na czarny rynek już nie trafią – dodaje.

Funkcjonariusze podkreślają, że ten czynnik jest kluczowy, ponieważ mafie tytoniowe na ogół prowadzą działalność na terenie kilku państw Unii i poza nią, więc wymiana informacji, współpraca i koordynacja działań poszczególnych służb pozwala skuteczniej z nimi walczyć, likwidować fabryki nielegalnych papierosów i udaremniać przemyt.

– W tym roku udało nam się już rozbić kilka fabryk, które wytwarzały nielegalne papierosy na terenie Unii Europejskiej. Bardzo często współpracujemy na tym polu z funkcjonariuszami z innych państw UE, ale spoza Unii – mówi por. Anna Michalska.

Kolejnym przykładem jest realizacja, która miała miejsce niedawno na terenie Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej. Tam została rozbita grupa przestępcza, w której członkowie zajmowali się przerzutem papierosów przez Bug. I takich dużych działań co roku jest przynajmniej kilka – dodaje rzecznik prasowy Komendanta Głównego Straży Granicznej.

Na początku tego roku służby rozbiły też grupę odpowiedzialną za największy w historii przemyt papierosów z Białorusi do Polski, która – według ustaleń śledczych – działała w latach 2020–2021 i w tym czasie przemyciła ponad 18,8 mln paczek papierosów przez drogowe przejście graniczne w Bobrownikach oraz kolejowe przejście graniczne w Terespolu. Skarb Państwa stracił na tym ponad 437 mln zł. Na czele grupy stał obywatel Polski, a w sumie zarzuty usłyszało 18 osób.

Co ciekawe w szeroko zakrojonej akcji służb uczestniczyło wówczas prawie 200 funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji, Straży Granicznej, Biura Inspekcji Wewnętrznej Ministerstwa Finansów, Krajowej Administracji Skarbowej i Europolu. Przeszukano ponad 30 miejsc, a funkcjonariuszy wspierały psy służbowe KAS szkolone do wykrywania pieniędzy.

Zabezpieczyliśmy przy tej realizacji dowody materialne, w tym i pieniądze w różnej walucie i samochody na kwotę prawie 8 mln zł – mówi por. Anna Michalska. – Zanim rozpoczęła się presja migracyjna ze strony Białorusi w 2021 roku, doszło do kilku dużych przemytów białoruskich papierosów, ukrytych w tirach, w kontenerach przewożonych przez przejścia graniczne. Tę grupę udało nam się rozbić i w tej chwili z tamtych rejonów nie obserwujemy przemytu, aczkolwiek cały czas bacznie przyglądamy się temu procederowi.

Zdecydowane akcje służb i uszczelnienie granicy z Białorusią spowodowały, że przemyt papierosów z tego kierunku został prawie całkowicie zatrzymany. Podobnie zresztą jak przemyt z Ukrainy. 

Z powodu wojny w Ukrainie grupy przestępcze przestały działać, przestały tam produkować papierosy, które następnie były wysyłane przez granicę do Polski, ale i przez Polskę dalej, do krajów Europy Zachodniej – mówi podkom. Paweł Żukiewicz.

Jednocześnie to właśnie Ukraina mierzy się obecnie ze zdecydowanym wzrostem szarej strefy tytoniowej. Nielegalne papierosy stanowią tam blisko 20 proc. rynku tytoniowego, a ich konsumpcja z roku na rok wzrosła o 7,35 mld sztuk, podaje KPMG. W ub.r. w Ukrainie sprzedano 29,57 mld sztuk papierosów z legalnych źródeł – o 19,3 proc. mniej niż rok wcześniej. Spadek legalnej sprzedaży i wzrost konsumpcji nielegalnych wyrobów tytoniowych to nie tylko efekt nasilenia działalności zorganizowanej przestępczości tytoniowej w Ukrainie, lecz również polityki rządu w Kijowie. W 2018 roku przyjął on siedmioletni plan 20-proc. podwyżek akcyzy na wyroby tytoniowe rok do roku. Szara strefa tytoniowa zaczęła rosnąć z poziomu 2 proc. w 2017 roku, 9,9 w 2020 roku, 17,2 w 2021 roku i 19,1 proc. w 2022 roku. Jak wylicza KPMG, tylko w 2022 roku ukraiński budżet z powodu szarej strefy tytoniowej utracił 636 mln euro.

– Oczywiście przemytnicy wykorzystują też bardzo kreatywne metody, papierosy są ukrywane np. w płytach drewnianych, które normalnie służą do budowy domów, albo w transportach towarów, które nie są kojarzone z papierosami, jak np. ubrania, sprzęt RTV i AGD. Są różne metody, ale funkcjonariusze – wykorzystując m.in. skanery i psy przeszkolone do wykrywania tytoniu – są przygotowani, żeby takie transporty wykrywać dodaje ekspert z zespołu prasowego Centralnego Biura Śledczego Policji. .

Według szacunków KPMG szara strefa tytoniowa uszczupliła budżety państw UE łącznie o ok. 11,3 mld euro, co wynika z utraconych wpływów podatkowych. Najgorsza sytuacja panuje we Francji. W tym kraju szara strefa tytoniowa sięga 32 proc. Francuzi odpowiadają za 47 proc. konsumpcji papierosów z czarnego rynku w UE. Z tego tytułu Paryż utracił w ub.r. ok. 7,25 mld euro wpływów budżetowych. Straty polskiego budżetu wynikające z działalności szarej strefy tytoniowej oszacowano natomiast na 0,23 mld euro.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/spadl-przemyt-papierosow,p44535605

Aż 62 proc. pracowników oczekuje wzrostu wynagrodzenia. Częściej też rozglądają się za nową, lepiej płatną pracą

0

Pracownicy coraz bardziej odczuwają słabnącą siłę nabywczą swoich wynagrodzeń i wyraźnie oczekują, że ich pensje będą nadążać za rosnącymi cenami. 28 proc. zamierza w nadchodzącym czasie starać się o podwyżkę, a wzrostu wynagrodzenia oczekuje aż 62 proc. – wynika z badania „Barometr rynku pracy” Gi Group Holding. Firmy nie są tak skłonne do podwyżek jak jeszcze rok temu. – W tej sytuacji pracownicy często szukają alternatywnych rozwiązań, a pierwszym z nich jest poszukiwanie pracy dorywczej. Częściej rozglądają się za nowym pracodawcą i lepiej płatną pracą – mówi Anna Wesołowska, dyrektor zarządzająca Gi Group Temp & Perm. Niska skłonność firm do podwyższania płac to efekt trudniejszej sytuacji rynkowej, ale pracodawcy zamierzają zatrzymywać pracowników także na inne sposoby, m.in. poprzez szkolenia czy premie.

– Ostatni kwartał był trudny dla przedsiębiorców. Pogarszająca się koniunktura i kurczenie się rynku zbytu utrudniały prognozowanie przyszłości, a zmianami najbardziej dotknięte były branże produkcyjne, które borykają się nie tylko z problemami dotyczącymi rynków zbytu, ale i łańcuchów dostaw – mówi agencji Newseria Biznes Anna Wesołowska.

W kwietniowym badaniu „Barometr rynku pracy” Gi Group Holding ponad 40 proc. polskich firm zadeklarowało, że odczuło już negatywne konsekwencje wynikające z pogorszenia sytuacji gospodarczej w kraju. Dotyczy to zwłaszcza przemysłu, w którym ten odsetek sięga 53 proc. Obecna sytuacja w najmniejszym stopniu dotyka zaś sektor publiczny – tu 60 proc. podmiotów zadeklarowało, że nie odczuwa pogorszenia swojej sytuacji.

Jako najpoważniejszy skutek recesji 74 proc. polskich firm wskazało rosnące koszty prowadzenia działalności. 13 proc. odczuło też spadek rentowności, a 9 proc. – spadek popytu na swoje produkty czy usługi. Z badania wynika też, że średnio co 10. firma boi się o swoją przyszłość, ale mimo to stosunkowo niewiele przedsiębiorstw jest zmuszonych redukować zatrudnienie, wstrzymywać inwestycje czy ograniczać skalę działalności.

– Na te trudne czasy firmy przygotowują różne scenariusze. Pierwszym jest znaczące ograniczenie albo wstrzymywanie inwestycji, ale przedsiębiorstwa dbają też o poprawę efektywności pracy i produktywności, podnoszą ceny i ograniczają koszty, przede wszystkim wydatki na reklamę i inwestycje – wymienia dyrektor zarządzająca Gi Group Temp & Perm.

Redukcja zatrudnienia dla większości firm jest ostatecznością. Na taki sposób radzenia sobie z trudną sytuacją rynkową najczęściej decydują się najmniejsze przedsiębiorstwa, choć i w tej grupie zwolnienia planuje zaledwie 6 proc. z nich. Wynika to głównie z faktu, że pracodawcy – mając na uwadze dotychczasowe problemy rekrutacyjne oraz czas i koszty związane z pozyskaniem nowych pracowników – nie chcą redukować kadry. Są za to skłonni zrobić wiele, żeby zatrzymać zatrudnionych, bo wiedzą, jak trudno jest odzyskać utracone talenty z rynku.

– Jednocześnie widzimy pewne jaskółki na rynku pracy, pojawia się coraz więcej ofert i coraz więcej nowych rekrutacji, więc kolejne kwartały mogą być lepsze. Oczywiście ciągle jeszcze trudno jest prognozować i tworzyć długofalowe scenariusze, natomiast najbliższy kwartał będzie się wiązał ze znacznym wzrostem liczby nowych miejsc pracy w porównaniu do poprzednich – mówi Anna Wesołowska.

Raport Gi Group Holding pokazuje też, jak aktualna sytuacja w gospodarce i na rynku pracy wygląda z perspektywy pracowników. Zdecydowana większość z nich (78 proc.) – bez względu na wiek, miejsce zamieszkania, branżę czy zajmowane stanowisko – deklaruje, że odczuwa pogorszenie sytuacji, przy czym najdotkliwszy jest wzrost kosztów utrzymania (83 proc.) i związana z tym konieczność rezygnacji z niektórych wydatków (66 proc.). Prawie co trzeci badany (30 proc.) jest jednak zmuszony rezygnować nawet z wydatków podstawowych.

– Pracownicy też czują istotną zmianę na rynku pracy, a galopująca inflacja podnosi presję związaną z oczekiwaniem wyższych wynagrodzeń. Zatrudnieni oczekują takich wynagrodzeń, które przynajmniej będą dorównywały wzrostowi inflacji – mówi ekspertka.

Z badania wynika, że blisko 62 proc. pracowników w nadchodzących miesiącach spodziewa się podwyżki – to o 7 pkt proc. więcej niż rok temu. Na wzrost pensji liczą szczególnie osoby w wieku 25–54 lata, zarabiające w przedziale 3–4 tys. zł netto, zatrudnione na stanowisku młodszego specjalisty lub kierownika.

– Część podwyżek została już wprowadzona przez pracodawców w I kwartale, co było w wielu przypadkach związane z podwyżką płacy minimalnej. Przed nami kolejna taka transza związana z wyrównaniem płacy minimalnej, która przyjdzie w połowie roku. Nieznaczny odsetek planuje też dalsze wzrosty w bieżącym kwartale, ale widzimy, że firmy ostrożnie podchodzą do zwiększania kosztów wynagrodzeń – mówi Anna Wesołowska.

Firmy – m.in. z powodu wzrostu kosztów działalności, niepewnej sytuacji gospodarczej i wahań popytu – nie są w tej chwili tak skłonne do podwyżek jak jeszcze rok temu. W ciągu najbliższego kwartału wynagrodzenia planuje podnieść tylko co czwarta z nich (to o 10 pkt proc. mniej niż rok temu).

– W tej sytuacji pracownicy często szukają alternatywnych rozwiązań, a pierwszym z nich jest poszukiwanie pracy dorywczej. Częściej niż w ostatnich miesiącach decydują się też na rozglądanie się za nowym pracodawcą i poszukiwanie pracy lepiej płatnej. Widzimy też większe zainteresowanie związane z przebranżowieniem oraz wyjazdami za granicę i szukaniem tam lepszej pracy – mówi Anna Wesołowska.

W porównaniu z ubiegłym rokiem spadł odsetek pracowników zadowolonych z obecnego miejsca pracy (z 72 do 66 proc.). Wzrosła za to liczba osób niezadowolonych oraz zainteresowanych zmianą miejsca zatrudnienia (40 proc., wzrost o 6 pkt proc.).

W tej sytuacji, aby uniknąć rotacji i zatrzymać pracowników, część firm (25 proc.) zdecyduje się jednak na zachęty finansowe, co jest zresztą adekwatne do oczekiwań pracowników. Przedsiębiorstwa często proponują też dodatkowe szkolenia (17 proc.) umożliwiające zatrudnionym podnoszenie kwalifikacji albo dodatkowe premie (14,4 proc.). Aż 41 proc. firm nie ma jednak sprecyzowanej strategii w kwestii utrzymania pracowników.

– Pracownicy w pierwszej kolejności poszukują lepiej płatnej pracy, żeby zredukować dziurę w budżecie domowym, która powstaje w wyniku inflacji. Natomiast coraz ważniejsze jest dla nich podnoszenie kwalifikacji i rozwój zawodowy. W tym zakresie pracodawcy faktycznie mają dużą lekcję do odrobienia – mówi dyrektor zarządzająca Gi Group Temp & Perm.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/az-62-proc-pracownikow,p1178020703

Stay connected

0FaniLubię
67,110ObserwującyObserwuj
14,700SubskrybującySubskrybuj