18.3 C
Nowy Jork
wtorek, 22 września, 2026

Buy now

spot_img

Światowy system żywnościowy może się załamać w ciągu kilkudziesięciu lat. Potrzebne są innowacje i bardziej zrównoważone metody produkcji

0

Ukryte koszty związane z negatywnym wpływem światowego systemu żywnościowego na środowisko i zdrowie publiczne wynoszą ok. 15 mld dol. rocznie – pokazał niedawny raport Food System Economic Commission (FSEC). Naukowcy wskazują w nim, że obecne modele produkcji i dystrybucji żywności przyczyniają się m.in. do zmian klimatu, utraty bioróżnorodności, nierówności społecznych i częstszego występowania chorób cywilizacyjnych. Przewiduje się, że wskutek wzrostu populacji te modele załamią się w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Według ONZ do 2050 roku liczba mieszkańców Ziemi sięgnie już ok. 10 mld, a prognozy World Resources Institute wskazują, że to pociągnie za sobą aż 56-proc. lukę w produkcji żywności. Żeby wyżywić planetę – a przy tym ograniczyć wpływ na klimat – konieczne będzie przejście na bardziej zrównoważone systemy żywnościowe i innowacyjne metody wytwarzania pożywienia.

Jesteśmy w krytycznym punkcie i jeśli w najbliższym czasie nie zmieni się nasze podejście do produkcji żywności, to po prostu wyczerpią nam się zasoby naturalne. Według szacunków ONZ populacja zwiększy się do ok. 10 mld ludzi i żeby ich wyżywić, będziemy potrzebować bardziej zrównoważonej produkcji, bo wytworzenie 1 kg mięsa pochłania ok. 100 razy więcej zasobów naturalnych niż żywność pochodzenia roślinnego. To nie znaczy, że za chwilę wszyscy zaczniemy pić tylko mleka roślinne, ale musi nastąpić pewna ewolucja, żeby po prostu wyżywić naszą planetę – mówi agencji Newseria Biznes Damian Bartkowiak, dyrektor Działu Spożywczo-Wodnego na rynek polski, ukraiński i kraje bałtyckie w Alfa Laval, firmie dostarczającej rozwiązania m.in. dla producentów żywności. 

Światowa populacja liczy ok. 8,2 mld ludzi, z których ponad 733 mln – czyli średnio co 11. osoba na świecie – doświadcza głodu, a ok. 2,3 mld boryka się z umiarkowanym bądź poważnym brakiem bezpieczeństwa żywnościowego (FAO „Stan bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia na świecie” 2023). Naukowcy i eksperci wskazują, że te problemy pogłębiają się w sytuacji, kiedy jednocześnie coraz więcej osób cierpi na nadwagę i otyłość, a tylko w skali UE rocznie notuje się około miliona zgonów związanych z niezdrową dietą. Społeczeństwo, przede wszystkim zachodnie, spożywa zbyt dużo mięsa, zbyt mało warzyw, marnuje zbyt wiele żywności, a obecnie stosowane metody rolnicze zanieczyszczają środowisko i przyczyniają się do zmian klimatu – szacuje się, że około połowy lądowego obszaru Ziemi stanowią tereny przeznaczone pod uprawy, a rolnictwo jest główną przyczyną wylesiania i utraty różnorodności biologicznej na Ziemi. Odpowiada też za ok. 1/3 światowych emisji gazów cieplarnianych – metanu, dwutlenku węgla i podtlenku azotu – które napędzają zmiany klimatu.

Wszystko to powoduje, że zarówno sposób odżywiania, jak i niewydolny, globalny system żywnościowy wymagają głębokich, strukturalnych zmian. Zwłaszcza że według prognoz ONZ w ciągu kolejnych 50–60 lat liczba ludności na świecie będzie rosła, osiągając szczyt na poziomie 10,3 mld osób w połowie lat 80. XXI wieku. To pociągnie za sobą skokowy wzrost zapotrzebowania na żywność. Według analityków World Resources Institute („How to Sustainably Feed 10 Billion People by 2050”) przy utrzymaniu zbliżonego tempa wzrostu gospodarczego do połowy tego stulecia konieczne będzie zwiększenie produkcji żywności aż o 56 proc., aby zapewnić dostateczną ilość pożywienia. To z kolei spowoduje dalszą ekspansję rolnictwa, przekształcania kolejnych obszarów lasów w grunty rolne i postępujący wzrost emisji. Bogacące się społeczeństwa spożywają coraz więcej żywności pochodzenia zwierzęcego, której produkcja wymaga dużych zasobów naturalnych. Szacuje się, że produkcja 1 kg wołowiny generuje emisję ok. 10 kg gazów cieplarnianych, a zwierzęta hodowlane odpowiadają za około połowę światowych emisji metanu – gazu, którego potencjał cieplarniany jest nawet 28-krotne wyższy niż dwutlenku węgla. Tym samym to właśnie produkcja mięsa jest jednym z głównych czynników zmian klimatu.

Naukowcy wskazują, że w tym kontekście niezbędne jest przekierowanie globalnego systemu żywnościowego na bardziej zrównoważony model, z korzyścią dla zdrowia i środowiska. Konieczne jest m.in. zmniejszenie spożycia mięsa i produktów mlecznych na rzecz promocji zdrowszej, roślinnej diety, co przełożyłoby się m.in. na spadek emisji.

– To już się powoli dzieje. Zmieniają się nastroje konsumentów, zmienia się nasze podejście do sposobu odżywiania, świadomość jest dużo większa. Z drugiej strony rośnie też świadomość inwestorów, którzy coraz chętniej inwestują w nowoczesne metody produkcji żywności. Poza tym wchodzi w życie bardzo wiele nowych regulacji, które trochę wymuszają to zmienione podejście, m.in. ze względu na ochronę środowiska – mówi Damian Bartkowiak.

Według prognoz World Resources Institute przy utrzymaniu obecnych trendów spożycie mięsa (wołowiny, jagnięciny i kozy) wzrośnie w latach 2010–2050 o 88 proc. Wołowina, najczęściej spożywane mięso, wymaga jednak dużych zasobów i emituje 20 razy więcej gazów cieplarnianych w przeliczeniu na 1 g jadalnego białka niż białka roślinne, takie jak fasola, groch i soczewica.

Szereg badań pokazuje, że konsumenci są coraz bardziej świadomi tych konsekwencji środowiskowych, ale i zdrowotnych. Według ubiegłorocznego raportu ProVeg „Rosnący apetyt: kompleksowa analiza postaw Europejczyków wobec żywności roślinnej”, opracowanego we współpracy z Uniwersytetem w Kopenhadze i Uniwersytetem w Gandawie, w Europie już 51 proc. osób, które jedzą mięso, aktywnie ogranicza jego spożycie (wzrost z 46 proc. w 2021 roku). Głównym tego powodem są właśnie względy zdrowotne (47 proc.), obawy dotyczące środowiska (29 proc.) i dobrostan zwierząt (26 proc.).

– W supermarketach widzimy dziś mnóstwo produktów o zwiększonej zawartości białka, to jest bardzo silny trend. Mamy m.in. mleko wysokobiałkowe, batony wysokobiałkowe, ostatnio zauważyłem nawet płatki śniadaniowe z dodatkową zawartością białka. To pokazuje, że jest dużo większa świadomość, zwłaszcza wśród młodych ludzi, którzy chcą spożywać produkty z większą zawartością tego białka – mówi dyrektor Działu Food & Water w Alfa Laval. – To białko skądś trzeba jednak pozyskiwać. Do tej pory pozyskiwaliśmy je głównie z serwatki, ale pytanie, jak długo będzie można ją w tym celu wykorzystywać. Dlatego producenci muszą się zastanowić nad alternatywnymi źródłami. Popularną alternatywą dla białek pochodzenia zwierzęcego są już niewątpliwie białka pochodzenia roślinnego, pozyskiwane z fasoli czy grochu. To dla wielu producentów staje się alternatywą np. do produkcji mleka roślinnego zamiast mleka krowiego. Drugim alternatywnym i coraz bardziej popularnym źródłem białka jest natomiast pozyskiwanie go z owadów. Ten rynek dynamicznie się rozwija i szacuje się, że do 2030 roku osiągnie wartość ok. 12 mld dol.

Owady jadalne – takie jak świerszcz czy mącznik młynarek – mają bardzo wysoką zawartość (nawet do 60 proc.) łatwo przyswajalnego białka, a ponadto są źródłem cennych witamin, błonnika i nienasyconych kwasów tłuszczowych. Co istotne, hodowla owadów zużywa kilkukrotnie mniej wody do produkcji 1 g białka w porównaniu do hodowli bydła, trzody chlewnej i drobiu. Wymaga też zdecydowanie mniej gruntów, ponieważ owady można hodować wertykalnie, a do ich żywienia wykorzystuje się m.in. odpady roślinne, które nie nadają się do karmienia bydła, co pozwala ograniczyć marnowanie już wyprodukowanej żywności. Odkąd w 2021 roku Unia Europejska dopuściła do spożycia przez ludzi mączkę z larw chrząszcza mącznika młynarka, na rynku pojawiają się już pierwsze takie produkty spożywcze.

Kolejną alternatywą dla tradycyjnego mięsa może być też mięso pochodzenia komórkowego, wyprodukowane w laboratorium. Specjaliści szacują, że i ten rynek do 2030 roku osiągnie wartość ok. 30–40 mld dol., więc jest to przyszłość, która czeka nas niebawem – mówi Damian Bartkowiak. – W niedalekiej przyszłości głównym motorem nadal pozostanie standardowa produkcja mięsa czy mleka, jaką znamy. Tutaj nie należy się spodziewać wielkiej rewolucji, ale pewna ewolucja niewątpliwie nastąpi. Możemy sobie wyobrazić, że za jakiś czas każdy będzie posiadać w domu drukarkę 3D i będzie w stanie wydrukować sobie własną żywność, na własne potrzeby. Takie rzeczy już się dzieją – w Niemczech i Holandii zostały już otwarte restauracje, gdzie sprzedawane są całe arkusze gotowej żywności, które stanowią pełnowartościowy posiłek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/swiatowy-system,p651433451

Światowy system żywnościowy może się załamać w ciągu kilkudziesięciu lat. Potrzebne są innowacje i bardziej zrównoważone metody produkcji

0

Ukryte koszty związane z negatywnym wpływem światowego systemu żywnościowego na środowisko i zdrowie publiczne wynoszą ok. 15 mld dol. rocznie – pokazał niedawny raport Food System Economic Commission (FSEC). Naukowcy wskazują w nim, że obecne modele produkcji i dystrybucji żywności przyczyniają się m.in. do zmian klimatu, utraty bioróżnorodności, nierówności społecznych i częstszego występowania chorób cywilizacyjnych. Przewiduje się, że wskutek wzrostu populacji te modele załamią się w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Według ONZ do 2050 roku liczba mieszkańców Ziemi sięgnie już ok. 10 mld, a prognozy World Resources Institute wskazują, że to pociągnie za sobą aż 56-proc. lukę w produkcji żywności. Żeby wyżywić planetę – a przy tym ograniczyć wpływ na klimat – konieczne będzie przejście na bardziej zrównoważone systemy żywnościowe i innowacyjne metody wytwarzania pożywienia.

Jesteśmy w krytycznym punkcie i jeśli w najbliższym czasie nie zmieni się nasze podejście do produkcji żywności, to po prostu wyczerpią nam się zasoby naturalne. Według szacunków ONZ populacja zwiększy się do ok. 10 mld ludzi i żeby ich wyżywić, będziemy potrzebować bardziej zrównoważonej produkcji, bo wytworzenie 1 kg mięsa pochłania ok. 100 razy więcej zasobów naturalnych niż żywność pochodzenia roślinnego. To nie znaczy, że za chwilę wszyscy zaczniemy pić tylko mleka roślinne, ale musi nastąpić pewna ewolucja, żeby po prostu wyżywić naszą planetę – mówi agencji Newseria Biznes Damian Bartkowiak, dyrektor Działu Spożywczo-Wodnego na rynek polski, ukraiński i kraje bałtyckie w Alfa Laval, firmie dostarczającej rozwiązania m.in. dla producentów żywności. 

Światowa populacja liczy ok. 8,2 mld ludzi, z których ponad 733 mln – czyli średnio co 11. osoba na świecie – doświadcza głodu, a ok. 2,3 mld boryka się z umiarkowanym bądź poważnym brakiem bezpieczeństwa żywnościowego (FAO „Stan bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia na świecie” 2023). Naukowcy i eksperci wskazują, że te problemy pogłębiają się w sytuacji, kiedy jednocześnie coraz więcej osób cierpi na nadwagę i otyłość, a tylko w skali UE rocznie notuje się około miliona zgonów związanych z niezdrową dietą. Społeczeństwo, przede wszystkim zachodnie, spożywa zbyt dużo mięsa, zbyt mało warzyw, marnuje zbyt wiele żywności, a obecnie stosowane metody rolnicze zanieczyszczają środowisko i przyczyniają się do zmian klimatu – szacuje się, że około połowy lądowego obszaru Ziemi stanowią tereny przeznaczone pod uprawy, a rolnictwo jest główną przyczyną wylesiania i utraty różnorodności biologicznej na Ziemi. Odpowiada też za ok. 1/3 światowych emisji gazów cieplarnianych – metanu, dwutlenku węgla i podtlenku azotu – które napędzają zmiany klimatu.

Wszystko to powoduje, że zarówno sposób odżywiania, jak i niewydolny, globalny system żywnościowy wymagają głębokich, strukturalnych zmian. Zwłaszcza że według prognoz ONZ w ciągu kolejnych 50–60 lat liczba ludności na świecie będzie rosła, osiągając szczyt na poziomie 10,3 mld osób w połowie lat 80. XXI wieku. To pociągnie za sobą skokowy wzrost zapotrzebowania na żywność. Według analityków World Resources Institute („How to Sustainably Feed 10 Billion People by 2050”) przy utrzymaniu zbliżonego tempa wzrostu gospodarczego do połowy tego stulecia konieczne będzie zwiększenie produkcji żywności aż o 56 proc., aby zapewnić dostateczną ilość pożywienia. To z kolei spowoduje dalszą ekspansję rolnictwa, przekształcania kolejnych obszarów lasów w grunty rolne i postępujący wzrost emisji. Bogacące się społeczeństwa spożywają coraz więcej żywności pochodzenia zwierzęcego, której produkcja wymaga dużych zasobów naturalnych. Szacuje się, że produkcja 1 kg wołowiny generuje emisję ok. 10 kg gazów cieplarnianych, a zwierzęta hodowlane odpowiadają za około połowę światowych emisji metanu – gazu, którego potencjał cieplarniany jest nawet 28-krotne wyższy niż dwutlenku węgla. Tym samym to właśnie produkcja mięsa jest jednym z głównych czynników zmian klimatu.

Naukowcy wskazują, że w tym kontekście niezbędne jest przekierowanie globalnego systemu żywnościowego na bardziej zrównoważony model, z korzyścią dla zdrowia i środowiska. Konieczne jest m.in. zmniejszenie spożycia mięsa i produktów mlecznych na rzecz promocji zdrowszej, roślinnej diety, co przełożyłoby się m.in. na spadek emisji.

– To już się powoli dzieje. Zmieniają się nastroje konsumentów, zmienia się nasze podejście do sposobu odżywiania, świadomość jest dużo większa. Z drugiej strony rośnie też świadomość inwestorów, którzy coraz chętniej inwestują w nowoczesne metody produkcji żywności. Poza tym wchodzi w życie bardzo wiele nowych regulacji, które trochę wymuszają to zmienione podejście, m.in. ze względu na ochronę środowiska – mówi Damian Bartkowiak.

Według prognoz World Resources Institute przy utrzymaniu obecnych trendów spożycie mięsa (wołowiny, jagnięciny i kozy) wzrośnie w latach 2010–2050 o 88 proc. Wołowina, najczęściej spożywane mięso, wymaga jednak dużych zasobów i emituje 20 razy więcej gazów cieplarnianych w przeliczeniu na 1 g jadalnego białka niż białka roślinne, takie jak fasola, groch i soczewica.

Szereg badań pokazuje, że konsumenci są coraz bardziej świadomi tych konsekwencji środowiskowych, ale i zdrowotnych. Według ubiegłorocznego raportu ProVeg „Rosnący apetyt: kompleksowa analiza postaw Europejczyków wobec żywności roślinnej”, opracowanego we współpracy z Uniwersytetem w Kopenhadze i Uniwersytetem w Gandawie, w Europie już 51 proc. osób, które jedzą mięso, aktywnie ogranicza jego spożycie (wzrost z 46 proc. w 2021 roku). Głównym tego powodem są właśnie względy zdrowotne (47 proc.), obawy dotyczące środowiska (29 proc.) i dobrostan zwierząt (26 proc.).

– W supermarketach widzimy dziś mnóstwo produktów o zwiększonej zawartości białka, to jest bardzo silny trend. Mamy m.in. mleko wysokobiałkowe, batony wysokobiałkowe, ostatnio zauważyłem nawet płatki śniadaniowe z dodatkową zawartością białka. To pokazuje, że jest dużo większa świadomość, zwłaszcza wśród młodych ludzi, którzy chcą spożywać produkty z większą zawartością tego białka – mówi dyrektor Działu Food & Water w Alfa Laval. – To białko skądś trzeba jednak pozyskiwać. Do tej pory pozyskiwaliśmy je głównie z serwatki, ale pytanie, jak długo będzie można ją w tym celu wykorzystywać. Dlatego producenci muszą się zastanowić nad alternatywnymi źródłami. Popularną alternatywą dla białek pochodzenia zwierzęcego są już niewątpliwie białka pochodzenia roślinnego, pozyskiwane z fasoli czy grochu. To dla wielu producentów staje się alternatywą np. do produkcji mleka roślinnego zamiast mleka krowiego. Drugim alternatywnym i coraz bardziej popularnym źródłem białka jest natomiast pozyskiwanie go z owadów. Ten rynek dynamicznie się rozwija i szacuje się, że do 2030 roku osiągnie wartość ok. 12 mld dol.

Owady jadalne – takie jak świerszcz czy mącznik młynarek – mają bardzo wysoką zawartość (nawet do 60 proc.) łatwo przyswajalnego białka, a ponadto są źródłem cennych witamin, błonnika i nienasyconych kwasów tłuszczowych. Co istotne, hodowla owadów zużywa kilkukrotnie mniej wody do produkcji 1 g białka w porównaniu do hodowli bydła, trzody chlewnej i drobiu. Wymaga też zdecydowanie mniej gruntów, ponieważ owady można hodować wertykalnie, a do ich żywienia wykorzystuje się m.in. odpady roślinne, które nie nadają się do karmienia bydła, co pozwala ograniczyć marnowanie już wyprodukowanej żywności. Odkąd w 2021 roku Unia Europejska dopuściła do spożycia przez ludzi mączkę z larw chrząszcza mącznika młynarka, na rynku pojawiają się już pierwsze takie produkty spożywcze.

Kolejną alternatywą dla tradycyjnego mięsa może być też mięso pochodzenia komórkowego, wyprodukowane w laboratorium. Specjaliści szacują, że i ten rynek do 2030 roku osiągnie wartość ok. 30–40 mld dol., więc jest to przyszłość, która czeka nas niebawem – mówi Damian Bartkowiak. – W niedalekiej przyszłości głównym motorem nadal pozostanie standardowa produkcja mięsa czy mleka, jaką znamy. Tutaj nie należy się spodziewać wielkiej rewolucji, ale pewna ewolucja niewątpliwie nastąpi. Możemy sobie wyobrazić, że za jakiś czas każdy będzie posiadać w domu drukarkę 3D i będzie w stanie wydrukować sobie własną żywność, na własne potrzeby. Takie rzeczy już się dzieją – w Niemczech i Holandii zostały już otwarte restauracje, gdzie sprzedawane są całe arkusze gotowej żywności, które stanowią pełnowartościowy posiłek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/swiatowy-system,p651433451

Ruszyła największa elektrownia gazowa w Polsce. Dostarczy energię dla ok. 3 mln gospodarstw

PGE Polska Grupa Energetyczna oddała właśnie do eksploatacji największą elektrownię gazową w Polsce i jedną z najnowocześniejszych w Europie. Jednostka o mocy 1366 MW brutto jest zlokalizowana w Gryfinie w Zachodniopomorskiem. Dostarczy do sieci 1,4 GW mocy, dzięki czemu pokryje ok. 5 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną, zapewniając dostawy dla ok. 3 mln gospodarstw. – To bardzo ważna inwestycja z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa i namacalny przykład tego, że transformacja energetyczna trwa – mówi wiceminister klimatu i środowiska Miłosz Motyka.

– To najnowocześniejsza elektrownia parowo-gazowa w Polsce i jedna z najnowocześniejszych w Europie, która będzie stabilizowała system elektroenergetyczny w sytuacji coraz większego udziału źródeł odnawialnych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Marzec, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

PGE Gryfino Dolna Odra to dwa bloki gazowo-parowe nr 9 i 10, o mocy 683 MW brutto każdy, które zastąpią stare, wysłużone i nieefektywne jednostki węglowe w Elektrowni Dolna Odra. Moce nowej elektrowni mają 17-letni kontrakt w aukcji rynku mocy, który obowiązuje od 2024 roku. 

 W trwającej w Polsce transformacji bloki gazowo-parowe są gwarancją elastyczności i stabilności. Dzisiaj, kiedy mamy w systemie elektroenergetycznym coraz więcej generacji z odnawialnych źródeł energii, z wiatru i słońca, potrzebne są takie bloki, które są szybko wzywane i odpowiednio duże. I właśnie taką inwestycję mamy w Gryfinie. Ona zapewni bezpieczeństwo energetyczne nie tylko w skali regionu, ale i całej Polski – mówi Miłosz Motyka.

PGE Gryfino Dolna Odra jest największą i najbardziej sprawną elektrownią tego typu w Polsce. Nowe bloki gazowo-parowe mają sprawność 63 proc. (o ponad 70 proc. wyższą w porównaniu do starych bloków węglowych). Szybkość startu ze stanu zimnego do minimum technicznego elektrowni wynosi 4 godz., a ze stanu gorącego do minimum technicznego 30 min. Dzięki możliwości szybkiego startu i elastycznej pracy nowa jednostka będzie w stanie pomóc w stabilizacji sieci elektroenergetycznej oraz optymalizacji wykorzystania zmiennej produkcji energii ze źródeł odnawialnych.

– Pogodozależne, odnawiane źródła energii potrzebują systemu, który będzie je wspierał, a to jest możliwe właśnie dzięki elektrowniom gazowym. Dlatego ta inwestycja jest tak ważna, ponieważ zagwarantuje bezpieczeństwo energetyczne i stabilizację systemu – mówi Miłosz Motyka.

– Inwestycje gazowe to bardzo ważny element transformacji energetycznej i dochodzenia do neutralności klimatycznej. Stale rozbudowujemy system OZE, który równolegle potrzebuje jednak stabilnych źródeł energii pracujących w podstawie. W tej chwili nie ma bardziej elastycznych mocy niż moce gazowe – podkreśla Robert Kropiwnicki, sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych.

Jak wskazuje, w długofalowej perspektywie postępująca transformacja energetyczna to dla polskich gospodarstw szansa na tańszy prąd. W 2023 roku Polska wytwarzała 61 proc. energii elektrycznej z węgla, przy czym oczekuje się, że udział ten zostanie znacząco zmniejszony na rzecz gazu, energii jądrowej oraz odnawialnych źródeł energii przy jednoczesnym aktywnym rozwoju morskiej energetyki wiatrowej.

– Najważniejszym wyzwaniem jest obniżanie cen energii, a to jest możliwe tylko dzięki transformacji energetycznej. Trzeba przechodzić na zielone źródła energii i włączać je do systemu. Najpilniejsze rzeczy w najbliższym czasie to jest właśnie budowa bloków parowo-gazowych, to jest kwestia zwiększania energetyki z wiatru, zarówno lądowego, jak i morskiego, jak również z fotowoltaiki. Oczywiście równolegle jest jeszcze kwestia energetyki jądrowej, która również jest rozwijana – mówi Robert Kropiwnicki.

Bloki gazowe zostały zaprojektowane tak, żeby spełniać najbardziej restrykcyjne limity emisji wynikające z unijnych konkluzji BAT. Emisja pyłu i tlenków siarki zostanie ograniczona niemal do zera, co istotnie wpłynie na jakość powietrza w regionie. Z kolei wskaźnik emisyjności nowej elektrowni wynosi ok. 330 g CO2 na kWh wytworzonej energii elektrycznej, co jest wartością prawie trzykrotnie niższą niż w blokach węglowych Elektrowni Dolna Odra.

Inwestycja w Gryfinie wpisuje się też w strategię PGE dekarbonizacji aktywów wytwórczych.

– To jest pierwszy duży element nowego segmentu biznesowego Grupy PGE, czyli segmentu wytwarzania energii elektrycznej z najbardziej niskoemisyjnego paliwa, jakim w tej chwili jest gaz ziemny – mówi Dariusz Marzec.

Inwestycja o wartości ponad 3,7 mld zł netto została zrealizowana przez PGE, a wykonawcą kontraktu było konsorcjum GE Vernova i Polimex Mostostal. Turbiny parowe i generatory dla elektrowni zostały wyprodukowane w polskich fabrykach w Elblągu i Wrocławiu. Oprócz podstawowego wyposażenia elektrowni, dostarczonego w formule „pod klucz”, GE Vernova zapewni kompleksową obsługę w ramach 12-letniej umowy serwisowej.

– Udział polskich komponentów w tej inwestycji wynosi sporo ponad 50 proc. – podkreśla prezes PGE.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ruszyla-najwieksza,p1540110830

Historyczna polska akwizycja w USA sfinalizowana. Chemiczny koncern należący do Kulczyk Investments zyskuje mocną pozycję w Ameryce Północnej

Chemiczna grupa Qemetica, należąca do portfela Kulczyk Investments, sfinalizowała transakcję nabycia od koncernu PPG biznesu krzemionki strącanej za 1,2 mld zł, czyli ok. 310 mln dol. Tym samym przejmuje fabryki w Holandii i USA, stając się trzecim graczem w Europie i drugim w Ameryce Północnej na rynku tego surowca, kluczowego m.in. dla globalnej branży motoryzacyjnej.

Ta akwizycja to dowód na to, że polska grupa Kulczyk Investments stawia sobie bardzo ambitne cele. Nie boimy się wyzwań, nie boimy się akwizycji, bez względu na segment czy geografię. Już dzisiaj potrafimy konkurować z największymi firmami na świecie. Potrafimy pokazać, że nie tylko pieniądze, ale również świetny know-how są w stanie pomóc nam w osiągnięciu celu, którym jest globalny rozwój dla Qemetiki. Naszą ambicją jest to, żeby wszystkie spółki z portfela Qemetica były spółkami globalnymi, żeby dynamicznie się rozwijały i nie bały się nawet tych trudnych wyzwań, jak choćby akwizycja w Stanach Zjednoczonych – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Kulczyk, przewodniczący rady nadzorczej Qemetiki i przewodniczący rady nadzorczej Kulczyk Investments.

Qemetica, czyli dawny Ciech, to w tej chwili drugi największy producent sody kalcynowanej i oczyszczonej w Unii Europejskiej, największy producent soli warzonej w Polsce oraz największy dostawca krzemianów sodu w Europie. To jednocześnie jeden z potentatów rynku chemicznego Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki sfinalizowanej właśnie transakcji dołączy do globalnych liderów przemysłowych.

Poszerzamy zakres geograficzny naszej działalności i stajemy się prawdziwie globalną spółką chemiczną, operującą na globalnym rynku – podkreśla Kamil Majczak, prezes zarządu Qemetiki.

O globalnej ekspansji i wyjściu na amerykański rynek myśleliśmy już od dawna, globalizacja była osią naszej strategii. Niemniej przez pierwsze lata musieliśmy zadbać o to, żeby spółka – wtedy Ciech, dzisiaj Qemetica – była gotowa, żeby zaabsorbować taką akwizycję. Udało się, transakcja została zamknięta i nie mówimy jeszcze ostatniego słowa – mówi Dawid Jakubowicz, prezes zarządu Kulczyk Investments.

Krzemionka strącana jest surowcem kluczowym dla globalnej branży motoryzacyjnej, elektrotechnicznej i materiałowej, wykorzystywanym m.in. w produkcji opon samochodowych, akumulatorów i wypełniaczy. W ramach sfinalizowanej właśnie transakcji Qemetica przejęła od koncernu PPG zakłady produkcyjne tego surowca o łącznej mocy wytwórczej na poziomie blisko 200 tys. t, zlokalizowane w Holandii (w Delfzijl) oraz Stanach Zjednoczonych (w Lake Charles w Luizjanie). Polska spółka zyskuje też dostęp do centrum badawczo-rozwojowego w Monroeville w Pensylwanii i linii produkcyjnej w Barberton w stanie Ohio.

– Mieliśmy kilka podejść do tej akwizycji. Nie był to prosty proces, ponieważ widzieliśmy sporą konkurencję ze strony rodzimych graczy z rynku amerykańskiego. Jednak udało się i dzisiaj cieszymy się z tego pierwszego kroku, a dalej musimy zrobić kolejny, jeszcze trudniejszy, czyli skupić się na budowaniu wartości przejętego podmiotu przez długie lata – mówi Dawid Jakubowicz.

Do tej pory Qemetica miała siedem linii biznesowych, produkując sodę kalcynowaną i oczyszczoną, sól warzoną, środki ochrony roślin, pianki poliuretanowe, krzemiany i opakowania szklane, a także świadcząc usługi transportu kolejowego. Biznes krzemionki strącanej (silica) będzie jej ósmym obszarem działalności. To oznacza, że chemiczna grupa – będąc już dziś jednym z największych w Europie dostawców krzemianów, czyli surowca niezbędnego do produkcji krzemionki – dzięki przejęciu nowego biznesu wydłuży swój łańcuch wartości, generując dodatkową marżę. Jednocześnie krzemiany powstają z sody kalcynowanej, której Qemetica jest jednym z kluczowych producentów w Europie, co zapewni spółce efekt synergii.

– Tworząc ósmy biznes, podążamy w górę naszego łańcucha wartości, wychodzimy poza Europę i realizujemy nasze globalne aspiracje – podkreśla Kamil Majczak.

Sfinalizowana właśnie transakcja będzie mieć też znaczący wpływ na przychody spółki, które mają wzrosnąć szacunkowo o ponad 1 mld zł. Zapewni też dywersyfikację źródeł przychodów – ok. 10 proc. z nich będzie teraz pochodzić z Ameryki Północnej. Biznes krzemionkowy stanie się drugim, pod względem przychodów, obszarem działalności Qemetiki. Jednocześnie spółka stanie się trzecim największym graczem w Europie i drugim w Ameryce Północnej na rynku krzemionki strącanej.

– Dywersyfikacja geograficzna była dla nas strategicznym kierunkiem, ponieważ pozwala stabilizować biznes i daje nowe możliwości rozwoju. Rynek europejski ma swoje wyzwania, rynek amerykański też, ale on zapewnia też inne możliwości rozwoju, jest ogromny, jest największą gospodarką świata, z bardzo dobrą pozycją, jeśli chodzi o surowce naturalne i surowce energetyczne. Dlatego naszym priorytetem było zbudowanie drugiej, silnej nogi nie tylko w Europie, ale też w Stanach Zjednoczonych – mówi prezes zarządu Qemetiki.

Przejęcie to jak dotąd największa tego typu akwizycja przemysłowa dokonana przez polską spółkę w USA. Pozwoli Qemetice przyspieszyć ekspansję międzynarodową w krajach Ameryki Północnej i dywersyfikację portfolio produktowego, które już teraz trafia do blisko 100 krajów na świecie. Chemiczny potentat wskazuje też, że transakcja jest efektem jego strategii na lata 2024–2029, zakładającej m.in. wzmacnianie obecności grupy poza Europą i poszukiwania nowych źródeł wzrostu.

Sektor krzemionki strącanej zatrudnia około 400 pracowników, którzy dołączą do załogi Qemetiki, liczącej dotychczas blisko 3,5 tys. pracowników w Europie. Koncern posiada dziewięć zakładów produkcyjnych w Polsce i Niemczech oraz spółki dystrybucyjne w biznesie środków ochrony roślin w kilku krajach europejskich. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/historyczna-polska,p390856721

Bez dobrowolnego wydłużenia aktywności zawodowej Polakom trudno będzie liczyć na wyższe emerytury. Obecni 30-latkowie dostaną jedną czwartą ostatniej pensji

Ustawowego podniesienia wieku emerytalnego w Polsce nie będzie – zapowiadają politycy rządzącej koalicji. To według ekspertów oznacza jednak, że trzeba inaczej zachęcać kobiety po 60. i mężczyzn po 65. roku życia do pozostawania na rynku pracy. – Wydłużenie aktywności zawodowej jest pewnym sposobem na podniesienie emerytur, ale tego się nie da zrobić siłowo, raczej trzeba szukać rozwiązań, żeby ludzie chcieli dalej pracować – podkreśla Agnieszka Łukawska, ekspertka w Instytucie Emerytalnym. Już dziś pracujący seniorzy mogą liczyć na szereg zachęt, m.in. zwolnienie z podatku, ale ekspertka zwraca uwagę dodatkowo na potrzebne zaplecze szkoleniowe, a także odpowiednią opiekę zdrowotną.

– Obecnie na jednego emeryta pracuje średnio 1,8 osoby, przy czym w Polsce jest spore zróżnicowanie regionalne. O ile zdecydowanie korzystniejsza sytuacja jest w województwie mazowieckim czy pomorskim, gdzie jest 2,3 pracujących na jednego emeryta, o tyle już na przykład w województwie świętokrzyskim jest to tylko 1,6 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Łukawska. – Biorąc pod uwagę, że dzietność nam spada, coraz mniej się rodzi dzieci, czyli tych, którzy za 20–30 lat powinni wejść na rynek pracy, niektóre dane wskazują, że w przyszłości najprawdopodobniej to będzie około 1,3–1,4 pracującego na emeryta, czyli trend jest raczej niekorzystny.

Próba stopniowego podniesienia wieku emerytalnego z 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn do 67 dla obu płci wprowadzona w 2013 roku spotkała się w Polsce z ogromnym sprzeciwem i była jedną z przyczyn porażki Platformy Obywatelskiej w wyborach w 2015 roku. Od 1 października 2017 roku obowiązują zatem wcześniejsze progi, a wrażliwość społeczeństwa na tę kwestię raczej wyklucza ponowną zmianę regulacji. Przedstawiciele rządzącej koalicji deklarują, że wiek emerytalny pozostanie bez zmian. Jednak zdaniem ekspertów dłuższa praca Polaków i Polek jest koniecznością, chociażby ze względu na wysokość otrzymywanych świadczeń.

– W zależności od źródła szacunki różnych ekspertów wskazują, że obecni 25-, 30-latkowie będą otrzymywali emerytury nie wyższe niż około 25 proc. ostatniej pensji – mówi Agnieszka Łukawska. – Wydaje się, że wydłużenie aktywności zawodowej jest pewnym remedium na podniesienie emerytur, ale tego się nie da zrobić siłowo. Raczej trzeba szukać rozwiązań, żeby ludzie chcieli dalej pracować.

Jak podkreśla ekspertka, do tego potrzebna jest wielopłaszczyznowa i dobrze prowadzona polityka senioralna. Powinna ona w jakiś sposób m.in. zachęcać i pokazywać, że warto zostać dłużej na rynku pracy, ale też zadbać odpowiednio o dostępną opiekę zdrowotną.

– Nie wystarczy chcieć, trzeba jeszcze móc pracować – wskazuje ekspertka Instytutu Emerytalnego. – To jest także kwestia ustawicznego kształcenia. Zawód, który w tej chwili wykonujemy, być może za 10, 20, 30 lat nie będzie istniał, pojawią się inne zawody, w których poszukiwani będą pracownicy. Stąd jest też bardzo ważne, żeby osoby będące obecnie na rynku pracy podnosiły swoje kwalifikacje, kształciły się, nadążały za zmieniającą się rzeczywistością. Ja też sobie zdaję sprawę, że nie każdą pracę można bez zmian wykonywać w miarę upływu wieku, trudno sobie wyobrazić 87-letnią tancerkę na scenie czy 70-letniego górnika. Więc to jest też kwestia pewnej nauki, wykształcenia, dostosowywania się do zmieniających się realiów rynku pracy, żeby móc się utrzymać na tym rynku i być na nim konkurencyjnym.

Jak przypomina, dłuższa praca i późniejsze przejście na emeryturę oznacza uzbieranie większego kapitału na krótszy okres pobierania składek. Wymienia także już istniejące zachęty do dłuższej pracy, takie jak PIT/0 dla seniorów. Pracujący seniorzy, którzy czasowo zrezygnowali z pobierania emerytury, są zwolnieni z podatku dochodowego do kwoty ok. 85,5 tys. zł. Dodatkowo ci, którzy rozliczają się na skali podatkowej, korzystają też z kwoty wolnej od podatku w wysokości 30 tys. zł. Jednak jak wynika z danych ZUS, w 2021 roku średni wiek mężczyzn, którym przyznano emeryturę, wyniósł 65,2 lat, a kobiet – 60,6, czyli tzw. efektywny wiek emerytalny był tylko nieznacznie wyższy niż ustawowy.

Ludzie powinni zrozumieć, że emerytura w wieku ustawowym to nie jest ten moment, kiedy będzie bardzo dużo pieniędzy z systemu obowiązkowego i rajskie życie z tego tytułu. Musimy sobie powiedzieć wprost, że bycie stypendystą ZUS to nie jest rozwiązanie na dostatnią przyszłość – mówi Agnieszka Łukawska. – Aczkolwiek oczywiście są osoby, które wolą skorzystać z wieku emerytalnego, bo mają inny pomysł na życie, ale w tym momencie wysokość świadczenia nie będzie imponująca. Mówię o emeryturach z systemu obowiązkowego, stąd trzeba zadbać jeszcze o inne źródła dochodów.

Alternatywą mogą być pozazusowskie źródła zabezpieczenia dochodu na emeryturze, takie jak udział w programach emerytalnych (IKE, IKZE, PPE, PPK) lub oszczędzanie czy inwestowanie na własną rękę.

Drugą stroną medalu jest wiek wchodzenia na rynek pracy nowych roczników. Są one nie tylko mniej liczebne, ale też ambicja skończenia jakichkolwiek studiów powoduje opóźnienie w rozpoczęciu życia zawodowego, nierzadko bez praktycznej korzyści z uzyskanego wykształcenia.

 Jest do przemyślenia kwestia polityki szkolnictwa. W tej chwili sporo osób studiuje, więc wchodzą na rynek pracy istotnie później niż ci, którzy poprzestają na średnim czy zawodowym wykształceniu – zauważa ekspertka Instytutu Emerytalnego. – Być może czas odpowiedzieć na pytanie, czy faktycznie musimy aż tak promować wyższe wykształcenie wśród wszystkich.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/bez-dobrowolnego,p547318169

Z programów lojalnościowych w sklepach korzysta 85 proc. Polaków. Ważne są dla nich promocje, personalizowane oferty i zbieranie punktów na nagrody

Przy wyborze sklepu stacjonarnego Polacy zwracają uwagę na dogodną lokalizację, duży wybór produktów i atrakcyjne ceny. Istotne są dla nich również programy lojalnościowe, z których korzysta już 85 proc. konsumentów, a 40 proc. decyduje się na zakupy właśnie ze względu na oferowane w nim rabaty – wynika z badania SW Research na zlecenie sieci Carrefour. Przyszłością rozwoju takich programów są spersonalizowane oferty, które pomagają klientom oszczędzać pieniądze na produktach kupowanych przez nich najczęściej. W taką stronę swoją platformę rozwija również Carrefour. Ostatnio sieć połączyła siły z programem Payback, przez co zasięg programu lojalnościowego zwiększył się do 10 mln klientów.

 Polscy konsumenci przy wyborze sklepu stacjonarnego w pierwszej kolejności kierują się wygodą, czyli dostępnością produktów w jednym miejscu. Niemal równie istotna jest dla nich atrakcyjność cenowa. Przy czym nie chodzi tu wyłącznie o cenę średnią produktów, tylko o obecność promocji, rabatów, zniżek, programów lojalnościowych. Mimo że ten ostatni czynnik jest wymieniany na piątym miejscu w hierarchii istotności, to warto zauważyć, że aż czterech na 10 konsumentów decyduje się na zakupy głównie ze względu na niego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Zimolzak, wiceprezes zarządu SW Research.

Podczas zakupów Polacy coraz częściej zwracają uwagę na promocje i możliwość oszczędności. Najczęściej korzystają z zakupu kilku sztuk tego samego produktu w niższej cenie (55 proc.) oraz zniżek od ceny regularnej na pojedyncze produkty (46 proc.). Ponad połowa badanych jeszcze przed zakupami sprawdza ofertę promocji i rabatów.

– Polacy idą z duchem czasu w kwestii wyszukiwania informacji o aktualnych promocjach i rabatach danego sklepu. Z badania wynika, że na pierwszym miejscu z dużą przewagą korzystają przede wszystkim z aplikacji mobilnej danej sieci sklepów. W drugiej kolejności są to tradycyjne gazetki sklepowe czy różnego typu agregaty wielu sklepów – wymienia wiceprezes SW Research.

Blisko 85 proc. korzysta z programów lojalnościowych, a 23 proc. z tej grupy w ciągu trzech miesięcy poprzedzających badanie skorzystało z oferty trzech takich programów. Prawie wszyscy klienci uważają, że warto w nich uczestniczyć ze względu na możliwe korzyści, taki sam odsetek wskazał na oszczędności na zakupach. Blisko co druga osoba kontrolująca swoje wydatki na zakupy za każdym razem zwraca uwagę na kwotę zaoszczędzoną dzięki promocjom oferowanym przez sklep.

Wśród najbardziej preferowanych przez konsumentów korzyści są zniżki przy zakupie większej liczby sztuk danego produktu lub zniżki od ceny regularnej na pojedyncze produkty objęte promocją. Klienci cenią także zniżki na całe zakupy. Z badania wynika, że mając do wyboru rabat w wysokości 5 proc. wartości zakupów naliczany przy kasie bezpośrednio przy zakupach oraz możliwość zyskania 10 proc. wartości całych zakupów na opłacenie kolejnych, Polacy częściej wybierają rabat odroczony w czasie. W zależności od kwoty zakupu wskazuje na to 58–64 proc. badanych.

Polacy przyswoili sobie nawyk korzystania z programów lojalnościowych. Tylko 15 proc. deklaruje, że nie korzysta z żadnego programu, a siedmiu na 10 twierdzi, że korzysta ze wszystkich programów, do których należy. Należy jednak pamiętać, że nadal istnieje pewna grupa wymagających konsumentów, około 1/3 populacji, którzy nie zawsze korzystają ze wszystkich programów. W ich kierunku można zrobić więcej, na przykład zwiększyć częstotliwość korzystania z rabatów i zniżek albo obniżyć restrykcje, jeżeli chodzi o dostępność produktów – mówi Piotr Zimolzak.

Dzięki rozwojowi programów lojalnościowych coraz prostsze jest kontrolowanie oszczędności i wydawanych pieniędzy. Już teraz ponad 60 proc. Polaków wskazuje, że z łatwością osiąga korzyści i nagrody w programach, z których korzysta. Dzięki personalizacji programów lojalnościowych konsumenci mogą oszczędzić na tych produktach, które kupują najczęściej. W tym kierunku rozwijają się więc programy oferowane przez sieci sklepów. Przykładem może być program Mój Carrefour.

– Ostatnie rozwiązania, które dodaliśmy do naszego programu, to hiperpersonalizacja naszej oferty promocyjnej, a więc rozwiązania, które pozwalają nam dostosowywać ofertę do każdego klienta indywidualnie, do jego zachowań, potrzeb i preferencji zakupowych, a dzięki temu budować w sposób skuteczny jego zaangażowanie, a tym samym wymierne efekty sprzedażowe – tłumaczy Robert Stupak, członek zarządu, dyrektor marketingu, e-commerce, polityki cenowej i IT w Carrefour Polska. – Na naszej platformie mamy rozwiązania i korzyści pozwalające cieszyć się natychmiastowymi benefitami wynikającymi z zakupów w naszej sieci, oferujemy też korzyści pozwalające budować w średnioterminowym okresie zaangażowanie naszego klienta.

Klienci mogą skorzystać m.in. ze zniżek na weekendowe zakupy z aplikacją Mój Carrefour. Mają tam również dostęp do tzw. Super Ofert, czyli promocyjnych cen wybranych produktów obniżonych nawet o 50 proc. Aplikacja pozwala im sprawdzić cenę każdego produktu, skanować i płacić za zakupy, dzięki czemu mogą ominąć kolejki do kas. Klienci mogą także zagrać w Lotto, sprawdzić swoje paragony z ostatnich zakupów czy zapłacić za nie mobilnie.

Jako Carrefour byliśmy jedną z pierwszych, o ile nie pierwszą siecią handlową, która uruchomiła własną aplikację mobilną. Inwestujemy w jej rozwój od ponad 10 lat. Początkowo aplikacja oferowała rozwiązania po prostu ułatwiające zakupy, z czasem zaczęliśmy dodawać rozwiązania i funkcjonalności pozwalające budować lojalność naszego klienta. W ostatnim czasie do naszej platformy włączyliśmy program Payback i dzisiaj oferujemy platformę lojalnościową multiformatową, pozwalającą oferować korzyści klientom dostosowane praktycznie do każdego etapu jego ścieżki zakupowej. Dzisiaj docieramy do ponad 10 mln klientów – tłumaczy Robert Stupak. – Dzięki naszej platformie lojalnościowej mamy możliwość budowania ogromnej wiedzy i bazy danych o zachowaniach naszych klientów i tymi danymi właśnie chcemy się również dzielić z naszymi partnerami handlowymi i dostawcami.

Możliwość zwrotu części pieniędzy za zakupy lub zbierania punktów, które następnie można wymienić na nagrody lub zniżki, cieszy się coraz większym zainteresowaniem – korzysta z nich ok. 20 proc. konsumentów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/z-programow,p1557042608

Gminy obawiają się wysokich kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu odpadów. Apelują o szybkie wprowadzenie zasady „zanieczyszczający płaci”

Polska jest ostatnim krajem Unii Europejskiej, który nie wdrożył jeszcze systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). W efekcie koszty zagospodarowania odpadów opakowaniowych obecnie ponoszą głównie mieszkańcy, a odpowiedzialność organizacyjną – gminy. To na nich spoczywa też obowiązek osiągania określonych prawem poziomów odpadów poddanych recyklingowi. W tym roku wiele z gmin może mieć z tym problem, a to oznacza groźbę kar. Wprowadzenie systemu kaucyjnego bez wcześniejszego albo równoległego wprowadzenia ROP może oznaczać dalsze problemy gmin. – Konieczne jest uszczelnienie systemu – podkreśla Olga Goitowska z Urzędu Miejskiego w Gdańsku.

– Koszty odbioru i gospodarowania odpadów, które na chwilę obecną ponoszą mieszkańcy, zawierają 100 proc. wszystkich kosztów utrzymania całego systemu. W przypadku półmilionowego miasta koszty sięgają 200 mln zł w skali roku. W naszej ocenie powinno to absolutnie ulec zmianie – mówi agencji Newseria Biznes Olga Goitowska, dyrektorka Wydziału Gospodarki Komunalnej w Urzędzie Miejskim w Gdańsku, przewodnicząca Zespołu ds. Gospodarowania Odpadami w Unii Metropolii Polskich (UMP).

Zmiana tego stanu rzeczy jest celem rozszerzonej odpowiedzialności producenta, zgodnie z którą obowiązywać będzie zasada „zanieczyszczający płaci”. To podmioty wprowadzające na rynek produkty, również te w opakowaniach, będą ponosiły odpowiedzialność finansową albo odpowiedzialność finansową i organizacyjną na etapie cyklu życia produktu, gdy staje się on odpadem. Polska jeszcze tego systemu nie wdrożyła. Stowarzyszenie „Polski Recykling” ocenia, że przez jego brak w polskim systemie gospodarowania odpadami brakuje przynajmniej 5 mld zł z tzw. opłaty opakowaniowej. Tym samym rosnące koszty mogą być przerzucane na mieszkańców.

– Wraz z wprowadzeniem produktu w opakowaniu na rynek powinna zostać wniesiona przez wprowadzającego tak zwana opłata opakowaniowa, która zasili system gospodarowania odpadami. Powinna ona odpowiadać w 100 proc. kosztom faktycznym, jakie na chwilę obecną ponoszą gminy, a w ten sposób mieszkańcy, żeby koszty były zwracane do systemów gminnych. W ten sposób cena zagospodarowania odpadami, które wnoszą mieszkańcy do gmin, powinny w najgorszym wypadku nie rosnąć, a w najlepszym wypadku powinny ulec obniżeniu – tłumaczy ekspertka.

W nowym modelu de facto za zagospodarowanie odpadów opakowaniowych zapłacą konsumenci na etapie zakupu danego produktu w opakowaniu. To z kolei może być elementem zwiększania ich świadomości ekologicznej.

– Kiedy będziemy mieli do czynienia z opakowaniem, które się nadaje do recyklingu lub które można ponownie wykorzystać, opłata opakowaniowa powinna być stosunkowo niższa. W momencie, kiedy opakowanie się nie nadaje do recyklingu, to ta opłata powinna być wyższa. W związku z powyższym jako klient będziemy mieli możliwość w dokonaniu wyboru zakupu danego produktu w zależności od tego, w jakim jest opakowaniu: czy kupujemy produkt droższy, czyli mniej ekologiczny, bądź tańszy i bardziej ekologiczny – przekonuje Olga Goitowska.

Jak wynika z publikacji „2023 Buying Green Report”, 82 proc. konsumentów w Europie i obu Amerykach jest skłonnych zapłacić wyższą cenę za produkt w zrównoważonym opakowaniu, najwięcej w grupie młodszych konsumentów (90 proc.). Z kolei 63 proc. badanych wskazało na mniejsze prawdopodobieństwo zakupu produktów w opakowaniach szkodliwych dla środowiska.

Eksperci UMP podkreślają, że wdrożenie ROP jest pilnie potrzebne i powinno poprzedzać wprowadzanie systemu kaucyjnego, którego start jest zaplanowany na 1 stycznia 2025 roku. Zdaniem Olgi Goitowskiej, choć system kaucyjny domyka cały obieg odpadów i poprawi selektywną zbiórkę, bez rozszerzonej odpowiedzialności producenta i wprowadzenia dodatkowego finansowania z tytułu opłaty opakowaniowej, nie spełni do końca swojej roli. Oderwanie od siebie tych dwóch regulacji jest uważane przez przedstawicieli samorządów za poważny błąd.

 Rozporządzenie unijne wymaga od państw członkowskich systemu kaucyjnego dopiero od roku 2029. A zatem mamy całkiem sporo czasu do tego, żeby usprawnić jakość selektywnej zbiórki, jej efektywność. Nakładając rozszerzoną odpowiedzialność producenta, mielibyśmy po prostu do czynienia z większą ilością opakowań, które się będą nadawały do recyklingu i będą dużo łatwiejsze do wysegregowania w naszych domach – przekonuje dyrektorka Wydziału Gospodarki Komunalnej w gdańskim urzędzie miasta. – W naszej ocenie obecnie dobrze działa w gminnym systemie jego powszechność i to, że mieszkaniec ma wygodę pozbycia się odpadów.

Prace nad ostatecznym kształtem systemu kaucyjnego trwają. Organizacje samorządów obawiają się, że jego wprowadzenie skomplikuje obecnie funkcjonujące systemy selektywnego zbierania i recyklingu odpadów w gminach.

– W naszych gospodarstwach domowych nie będziemy już mogli zgniatać butelek PET czy puszek aluminiowych, tylko będziemy musieli pozostawić je niezgniecione, osobno zbierać i wędrować z nimi do kaucjomatów, żeby móc je oddać w celu odzyskania kaucji. Możemy też wrzucić taką butelkę czy puszkę aluminiową do pojemnika gminnego i też zostanie poddana recyklingowi, ale musimy pamiętać, że niezwrócona kaucja wróci do operatora danego systemu, a zatem jak już kupujemy butelkę kaucjonowaną, to postarajmy się ją rzeczywiście oddać i odzyskać tę kaucję, żeby te pieniądze nie były utracone w ten sposób – mówi ekspertka UMP.

Poza tym poprzednie projekty systemu kaucyjnego nie uwzględniały zmniejszenia zakresu obowiązków gminy w zakresie recyklingu odpadów, a jednocześnie ograniczały dostęp do strumienia odpadów. UMP w toku konsultacji proponowało, by odpady przesunięte z gminnych systemów gospodarki odpadami do systemu kaucyjnego wliczały się do wskaźników recyklingu, które samorządy obowiązane są osiągać.

Według danych GUS w latach 2020–2022 polskie gminy poddawały recyklingowi około 27 proc. wszystkich odpadów komunalnych. To zbyt mało, biorąc pod uwagę unijne wymagania – w 2025 roku ma to być 55 proc., a w 2035 roku – już 65 proc. Limity są jednak trudne do osiągnięcia, zwłaszcza że gminy nie mają wpływu na to, jaki jest skład trafiających do zakładów utylizacji odpadów. Tymczasem nieosiągnięcie wymaganych limitów oznacza wysokie kary.

– W tym roku musimy osiągnąć 45 proc. poziomu przygotowania do ponownego użycia oraz recyklingu. Średnio gminy osiągają nieco ponad 30 proc. recyklingu, więc musimy się spodziewać tego, że znakomita większość gmin już za ten rok będzie skazana na wniesienie opłat, kar za nieosiągnięcie tychże poziomów. To jest największa bolączka – podkreśla Olga Goitowska. – Kary za nieosiągnięcie tych poziomów gminy mogą wnieść wyłącznie z budżetu gminnego. Dla półmilionowego miasta jeden punkt procentowy, który brakuje nam do osiągnięcia wymaganego poziomu, jest kosztem w wysokości 700 tys. zł. To pieniądze utracone, których nie będzie można wykorzystać czy to na naprawę chodnika, czy remont szkoły. Największe wyzwanie to takie uszczelnienie systemu, żebyśmy jako samorządy i gminy ponosili jak najmniejszą odpowiedzialność finansową za nieosiągnięcie poziomów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gminy-obawiaja-sie,p1595499230

Po wyborach wiele tematów w Komisji Europejskiej będzie kontynuowanych. Wśród nich Zielony Ład czy działania na rzecz solidarności z Ukrainą

Jest mało prawdopodobne, by po czerwcowych wyborach do europarlamentu nowa Komisja Europejska radykalnie zmieniła kierunek w wielu kluczowych tematach. Dotyczy to głównie Europejskiego Zielonego Ładu. Wśród priorytetów Brukseli, które w nowej kadencji będą z pewnością kontynuowane, wymienia się także kwestie związane z cyberbezpieczeństwem i digitalizacją na terenie Wspólnoty. W Polsce wybory do europarlamentu odbędą się w niedzielę, 9 czerwca. 

W czerwcu obywatele UE wybiorą swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego (PE). W Polsce wybory odbędą się w niedzielę, 9 czerwca. Konsekwencją nowej kadencji PE jest m.in. powołanie nowego składu Komisji Europejskiej (KE), czyli organu wykonawczego Unii Europejskiej. Jest on odpowiedzialny za bieżącą politykę UE i nadzoruje prace wszystkich jej agencji. Zarządza także jej funduszami. Po wyborach jej członkowie będą musieli wyznaczyć wyzwania oraz priorytety, które będą realizowane przez Brukselę w kolejnych latach. W ocenie specjalistów od tematyki europejskiej dużych zmian nie należy się spodziewać. Wiele sztandarowych haseł i działań znajdzie swoją kontynuację w nowej kadencji. 

– Z mojej perspektywy wiele tematów, które obecnie realizuje Komisja, będzie kontynuowanych przez nadchodzącą nową Komisję. Jedną z nich jest oczywiście kontynuacja działań na rzecz solidarności z Ukrainą, ale też kwestie związane z energią i uniezależnieniem się od dostaw surowców energetycznych z państw, które niekoniecznie są warte zaufania. Odejście od paliw kopalnych w Europie, kwestia cyberbezpieczeństwa i digitalizacji w Europie i Europejski Zielony Ład to są tematy, które zakładam, że będą kontynuowane również przez następną Komisję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Balcerzyk, p.o. dyrektora przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

To oznacza, że budzący w ostatnich miesiącach ogromne emocje Europejski Zielony Ład będzie nadal przedmiotem prac Komisji Europejskiej, a nadchodzące wybory niewiele w tym zakresie zmienią. Eksperci nie wykluczają jednak pewnych korekt w konsekwencji rolniczych protestów oraz niezadowolenia części opinii publicznej. 

– Nie zakładam z mojej wiedzy, żeby doszło do radykalnych zmian w Europejskim Zielonym Ładzie, natomiast Komisja słuchając postulatów rolniczych, dąży do tego, żeby ułatwić rolnikom realizację tych wymagań Europejskiego Zielonego Ładu, a to dlatego że widzimy, że docelowo będzie to z korzyścią dla rolników. Wymienię tu na przykład kwestię suszy – mówi ekspert.

Bruksela już wycofała się z części pomysłów dotyczących używania pestycydów. Wiele wskazuje również na to, że obniżone będą wymagania, które mogą wpłynąć na wzrost biurokracji. Mimo tych zmian trudno jednak się spodziewać jakiegoś nagłego odwrotu europejskiej polityki w kwestiach klimatycznych. 

– Docelowo te podstawowe wyzwania, które próbuje adresować Europejski Zielony Ład, pozostają – dodał Bartłomiej Balcerzyk.

Innym tematem, który często jest dyskutowany przez opinię publiczną, jest tzw. dyrektywa budynkowa oraz kwestie związane z energooszczędnością. Tu również nie należy się spodziewać wyraźnego odwrotu.

– W ramach uniezależnienia się od paliw kopalnych jednym z takich działań unijnych w ramach Europejskiego Zielonego Ładu jest niemarnowanie energii, w związku z tym ogromne pieniądze, również w polskim KPO, będą przeznaczone na to, co można nazwać termomodernizacją budynków – zaznacza p.o. dyrektora przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Eksperci nie mają wątpliwości co do dalszych działań Brukseli wobec pogrążonej w wojnie Ukrainy. Odmieniana przez wszystkie przypadki solidarność UE z tym państwem to jeden z priorytetów obecnej Komisji Europejskiej i trudno się spodziewać, że coś się w tym zakresie zmieni. 

– To, żeby utrzymać to pozytywne podejście do pomocy Ukrainie, jest wyzwaniem nie tylko dla Komisji, ale też dla całej klasy politycznej i państw członkowskich w Unii Europejskiej. Oczywiście rozumiemy w Komisji, że państwa, które niebezpośrednio są dotknięte tą kwestią, mogą mieć trochę inne podejście czy mogą inaczej patrzeć na kwestie solidarności z Ukrainą niż państwa bałtyckie, Polska czy Szwecja na przykład, ale poprzez budowanie silnych koalicji i przekonywanie tych, których powinniśmy jeszcze przekonywać, liczymy na to, że ta ogromna solidarność, która przez ostatnie lata jest pokazywana przez państwa członkowskie, przez instytucje unijne, będzie utrzymana – ocenia Bartłomiej Balcerzyk.

Jak informuje Komisja Europejska, od 24 lutego 2022 roku, czyli od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej agresji rosyjskiej na Ukrainę, UE udzieliła temu państwu łącznie 98,5 mld euro wsparcia. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/po-wyborach-wiele-tematow,p1972797208

Wzrost inwestycji prywatnych przesądzi o rozwoju polskiej gospodarki w najbliższych latach. Sektorami przyszłości są nowe technologie i zielona energetyka

Polska stała się gospodarką o trudno dostępnej i drogiej pracy, jest również krajem niezbyt innowacyjnym. Aby utrzymać passę wysokiego wzrostu gospodarczego, jaki notowaliśmy w ciągu ostatnich 20 lat, potrzebujemy więcej inwestycji – zarówno krajowych, jak i zagranicznych. – Odbudowa inwestycji prywatnych przesądzi o trwałości wzrostu polskiego PKB na wiele lat – wynika z raportu ING Banku Śląskiego i Europejskiego Kongresu Gospodarczego. Ekonomiści oceniają, że Polska ma teraz swoje pięć minut na pobudzenie inwestycji, a sektory, na które powinna postawić, to m.in. transformacja energetyczna, cyfryzacja, automatyzacja i sztuczna inteligencja oraz transport.

– Od pewnego czasu nasza koniunktura się ustabilizowała, nie rośniemy zbyt szybko, a okres poprzedzający tę stabilizację to istotne zmniejszenie apetytu inwestycyjnego firm, dlatego przeprowadziliśmy badanie, w którym pytamy biznes o to, jakie są bariery inwestycyjne, i to, jak widzą przyszłość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Jedna z ciekawszych konkluzji jest taka, że skala szoków, z jakimi biznes musiał się mierzyć w ostatnich latach, przechodzi wszelkie miary. Okres od wejścia do Unii do pandemii był relatywnie spokojny i dynamiczny, nawet uwzględniając kryzys finansowy. Ostatnie cztery lata to nieprzerwane pasmo szoków, pandemia, wojna, szok energetyczny, inflacja, podwyżki stóp procentowych, załamanie popytu. To wszystko siedzi w głowach menedżerów i powoduje, że ostrożniej patrzą w przyszłość, chociaż wciąż planują inwestycje.

Według autorów raportu „Inwestycje w Polsce oczami biznesu. Regres i nadzieje” ożywienie inwestycji prywatnych i odwrócenie długoletniego trendu spadkowego stopy inwestycji przesądzi o trwałości wzrostu gospodarczego w naszym kraju. W ostatnich paru latach polska gospodarka rosła głównie dzięki konsumpcji, natomiast inwestycje wyhamowały za sprawą wewnętrznych utrudnień regulacyjno-podatkowych oraz erozji zaufania do instytucji gospodarki wolnorynkowej, a także wspomnianych szoków. O ile w 2015 roku inwestycje w Polsce wynosiły 20,4 proc. PKB, o tyle w 2022 roku wskaźnik ten zmalał do 16,8 proc. Rok 2023 przyniósł lekką poprawę do 17,4 proc. To mało historycznie i wyraźnie poniżej średniej dla UE.

– Nasze badanie wśród liderów biznesu potwierdza wnioski wynikające z badań Międzynarodowego Funduszu Walutowego, mówiące o tym, że sprawne instytucje, silne sądownictwo, przewidywalne podatki, jasne prawo, poszanowanie własności, to wszystko ma wpływ na odwagę firm w inwestowaniu. Percepcja kraju, ryzyko wynikające z tych instytucji, z tego, jak one są mocne i sprawne, ma również znaczenie dla decyzji inwestorów zewnętrznych, zagranicznych, na których także liczymy – mówi Rafał Benecki. – Firmy liczą na zmianę w tym zakresie, że te instytucje będą się stopniowo wzmacniać i poprawiać. Dzisiaj koniunktura nie jest najlepsza, ale się odbija i ten optymizm widać wśród przedsiębiorstw. Może trochę gorzej jest z sytuacją naszych partnerów handlowych, gdzie koniunktura poprawia się wolno, ale i tam poprawa w końcu nadejdzie. To są ważne warunki do tego, żeby inwestycje ruszyły.

Polscy przedsiębiorcy pokładają duże nadzieje w odblokowaniu środków unijnych, w tym z KPO, oraz poprawie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej. Postrzegają je jako przesłankę dla impulsu inwestycyjnego.

W badaniu bardzo wyraźnie wybrzmiewa przekonanie, że sektorami i obszarami na zwiększenie inwestycji w Polsce będą transformacja energetyczna, w tym OZE i energetyka jądrowa, magazyny energii, efektywność energetyczna i sieci energetyczne, cyfryzacja, automatyzacja, robotyzacja i przemysł 4.0., branża IT i zastosowania sztucznej inteligencji (AI), transport, szczególnie kolej oraz sektor budowlany.

Te obszary są potrzebne i kluczowe w sytuacji międzynarodowej, w której Polska znalazła się po wybuchu rosyjskiej wojny w Ukrainie. Ten konflikt i ryzyka w innych częściach świata tworzą motywację dla firm międzynarodowych, amerykańskich, europejskich, żeby przenosić produkcję bliżej rynków zbytu i obniżać ryzyka związane z dostawami na długie dystanse czy polegać na krajach mniej przyjaznych. Mamy więc trend nearshoringu oraz trend friendshoringu, czyli przenoszenie produkcji do krajów przyjaznych, które rokują na długoletnią współpracę. Polska w szczególności może korzystać z sojuszu z Ameryką w ramach NATO i współpracy energetycznej oraz z Unią Europejską w ramach umacniania jednolitego rynku – mówi Leszek Kąsek, ekonomista ING Banku Śląskiego.

Przykładem jest Intel, który przenosi produkcję półprzewodników z Azji do Polski, inwestując w to 5 mld dol. Wzmocnienie innowacyjności polskiej gospodarki, inwestycje w nowe technologie energetyczne czy automatyzację procesów mogą przyspieszyć awans Polski w łańcuchach dostaw i spowodować, że polski dochód narodowy będzie ponownie rósł bardzo dynamicznie. 

 Warto zarazić się optymizmem niektórych zagranicznych inwestorów. Decyzję o uruchomieniu w Polsce najważniejszej części europejskiej produkcji podjął światowy gigant w produkcji półprzewodników. Zapadła ona rok po wybuchu wojny na Ukrainie. Do Polski przyciągnęły tę inwestycję różne powody, ale jeden jest taki, że mamy 300 tys. deweloperów IT, cała Europa Środkowa około miliona, a w Kalifornii pracuje ich 600 tys. To pokazuje, że nasz kraj ma ogromny potencjał rozwojowy i warto wykorzystać nowe przetasowania w handlu międzynarodowym, aby znaleźć paliwo do dynamicznego wzrostu przez kolejne 20 lat – mówi Rafał Benecki.

– Znaleźliśmy się w takim momencie, że inwestycje przesądzą o tym, jak będzie się rozwijać polska gospodarka w najbliższych latach i jak będzie wyglądać struktura naszej gospodarki w najbliższych dekadach. Mamy świetny moment na przyspieszenie inwestycji związanych z transformacją cyfrową i energetyczną. To są bardzo duże przedsięwzięcia infrastrukturalne: rozbudowę mocy w dużych programach inwestycyjnych i inwestycje w sieci elektroenergetyczne. Ale chodzi też o inwestycje związane z energią na poziomie firm: w lepsze wykorzystanie energii, efektywność energetyczną, w nowe technologie energetyczne, np. własne OZE, i inne usprawnienia, np. elektryfikacja procesów produkcyjnych, magazyny energii. Mamy swoje pięć minut, które warto wykorzystać – ocenia Leszek Kąsek. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wzrost-inwestycji,p1735954355

Zorganizowane grupy cyberprzestępcze sięgają po coraz bardziej zaawansowane narzędzia sztucznej inteligencji. Często celem ataków jest infrastruktura krytyczna

Rozwój cyberprzestępczości postępuje w kierunku budowania powiązań o charakterze mafijnym i wykorzystywania zaawansowanych technologicznie rozwiązań, po jakie sięgają służby specjalne. Coraz częściej służy do tego także sztuczna inteligencja, która przyniosła ze sobą szereg nowych zagrożeń. Choć w ślad za technologicznym zaawansowaniem cyberprzestępców rozwijają się też narzędzia zapobiegające atakom, to wciąż najsłabszym ogniwem jest człowiek. Atrakcyjnym celem ataków dla hakerów są jednostki publiczne, infrastruktura krytyczna i samorządy, również te małe, którym brakuje zasobów finansowych i kadrowych, by zapewnić wystarczającą ochronę.  

Nowe zagrożenia to przede wszystkim brutalizacja i coraz większa skala ataków ransomware, wymuszanie, okupy, coraz bardziej brutalna i skuteczna działalność grup przestępczych oraz ich profesjonalizacja. Najbardziej dynamicznym ryzykiem, rosnącym bardzo szybko co do wagi i skali, jest sztuczna inteligencja, która z jednej strony pojawia się na rynku w obszarze wsparcia urządzeń i produktów, rozwiązań cyberbezpieczeństwa, niestety z drugiej strony pojawia się również po stronie działalności przestępczej. Cyberprzestępcy korzystają i rozbudowują własne silniki sztucznej inteligencji – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Krzysztof Dyki, prezes zarządu ComCERT z Grupy Asseco.

Cyberbezpieczeństwo jest coraz częściej dostrzeganym w debacie publicznej problemem, głównie z uwagi na rosnącą skalę problemu. Z danych ComCERT z Grupy Asseco wynika, że w ostatnim roku liczba ataków wzrosła średnio o jedną czwartą. Mimo że narzędzia w rękach cyberprzestępców i ochrona przed nimi są coraz bardziej wyrafinowane, to wciąż najsłabszym ogniwem pozostaje człowiek.

– Na pierwszym miejscu jest świadomość. Żadna technologia nie da tyle, co świadomy, odpowiedzialny i bezpieczny użytkownik, mający świadomość ryzyk. Cyberbezpieczeństwo to jest świadomość i zdolność do zarządzania zagrożeniami, a nie brak zagrożeń. Na drugim miejscu są technologie i narzędzia. Jeżeli mówimy o osobie fizycznej, chodzi o oprogramowanie antywirusowe, odnawiane i aktualizowane, jeżeli mówimy o firmie, to odpowiedni projekt i budowa systemu cyberbezpieczeństwa – wskazuje Krzysztof Dyki.

Jednym z głównych trendów w obszarze cyberprzestępczości jest profesjonalizacja grup przestępczych. Jak zauważają eksperci, zaczynają one działać na poziomie zaawansowania właściwym dla służb specjalnych. Świadczyć może o tym chociażby to, że aby utrudnić demaskację, przestępcy tworzą autorskie systemy komunikacji. Dostrzegana jest również konsolidacja, polegająca na wchłanianiu mniejszych w struktury tych większych. Nie dziwi więc to, że celem ataku staje się coraz częściej infrastruktura krytyczna. Częstym celem cyberprzestępców były organizacje z sektora publicznego, opieki zdrowotnej, finansów, a także firmy technologiczne.

– To są przede wszystkim dane – ich ilość i charakter. Mogą to być dane medyczne, wojskowe, technologiczne, finansowe, które są w zainteresowaniu cyberprzestępców. Również samorządy są atrakcyjne dla cyberprzestępców, nie tylko w zakresie przetwarzanych danych, ale niestety również w zakresie okupów. Samorządy padają ofiarą przestępców szantażujących je możliwością upublicznienia informacji czy dokumentów. Przestępcy przeważnie celują w duże samorządy, ale nie tylko – zauważa ekspert.

Przykładem odpowiedzi na rosnącą skalę zagrożeń może być stworzone w Rzeszowie przez Urząd Miasta i Grupę Asseco pierwsze w Polsce Scentralizowane Centrum Operacji Cyberbezpieczeństwa dla administracji samorządowej. Swoim zasięgiem obejmuje Miejską Sieć Teleinformatyczną, z której poza Urzędem Miasta korzystają też m.in. Miejski Zarząd Dróg, Zarząd Transportu Miejskiego oraz Miejska Administracja Targowisk i Parkingów. Centrum zajmie się monitorowaniem, reagowaniem i prewencją cyberincydentów.

Centrum Operacji Cyberbezpieczeństwa w Rzeszowie jest wyjątkowym projektem, ponieważ integruje bezpieczeństwo i zarządza bezpieczeństwem czterech różnych jednostek miejskich. W tym znaczeniu jest to bardzo dobre podejście, jest to zminimalizowanie ryzyk i na pewno droga, którą mogą podążać pozostałe samorządy – podkreśla Krzysztof Dyki. – Cyberbezpieczeństwo samorządów jest dużym wyzwaniem z powodu środowiska pracy, które jest ograniczone z natury i istoty rzeczy. Najlepsi specjaliści oczekują nie tylko najlepszych wynagrodzeń, ale też wyjątkowych projektów i wyjątkowego środowiska pracy. Samorządy muszą uruchamiać wyjątkowe projekty, które będą kusić cyberspecjalistów, oferować wyjątkowe wynagrodzenia i stworzyć wyjątkowe środowisko pracy. Bez tych trzech atrybutów trudno jest mi sobie wyobrazić jednostki samorządu terytorialnego jako atrakcyjnego pracodawcę dla cyberspecjalistów.

Z uwagi na niedobór specjalistów na rynku, który według ENISA może w Unii Europejskiej dotyczyć niemal 60 proc. organizacji, najlepsze talenty znajdują pracę w sektorze prywatnym, który oferuje lepsze wynagrodzenia niż urzędy. Sektor publiczny służy najczęściej do zdobycia doświadczenia i nabycia kompetencji cenionych przez przyszłych pracodawców. Jednocześnie zaledwie jedna czwarta kandydatów na stanowiska ekspertów w dziedzinie cyberbezpieczeństwa spełnia kwalifikacje, jakich wymagają pracodawcy.

Trendom w rozwiązaniach cyfrowych i roli sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie poświęcony był panel dyskusyjny podczas Welconomy Forum in Toruń 2024.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zorganizowane-grupy,p1232146337

Stay connected

0FaniLubię
67,110ObserwującyObserwuj
14,700SubskrybującySubskrybuj